W 1946 roku życie w mieście powoli odbudowywało się, co nie było proste po długich dwóch okupacjach, zrujnowaniu znacznej części miasta, dramatycznych przeżyciach z rąk Sowietów a potem Niemców
Kolejne miesiące toczyły się w rzeczywistości, która wskazywała mroczną perspektywę, życia – być może na zawsze – w ustroju narzuconym ponownie przez Sowietów, dzięki którym nowa - związana z nimi - władza stopniowo umacniała się a opór coraz bardziej słabł. Ludzie tracili nadzieję na zmianę, musieli więc, chociaż nadal z trudem, godzić się z losem i układać życie w narzuconych warunkach. Pewne nadzieję były wiązane z Polskim Stronnictwem Ludowym a niektórzy nadal żyli mrzonkami, że może dojść do wybuchu III wojny światowej, że „Zachód" przyjdzie nam z pomocą i odwróci nasz los.
W okolicznych lasach nadal utrzymywały się coraz bardziej jednak zdziesiątkowane oddziały partyzanckie ścigane przez kolejne operacje UBP i wojsko. Mogły nadal działać dzięki wsparciu, jakie mieli w sporej części ludności. Tu odwołam się do fragmentu wspomnień po latach Celiny Nowickiej ( z domu Kochańskiej) dotyczących tamtego okresu: „ Były to czasy, kiedy utrwalała się władza ludowa, w lasach była partyzantka AK NSZ i inne i ich należało wspomagać. Ludzie znajdujący się w lesie musieli jeść, a więc czyimś obowiązkiem było dostarczanie tego jedzenia. H. we współpracy z ciocią W. przez sklep przygotowywali żywność, a partyzanci odbierali w różnych porach dnia. Za ten proceder H. trafił do więzienia, ale nie wydał sklepu, z którego towar pochodził". Nie zawsze tak było, więc na niechętne lub wrogo nastawione wsie partyzanci nakładali kontrybucje, pieniężne lub w naturze. Od opornych były one często wymuszane zbrojnie, ginęli ludzie.
Wiosną 1946r. po kilku latach spędzonych w dramatycznie trudnych warunkach w walce o przetrwanie „na nieludzkiej ziemi" zaczęli wracać zesłańcy z Syberii i innych odległych ziem Związku Sowieckiego. Ci którzy przeżyli, również Siemiatyczanie. Pierwsi z nich byli w transporcie kolejowym, który w dniu 6 marca przybył do Lublina. Tu fragment wspomnień po latach jednej z tych osób – Władysławy Kosińskiej: „
(...) Jak jechaliśmy już do Polski, dali nam furmanki. Powsiadaliśmy na nie, ja miałam sztandar. Jak nas zabierali w 1941 r., to miałam dwa, ale z jednego Michałowi ( synowi, który wtedy miał 3 lata – przyp. MAN) uszyłam koszulkę i spodenki czerwone, a drugi na tykę zawiesiłam i na pierwszej furze zawiesiliśmy. Śpiewaliśmy całą drogę do stacji kolejowej „Rotę" i inne pieśni. (...) Jak jechaliśmy do domu, pociąg stanął w lesie. Przyszedł Sowiet i powiedział: "Nigdzie nie wychodźcie, bo tu bandy są w lesie, ukraińskie. Tyle ludzi już pomordowali!". Siedzieliśmy w pociągu cichutko. A na granicy, nie pamiętam, gdzie to było, kazali nam wszystkim wyjść. „Robimy rewizję!". Ja miałam pudełko z fotografiami. Przychodzą, rozwalają wszystko. Jeden z nich mówi: „Wy na propagandę to mieli i pokazywali?". „Ja nikomu nie pokazywałam. Zobaczcie, że czyste! Odczepcie się, do diabła!". Ale jedna pani miała listy od tych, którzy jeszcze zostawali, to jej te listy zabrali i ona musiała zostać. Później przyjechała, ale czepiali się bardzo do niej". (...) 12 lutego wyjechaliśmy furmankami do stacji, potem pociągiem i przyjechaliśmy 6 marca do Siemiatycz".
Ich powrót odnotowała w swoich wspomnieniach kuzynka - Celina Nowicka: „ Mój ojciec jeździł po ciocie Władzię na dworzec furmanką - innej lokomocji nie było. Weszła w drzwi w wojskowym szynelu, rozdeptanych wojskowych butach w chustce na głowie -zawszona z chłopcem - podlotkiem nie lepiej ubranym - Michałem. Po przybyciu do nas Michał schował się do łóżka, z którego nie chciał wyjść. Bał się nowego otoczenia, nowych twarzy, wszystko było inaczej niż dotychczas. W domu cioci mieszkali lokatorzy i zanim nie opuścili domu, ciocia mieszkała u nas, zanim nie otrząsnęła się z tego wszystkiego, odpoczęła, znalazła pracę i środki do życia. Pracę dostać nie było łatwo, była pomazana Syberią - a w mentalności ówczesnych władz i nie tylko władz słyszało się takie zdanie, że wiedzieli za co wywozili - była wrogiem władzy ludowej. Po długich i ciężkich staraniach dzięki dobrym ludziom dostała pracę w sklepie spożywczym".
W procesie umacniania „władzy ludowej" rok 1946r. miał istotne znaczenie przede wszystkim dlatego, że wtedy odbyło się wyznaczone na 30 czerwca tzw. referendum ludowe. Polacy mieli w nim wypowiedzieć się w sprawie istnienia Senatu, utrwalenia przemian gospodarczych wynikających z reformy rolnej oraz kwestii zachodnich granic kraju. Referendum zostało nazwane 3 x TAK od haseł propagandowych, które zachęcały do pozytywnej odpowiedzi na wszystkie trzy pytania. Miało być próbą generalną przed wyborami powszechnymi przewidzianymi na styczeń 1947r. - sprawdzianem popularności rządzących krajem komunistów oraz ich sojuszników ale także sprawności ich mechanizmu manipulacji i fałszowania wyborów.
W operacji „referendum" i fałszowania jego wyników ogromną rolę odegrali wyspecjalizowani w takim procederze, który w Związku Sowieckim był normą, oficerowie sowieckich służb specjalnych. Według oficjalnych wyników, 3 x TAK głosowało ponad 90 procent społeczeństwa. Dopiero po przełomie 1989 roku możliwe było opublikowanie prawdziwych danych, z których wynikało, że na „NIE" w referendum wypowiedziało się, w zależności od regionu kraju, od 30 do ponad 70 procent wyborców. Prawdziwe dane były jednak ówczesnym władzom znane i wskazywały na wciąż bardzo znaczny opór społeczeństwa, które mimo nacisku, w dużej części otwarcie wyraziło swój niechętny, często wręcz wrogi, stosunek do władzy komunistycznej. To że referendum zostanie sfałszowane było dla ogromnej większości jasne, jeszcze na długo przed nim, zwłaszcza na naszych terenach. Trudno bowiem było dowierzać możliwości przeprowadzenia prawdziwego głosowania choćby po świeżych jeszcze doświadczeniach z okresu okupacji sowieckiej. Tutaj przecież za Sowietów odbywały się już rozmaite głosowania, w tym za przyłączeniem do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej, oraz „wybory" ze z góry wiadomym, potrzebnymi komunistom rezultatem.
„Referendum" odbywało się w cieniu represji na wielką skalę, pod karabinami zmobilizowanej na tę okoliczność ogromnej liczby funkcjonariuszy UBP i milicji, ORMO i wojska, którzy pilnowali urn wyborczych przed atakami antykomunistycznej partyzantki, aresztowań, rewizji i przesłuchań oraz ogromnej nękającej kampanii propagandowej PPR i jej sojuszników. W tle zawsze też byli sowieccy "doradcy" z NKWD. Z kolei, partyzanci WiN i NZW atakowali ekipy propagandystów referendum i inne osoby zaangażowane w kampanię. Podziemie prowadziło też własne akcje agitacyjne wymierzone w referendum, głównie ulotkowe, plakatowe i napisy na budynkach. Innych środków agitacji nie posiadało.
Wydarzenia te pokazały, do czego nowa władza może się posunąć i że na Zachód nie ma już co liczyć. Wobec oczywiście sfałszowanych jego wyników nie było bowiem z tamtej strony znaczących protestów. W ten sposób społeczeństwo jeszcze bardziej traciło wiarę w sens jakiegokolwiek, tym bardziej czynnego, oporu wobec narzuconych przez Sowietów rządów.
Trwały realizowane na szeroką skalę operacje przeciwko zbrojnemu podziemiu. Oczyszczano aparat państwa, również na szczeblu lokalnym, z jak to określano „ reakcyjnych elementów". Testem był m.in. stosunek do „referendum" i zaangażowanie w poparcie „3 x TAK". Represje uderzały w działaczy PSL, dochodziło do aresztowań i zmuszania do współpracy z UBP.
Przyjmuje się, że pierwsza połowa 1946r., poprzedzająca „referendum", była okresem najostrzejszych walk między partyzantką antykomunistyczną i nową władzą oraz najbardziej brutalnych represji. Wielu partyzantów zginęło, inni zostali aresztowani i stanęli przed sądami. Od stycznia 1946 r. ich „sądzeniem" zajęły się powołane przy sądach okręgowych specjalne wydziały do spraw doraźnych. W roku 1946 zapadła na tych terenach ogromna większość wyroków śmierci na żołnierzy podziemia, często – aby zastraszyć społeczeństwo - w procesach pokazowych. 21 listopada 1946r. w Siemiatyczach, w sali kinowej w budynku nieistniejącego już dzisiaj tzw. klubu ( od czasów carskich szkoły powszechnej – przyp.) przy cerkwi pod wezwaniem Piotra i Pawła odbył się pokazowy proces w trybie doraźnym 59-letniego Franciszka Kłopotowskiego („Żelazo", w konspiracji również pod nazwiskiem Józef Malinowski), zatrzymanego 24 października 1946 r. w rodzinnej wsi Kłopoty Stanisławy przez funkcjonariuszy siedleckiego UBP. Franciszek Kłopotowski był komendantem ośrodka WiN w Siemiatyczach. Był wyznaczony przez Władysława Łukasiuka „Młota" do utworzenia w tym rejonie terenowej bazy rezerwy VI Brygady Wileńskiej AK. Został skazany na karę śmierci, którą wykonano – przez rozstrzelanie - w więzieniu w Białymstoku 14 grudnia 1946 r. Został zrehabilitowany w sierpniu 1993 r.
Na podstawie porozumienia z dnia 9 września 1944 r. podpisanego przez PKWN i rząd Białoruskiej SRS obie strony zobowiązały się do ewakuacji wszystkich obywateli narodowości białoruskiej, ukraińskiej, rosyjskiej i rusińskiej zamieszkałych w Polsce, a także przystąpić do ewakuacji wszystkich Polaków i Żydów będących obywatelami polskimi do 17 września 1939 r. zamieszkujących zabrane Polsce i przyłączone do ZSRR obszary, włączone w tym okresie do BSRR na terytorium Polski, czyli tzw. repatriacji. W obu przypadkach wyjazdy miały być dobrowolne. Z Wileńszczyzny pierwsze transporty wyruszyły już na początku 1945r., z Białorusi latem tego roku i akcja ta była kontynuowana w roku następnym.
Z powiatu bielskiego, w tym głównie z terenów na północny wschód od Siemiatycz, część rodzin narodowości białoruskiej, ukraińskiej, rosyjskiej i rusińskiej (lub do takiej się oficjalnie przyznając, chociaż wielu prawosławnych zaliczało się zwyczajnie do tzw. tutejszych) zdecydowała się emigrować na wschód, w granice Białoruskiej SRS. Na początku tych wyjazdów było stosunkowo niewiele. Oddziały partyzanckie WiN i NZW zaczęły je jednak zmuszać ich do wyjazdu, zastraszając, grożąc paleniem wsi, w niektórych przypadkach mordując mieszkańców. Najbardziej znana to sprawa „Burego" – pacyfikacja kilku wsi białoruskich w styczniu 1946r. przez oddział „Burego" – III Wileńską Brygadę NZW. Oddział ten działał również w pobliżu Siemiatycz i 26 stycznia 1946 r. zatrzymał się na postój we wsi Augustynka (około 15 km na wschód od Siemiatycz). Odchodząc wieczorem tego dnia partyzanci rozstrzelali sołtysa i jednego z gospodarzy. Mieli znajdować się na liście współpracujących z UBP.
Zarzuty dotyczące mniejszości białoruskiej odnosiły się do wspomnień z okresu okupacji sowieckiej 1939 - 41, aktywnej wtedy działalności Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi a także działań wspomagających zwalczanie polskiego podziemia w tamtym okresie i wywózki na Syberię. Rozciągały się również na ich współpracę z NKWD i UBP przy utrwalaniu nowej władzy i denuncjowaniu partyzantki. Działania antykomunistycznej partyzantki wobec ludności białoruskiej były w dużym stopniu wywołanej działaniami części środowisk białoruskich na rzecz przyłączenia terenów powiatu bielskiego do ZSRS. Z kolei wiele przemawia za tym, że inicjatywy te z kolei były powodowane obawą o swoją przyszłość i bezpieczeństwo.
Łącznie, wg oficjalnych danych, z województwa białostockiego do końca 1946r. wyjechało na wschód, na terytorium Białoruskiej SRS, ponad 36 tys. osób narodowości białoruskiej (ok. 20 proc.).
W 1946r. na podstawie wcześniej wspomnianego układu z BSRS trwała repatriacja z terenów Rzeczypospolitej zajętych przez Armię Czerwoną już we wrześniu 1939r. i na mocy porozumień jałtańskich z 1945r. wcielonych w skład ZSRS. Większość rodzin jechała na Zachód, na tzw. Ziemie Odzyskane, ale niektóre rodziny , jak się to mówiło „ zza linii Kierzona (Curzona – przyp .)" zatrzymały się – czasami na całe życie - w Siemiatyczach i okolicach.
Głównie w rezultacie napływu tych rodzin oraz powrotu zesłańców syberyjskich ludność Siemiatycz nieco wtedy wzrosła, do 4106 osób.

Po świetnie rozwijającym się w latach przedwojennych siemiatyckim przemyśle, kaflarniach itd. pozostały tylko wspomnienia i opuszczone zabudowania, częściowo albo całkowicie zrujnowane. Zostały przejęte od właścicieli i „znacjonalizowane" już za Sowietów.
W 1946r. udało się reaktywować działalność mleczarni. Podczas działań wojennych w 1939 r. mleczarnia nie została uszkodzona, a kiedy Niemcy wycofali się za linię Bugu, spółdzielnię przejęły władze sowieckie i przekształciły w Rejonowy Zakład Mleczarski. Dwa lata później, kiedy Niemcy znów wkroczyli do miasta, spalono dach parterowej części budynku i skradziono pasy transmisyjne, uszkodzono wnętrze budynku. Mleczarnię przejął Hans Kapeller, który był z zawodu mleczarzem. Wystąpił do władz niemieckich o przekazanie mu mleczarni na własność jako zasłużonemu hitlerowcowi. W 1944 r. podczas wycofywania
się Niemców, mleczarnię ograbiono. Tak ten epizod opisuje Jan Olędzki w książce pt. „35 lat Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Siemiatyczach":
- „Wszystkie większe maszyny mleczarskie zostały zdemontowane, załadowane na samochody i wywiezione w kierunku zachodnim. Kapeller pilnował własności jak oka w głowie, powtarzając, że niedługo powróci. Cofające się ostatnie oddziały minerów niemieckich splądrowały mleczarnię, nie znajdując jednak masła ani sera żołnierze przynieśli
słomy i podpalili budynek. Mleczarnia spłonęła, pozostały mury ze smutnie sterczącymi kikutami kominów".
Ważnym wydarzeniem w roku 1946 było rozpoczęcie 1 września działalności przez Szkołę Powszechną przy ul. Drohiczyńskiej. Znalazła ona swoje miejsce w budynku przedwojennej Hebrajskiej Szkoły Powszechnej „Kadimah". Równocześnie działała szkoła powszechna przy ul. Koszarowej, wraz z Liceum Przyśpieszonym, które ukończyły 22 osoby.
Marek Antoni Nowicki, fot Antoni Nowicki
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Kto pisał ten tekst? Przeleciał lekko przez burzliwa historię powiatu. Zwłaszcza w odniesieniu do tzw. Wyklętych - dziś wynoszonych na piedestały, wtedy w odniesieniu do mojej rodziny i innych- zwykłych grabieżców, z powodu ich białoruskości. Postawy takie nie dotyczyły , jak tu autor wspomina, działaczy komunistycznych tylko zwykłych ludzi, których wina było to, że dorobili się swoją ciężką pracą, a w niedziele chodzili do cerkwi. Panie historyku- więcej obiektywizmu- dziś już chyba można pisać prawdę? Czyż nie?
Prawdę pisać trzeba, czy można? zależy kto czyta. "Bohaterowie, wyklęci" - często zwykli bandyci, grabieżcy, kożusznicy. Czy byli bardziej bohaterscy od Niemców, Rosjan -okupantów. Jeżeli taki bandyta w Augustynce, Tymiance, Zalesiu i innych wsiach przystawiał karabin i wysyłał do raju biednego chłopa prawosławnego, którego jedyną winą było, że żegnał się inaczej; na wiejskiej zabawie zabierał co lepsze buty i kożuchy. To bohaterowie - czy bandyci? Przecież oni mieszkali tuż obok np. w Pokaniewie itp. Bandyta pozostanie bandytą niezależnie w jaki ornat go ubierzemy.
Kto pisał ten tekst? Przeleciał lekko przez burzliwa historię powiatu. Zwłaszcza w odniesieniu do tzw. Wyklętych - dziś wynoszonych na piedestały, wtedy w odniesieniu do mojej rodziny i innych- zwykłych grabieżców, z powodu ich białoruskości. Postawy takie nie dotyczyły , jak tu autor wspomina, działaczy komunistycznych tylko zwykłych ludzi, których wina było to, że dorobili się swoją ciężką pracą, a w niedziele chodzili do cerkwi. Panie historyku- więcej obiektywizmu- dziś już chyba można pisać prawdę? Czyż nie?
Prawdę pisać trzeba, czy można? zależy kto czyta. "Bohaterowie, wyklęci" - często zwykli bandyci, grabieżcy, kożusznicy. Czy byli bardziej bohaterscy od Niemców, Rosjan -okupantów. Jeżeli taki bandyta w Augustynce, Tymiance, Zalesiu i innych wsiach przystawiał karabin i wysyłał do raju biednego chłopa prawosławnego, którego jedyną winą było, że żegnał się inaczej; na wiejskiej zabawie zabierał co lepsze buty i kożuchy. To bohaterowie - czy bandyci? Przecież oni mieszkali tuż obok np. w Pokaniewie itp. Bandyta pozostanie bandytą niezależnie w jaki ornat go ubierzemy.