Reklama

Zagadka z czasów wojny polsko - bolszewickiej. Kim było dziecko porzucone na drodze w Makarkach?

Pani Iwona z Krakowa od lat poszukuje śladów prawdziwego pochodzenia swojego kuzyna, oraz próbuje ustalić jego prawdziwe nazwisko. Dlaczego nie jest to proste? Rzecz działa się w naszych stronach podczas wojny polsko - bolszewickiej w dramatycznych okolicznościach.

     19 sierpnia 1920 roku we wsi Makarki w gminie Grodzisk uciekające wojska bolszewickie pozostawiły na drodze niemowlę płci męskiej, liczące sobie 4 - 6 miesięcy. Dając wiarę jedynemu dokumentowi, jaki udało się uzyskać, w dniach 15 sierpnia 1920 r. bolszewicy, gdzieś na drodze odwrotu spod Warszawy, wymordowali rodziców chłopca, spalili dom, któryś z żołnierzy ulitował się nad dzieckiem, uratował go z płomieni i zabrał ze sobą w dalszą drogę. Owiniętego w czerwone wojłokowe sukno (na suknie ślady po gwoździach, prawdopodobnie zerwane ze ściany - ikona?), ubranego tylko w biały kaftanik, który miał wyszyte inicjały, lub jakiś herb, przymocowali do armaty i tak dotarł do Makarek. Prawdopodobnie, ze względu na utrudnienia, nie mogło to długo trwać. Odległość od miejsca rzezi do wioski nie wynosiła więcej niż 50 km. Zostawiając niemowlę na drodze wczesnym rankiem 19 sierpnia wieśniakom, powiedziano: "Wychowajcie go na dobrego bolszewika, rodzice spaleni, a nie pytajcie kim byli, bo kula w łeb".

     Chłopiec był jasnym blondynem (później szatynem) o ciemnych oczach, miał na kostkach prawej nóżki dwa znamiona. Przez około trzy miesiące opiekował się nim Jan Markiewicz ze wsi Makarki. Pani Iwona posiada raport z jego zeznaniem dotyczącym podrzucenia dziecka, spisany 23 września 1920 r.

Reklama

     Nie próbował on nigdy dowiedzieć się prawdy o pochodzeniu malucha. Wkrótce potem, jakimś sposobem dowiedziały się o dziecku siostry PCK i bardzo chore zawiozły do domu sierot w Warszawie. Nadal nikt nie wiedział, kim jest chłopiec, jakie ma imię, nazwisko, kim byli jego rodzice i do dziś tego nie wiadomo (PCK już w listopadzie 1920 starało się ustalić jakiekolwiek dane).

       W Warszawie małżeństwo Jana i Zuzanny Włodarczyków, zaadoptowało chłopca. Zabrali go najpierw do domu w Borysławiu, potem do Krakowa. Ochrzcili go imieniem Witold, dali swoje nazwisko.

Reklama

 

     Jan Włodarczyk, przybrany ojciec, do 1927 roku prowadził poszukiwania, bez rezultatu. Później uległ wypadkowi i zaprzestał dochodzenia prawdy. „Witold” dorósł, założył rodzinę, ożenił się z siostrą matki pani Iwony. Działał w konspiracji, aresztowany przez Gestapo, jakiś czas osadzony był na Montelupich w Krakowie, a w październiku 1942 wywieziony do Oświęcimia, gdzie został stracony w grudniu 1942. Nie doczekał przyjścia na świat swego syna. Dziś byłby już prapradziadkiem.

    Pani Iwona próbowała bezskutecznie znaleźć odpowiedź na pytania, kim byli jego rodzice, gdzie mieszkali, jak naprawdę się nazywali, czy ktoś go szukał?

Reklama

     „Może żyje jeszcze ktoś, kto chciałby znać jego losy, może ważne żeby się dowiedział, może to istotne aby „Witold” odzyskał chociaż pośmiertnie swe prawdziwe imię, bo zawsze tego pragnął. Pragnę też ja – pisze pani Iwona - a przede wszystkim tego, aby jego historię, choć podobnych jest wiele, utrwalić w pamięci naszej. Tak bardzo bym chciała znaleźć kogoś, kto mógłby mi pomóc. Pisałam do przeróżnych archiwów, diecezji (te ostatnie w ogóle mi nie odpowiadały na listy).

    Dowiedziałam się jedynie, że najprawdopodobniej przez okolice Grodziska i Makark wycofywały się jednostki taktyczne 16 armii sowieckiej, a ściślej oddziały piechoty 2, 8, 10, 17, 27 dywizji strzelców, wraz ze swoją artylerią polową (wersja muzeum Wojska Polskiego). Miejsce mordu rodziny oscyluje więc wokół miejscowości: Drohiczyn, Sokołów Podlaski, Gródek, Węgrów. Nie wierzę, żeby NAPRAWDĘ NIGDZIE nie było jakiegoś śladu, akt zgonów, narodzin, (marzec?) rejestru rodzin (pewnie zamożniejszych) pomordowanych w dniach 15-18 sierpnia 1920 r., na podstawie którego można by drogą selekcji znaleźć kilka prawdopodobnych możliwości. Warto, nawet w imieniu tych, których losy podobne były do losu mego wuja, a o których już nikt nie pamięta”.

Reklama

    Do poszukiwań pani Iwony odniósł się Władysław Pasek. Autor książek historycznych, pisząc w mailu do niej m.in.: (…) „Historia rzeczywiście wstrząsająca, obawiam się jednak, że być może nigdy nie zostanie do końca wyjaśniona. W połowie lat 90. przez kilka tygodni przemierzałem te tereny, starając się od starszych mieszkańców wydobyć jakieś szczegóły walk i okupacji bolszewickiej. Zbierałem materiały do publikacji o Bolesławie Kontrymie, Polaku, który na skutek pewnych zbiegów okoliczności znalazł się w roku 1920 w szeregach armii bolszewickiej nacierającej na Warszawę. Bolesław Kontrym był wówczas dowódcą 82 pułku piechoty, 28 Brygady Strzelców 10 Dywizji Strzelców (Piechoty). I tu historie te trochę się splatają: otóż po Bitwie Warszawskiej (czy raczej po pierwszej jej fazie - uderzeniu z nad Wieprza, w którym polska 14 DP rozbiła sowieckie 8 i 10 DS) pułk Kontryma wycofywał się z rejonu Mińska Mazowieckiego (16 lub 17 sierpnia), przez Sokołów Podlaski w Kierunku na Bielsk Podlaski.

    Według wszelkiego prawdopodobieństwa noc z 18 na 19 sierpnia jednostka Kontryma spędziła obozując w miejscowości Czarna Wielka (a oddziały 28BS - w najbliższej okolicy; w tym w Makarkach, Biszewie i Aleksandrowie. Przepytywałem ludzi w okolicy, ale niewiele mogłem się dowiedzieć - albo nic nie pamiętali, albo opowiadali niestworzone historie. Pojawiła się w tych opowiadaniach także historia "bolszewickiego niemowlaka" (tak to wówczas zapisałem w notatkach), która przedstawiała się mniej więcej tak, jak ją Pani powyżej przytoczyła (oczywiście bez szczegółów w rodzaju dat), kończyła się ona tak: "to chyba jakieś ważne książątko było, bo jeszcze do wojny (1939) co jakiś czas policja wypytywała, czy czego nie wiemy i rożne takie z Warszawy przyjeżdżały i nawet płacić chciały za jakieś informacje" - to pewnie ślady poszukiwań, o których Pani pisze. Nie był to jednak główny temat moich poszukiwań, więc nie dowiadywałem się więcej (a poza tym myślałem, że to tylko legenda). Kiedy w ubiegłym roku wróciłem w te okolice, nikt z moich rozmówców z lat 90. już nie żył.”.

Reklama

    Czy uda się natrafić jeszcze na jakieś ślady pamięci o tych wydarzeniach? Może utrwalone w przekazach rodzinnych? Może przypadkiem ktoś gdzieś zasłyszał te historię? W jakiej miejscowości spalono dom i zabito całą rodzinę około 50 km na zachód od wsi Makarki?

    Może nigdy się tego nie dowiemy.

    JN

    PS: Informacje przekazał nam Romuald Piotrowski z Kosianki, który zaangażowany jest też w rozwikłanie tej zagadki

    Fot.: Witold Włodarczyk jako mały chłopiec i jako więzień Auschwitz

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Iwona Gołębiowska - niezalogowany 2023-10-09 12:03:41

    Serdecznie dziękuję za artykuł. Minęło tyle lat! A ja wciąż liczę na to, że uda się rozwikłać zagadkę i, że na tablicy cmentarnej, pamiątkowej jedynie,bo ciało zostało w Oświęcimiu, będę mogła dopisać prawdziwe imię. Pozdrawiam najgoręcej.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Michał A. - niezalogowany 2023-12-22 02:14:22

    Dzień dobry, czy Witold Włodarczyk był absolwentem gimnazjum w Wieliczce im. Jana Matejki i zdawał tam maturę w 1937 roku? Jak wyglądała jego konspiracja? Proszę o kontakt: [email protected]

    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Michał A. - niezalogowany 2023-12-22 02:09:32

    Dzień dobry, natrafiłem przypadkiem na ten artykuł, przeszukując nazwisko Włodarczyk Witold. Staram się ustalić listę poległych Wieliczan (woj. małopolskie). Mam taką informację "Witold Włodarczyk ur. w Drohobyczu, maturę w Wielickim gimnazjum zdał w 1937 roku, zginął w II WŚ" - możliwe, że to ta sama osoba co w artykule. Bardzo proszę Panią Iwonę o kontakt ze mną na email: [email protected] Pozdrawiam M.A.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama