Reklama

80 lat szkoły przy Drohiczyńskiej – cząstka naszych życiorysów

Historia znanego wielu z nas - zwłaszcza spośród starszych mieszkańców - budynku szkolnego przy ul. Drohiczyńskiej zaczyna się w drugiej połowie lat 30. ubiegłego wieku. Opowiemy ją od początku. Wiąże się mocno ze społecznością żydowską, która przed II wojną światową stanowiła w mieście większość, i z ruchem syjonistycznym.

     Założyciel i dyrektor – Jehuda Kogut

     Pod wpływem tzw. deklaracji Balfoura (deklaracji brytyjskiego rządu z 1917 r., okazującej pragnienie odtworzenia w Palestynie „żydowskiej siedziby narodowej", co było odpowiedzią na oczekiwania i starania ruchu syjonistycznego i zaowocowało później utworzeniem brytyjskiego Mandatu Palestyny), wśród działaczy bardzo silnego w Siemiatyczach nurtu syjonistycznego zrodziła się idea utworzenia wspieranej przezeń szkoły powszechnej dla miejscowych dzieci żydowskich. W mieście funkcjonowało kilka szkół żydowskich, religijnych i świeckich, ale najważniejszą i jedną z pierwszych tego typu w Polsce stała się Hebrajska Szkoła Powszechna „Kadimah" należąca do ruchu szkolnego „Tarbut" – organizacji edukacyjnej o orientacji syjonistycznej pomagającej rodzinom zamierzającym emigrować do Palestyny.

 

Reklama

      Cegiełka na budowę szkoły - ze zbiorów własnych

 

     Jej założycielem i dyrektorem była postać wyjątkowa – Jehuda Kohut (Kogut), entuzjasta kultury hebrajskiej, charyzmatyczny nauczyciel i działacz. To głównie jego wyjątkowa energia i zaangażowanie spowodowały, że powstał budynek szkolny – piętrowy, murowany i, jak na tamte czasy, nowocześnie zaprojektowany. Zbudowany został wysiłkiem członków siemiatyckiej gminy żydowskiej oraz dzięki darowiznom Żydów siemiatyckich zamieszkałych w Palestynie, do której Jehuda Kogut w 1934 r. udał się, aby zebrać potrzebne fundusze. Był namawiany do pozostania tam, ale jednak powrócił, aby kontynuować swoją misję. Siemiatyccy przedsiębiorcy żydowscy dostarczyli materiały, a młodzież, jako wolontariusze, pracowała przy jej budowie.

Reklama

     Budynek stanął pod adresem: ul. Drohiczyńska 31, na działce o powierzchni 2.142 m kw. Gmach został uroczyście otwarty w 1938 r.

     W siemiatyckiej „Kadimie" dzieci w wieku 10-13 lat poznawały po hebrajsku Biblię, historię żydowską, hagadę (przypowieści żydowskie), literaturę hebrajską oraz gramatykę, a także przedmioty ogólne: historię, język i kulturę Polski.

     Czasy różnych okupacji

     Szkole w nowym budynku i z dotychczasowym programem jednak nie dane było długo istnieć, bowiem w końcu września 1939 r. przyszła, trwająca do 22 czerwca 1941 r., okupacja sowiecka. Szkoła została przekształcona w szkołę jidysz – rosyjską.

Reklama

     Pisał o tym okresie, we wspomnieniach wydanych w Kanadzie, których fragmenty publikowaliśmy jakiś czas temu na naszych łamach, uczeń tej szkoły Sidney J. Żółtak, syn właściciela domu i sklepu odzieżowego po wschodniej stronie Rynku:

     (…) Zamiast hebrajskiego, zaczęliśmy uczyć się rosyjskiego. Zamiast pieśni hebrajskich uczyliśmy się rosyjskich pieśni patriotycznych, czasami śpiewanych w jidysz. Obowiązywał zakaz mówienia o syjonizmie; zamiast tego byliśmy uczeni sowieckiej konstytucji socjalistycznej. Zamiast przygotowywać się do członkostwa w Hashomer Hatzair (Młody Strażnik, międzynarodowa żydowska organizacja młodzieżowa, część składowa Światowej Organizacji Syjonistycznej – przyp. MAN), wszyscy musieliśmy należeć do Młodych Pionierów. Przy okazji świąt musieliśmy zakładać czerwone krawaty socjalistycznych ruchów młodzieżowych i oglądać sowieckie filmy patriotyczne (...).

Reklama

     Wraz z wejściem Niemców 22 czerwca 1941 r. przyszedł czas zagłady siemiatyckiej społeczności żydowskiej, poprzedzony, po kilku miesiącach okupacji, przeniesieniem wszystkich Żydów do getta na Zamościu. W listopadzie 1942 r. zostali wywiezieni do Treblinki i tam zginęli. Uratowało się niewielu, niektórzy w ucieczce z getta, a inni z transportu do obozu. Z tych, którzy znaleźli się w Treblince, przeżyły dwie osoby. Jedną z nich był Saul Kuperhand z rodziny siemiatyckiego szewca. W wydanych po latach w USA wspomnieniach, publikowanych w „Kurierze", przypomniał – jako wyjątkowy świadek z transportu z siemiatyckiej stacji do Treblinki - ostatni żywy ślad po szkole „Kadima", jej liderze i uczniach:

     (…) „Nie było nic bardziej tragicznego, a równocześnie bardziej chlubnego, niż widok nauczyciela z naszego miasta Jehudy Koguta, stojącego wraz z setkami swoich uczniów w tym pociągu śmierci. Pod jego kierunkiem śpiewali oni „Hatikvah" (nadzieja), pieśń, która stała się potem hymnem państwowym Izraela. Kogut doprowadził do tego, że dzieci śpiewały o przyszłości, nie myśląc o strasznym dniu dzisiejszym. Jest on zapomnianym bohaterem Holokaustu, pozwólcie więc, że - wspominając o nim - upamiętnię jego dzielność. Niech Bóg zemści się za nieokiełznane zbrodnie na niewinnych".

Reklama

     Ten obraz przywołuje na myśl heroiczną historię innego pedagoga i lekarza, prekursora praw dziecka, dr. Janusza Korczaka, który zginął w Treblince wraz z dziećmi z domu sierot, który prowadził w warszawskim getcie.

     Budynek szkoły przy ulicy Drohiczyńskiej, przejęty przez niemieckie władze okupacyjne, po zagładzie getta służył przez kilka miesięcy jako skład mienia żydowskiego, głównie wyposażenia domów, które po wywózce Żydów do Treblinki przeszło - zgodnie z prawem okupacyjnym - na własność III Rzeszy. W styczniu 1943 r. na placu przed szkołą odbywała się wyprzedaż. Setki albo wręcz tysiące ludzi zjeżdżających się z okolicznych wsi usiłowało tanio kupić, czy dostać coś, z pierzyn czy ubrań wyselekcjonowanych do wyprzedaży (lepsze wysyłano do Rzeszy). Wydarzenie to znane jest z fotografii zrobionych wtedy z ukrycia przez Antoniego Nowickiego (jedno z tych zdjęć poniżej)

Reklama

 

       Budynek przetrwał wojnę w stanie nienaruszonym. Po jej zakończeniu, nowe władze 1 lutego 1946 r. otworzyły w nim Publiczną Szkołę Podstawową, która z czasem stała się Szkołą Podstawową nr 1 na prawie 30 lat. Na zdjęciu poniżej szkoła na początku lat 50. ubiegłego wieku.

 

   

     W latach 70. rozpoczęto w tym miejscu budowę nowej szkoły. 1 września 1976 roku odbyła się tutaj wojewódzka inauguracja roku szkolnego, z udziałem ministra oświaty i wychowania, który symbolicznie otworzył szkołę w nowym budynku. Pierwszym jej dyrektorem był Jan Czeczuk.

Reklama

    Przebudowany budynek dawnej szkoły dzisiaj jest częścią nowej Szkoły Podstawowej nr 1. (na zdjęciu poniżej - fot E.Kryńska)

autor:   Marek Antoni Nowicki

 

    Garść wspomnień z lat spędzonych w tej szkole

     Zbigniew Głowacki (uczeń z drugiej połowy lat 50. i początku 60.), w rozmowie z Eleni Kryńską, publikowanej jakiś czas temu w „Kurierze":

       (…) - Chodziłem do tzw. szkoły żydowskiej, czyli szkoły podstawowej na ul. Drohiczyńskiej. W tej chwili to przybudówka, mały budyneczek. A dla nas, małych dzieci, była wielka. Przede wszystkim byliśmy uczeni przez ludzi innej formacji, o innym sposobie myślenia i bycia. Wspominam stamtąd kierownika Romana Arcichowskiego. To była zupełnie niesamowita postać, wyjęta rodem z filmów Federico Felliniego „Rzym" czy „Amarcord". Podam przykład: półkule magdeburskie, poglądowa lekcja fizyki i działania próżni. Kierownik wyprowadził całą klasę na podwórze. Połowa uczniów ciągnęła uchwyty kuli z jednej strony, połowa z drugiej. - I co? Nie dacie rady rozerwać? - zapytał, a potem niepostrzeżenie sam otworzył wlot powietrza do kuli, dwie grupy padły na trawę, a kierownik ze śmiechem powiedział: - To jest siła ciśnienia atmosferycznego.

Reklama

       Innym razem, któryś z chłopaków narozrabiał i trafił do gabinetu kierownika. Pan Arcichowski kazał mu włożyć nos między dwie kulki, zakręcił korbą maszyny elektrostatycznej. Wytworzył się prąd, iskra uderzyła w nos ucznia, a kierownik na to: - Tak będzie miał każdy, kto zrobi coś złego! A teraz masz cukierka.

       Ksiądz Kruhliński był naszym prefektem. Dwa lata po tym, jak Gomułka popuścił i uczyliśmy się religii w szkole. Był ostry, teraz już nie ma takich księży. Niesympatyczny, wręcz srogi, ale uczył nas tolerancji. Na czym polegała ta nauka? Szedł korytarzem razem z księdzem prawosławnym i rozmawiali ze sobą. Wydawało nam się, że katolicyzm i prawosławie są przeciwstawne. Okazało się, że nie, że oni idą i ze sobą przyjaźnie rozmawiają! Były pewne napięcia między prawosławnymi i katolikami. Niewyrażane wprost, ale istniały wśród dzieci. Raz zaciągnęliśmy prawosławnego chłopaka na naszą religię. Nie wiem, po co? Wtedy ksiądz strasznie nas objechał, że nie mamy prawa tego robić, że to pozbawianie wolności człowieka. Kruhliński był bardzo barwną postacią. Każda lekcja zaczynała się nie od religijnej pieśni, a od dziecięcej piosenki, którą uwielbiał: „Ta Dorotka, ta malusia, tańcowała dokolusia. Tańcowała nóżką bosą, tańcowała ranną rosą".

Reklama

     Pani Wacławowicz pochodziła z terenów współczesnej Litwy, może z Wilna. Uczyła nas śpiewu przy pomocy ballad Mickiewicza śpiewanych na melodię dziadowską i dzięki temu w 2, 3 klasie szkoły podstawowej znaliśmy ballady Mickiewicza! Takich postaci nie zapomina się ani ich nauk".

     Marek Nowicki, lata 1959–1966: Był rok 1959. Rodzice uważali, że nie powinienem czekać do ukończenia 7 lat w 1960 r., tym bardziej, że urodziłem się w marcu, a do szkoły idzie się przecież we wrześniu, miałbym więc już wtedy 7,5 roku. A poza tym już bardzo płynnie, swobodnie czytałem. Pójście rok wcześniej wymagało jednak zabiegów i specjalnej zgody. Kierownik szkoły przy ul. Drohiczyńskiej, Roman Arcichowski, zaprosił mnie z mamą do siebie do gabinetu na rozmowę. Pamiętam tylko, że w pewnym momencie wyjął z szuflady biurka i otworzył w gruby tom, wskazał na kartę tytułową i poprosił, abym mu przeczytał jej treść. Przeczytałem szybko: „Karol Marks. Kapitał". Mógłbym mu czytać dalej, ale nie chciał. To wystarczyło. Mogłem już szykować się do pierwszej klasy. W ten szczególny sposób moja szkolna edukacja zaczęła się od… Marksa.

Reklama

       Pierwszy dzień w szkole na Drohiczyńskiej? Właściwie sobie go nie przypominam. Ławki były jeszcze ze szkoły żydowskiej, ciężkie solidne, niektóre z klapą. I kałamarze na atrament. Często stalówką wyciągaliśmy utopione muchy. Atrament był czarny albo błękitny. Stalówki „krzyżówki" i inne osadzone w drewnianej obsadce. Słyszeliśmy o wiecznych piórach, albo „wiecznych obsadkach", ale nikt ich nie widział. Zeszyty? Część jeszcze z przedwojennej księgarni Ludwika Rycerza przy Rynku. Zeszyty do rachunków, w kratkę, miały na ostatniej stronie okładki tabliczkę mnożenia. Do rysunków były czyste. W zeszytach w linie pisaliśmy najpierw literki. Kaligraficznie. Całe linijki tej samej literki. Musiałem nauczyć się to robić prawą ręką. Dla mańkuta to był pewien wyczyn. Najbardziej utkwiły mi w pamięci kaligrafia i szlaczki – fantazyjnie rysowane kredkami wzorki dzielące od siebie kolejne lekcje. Miałem jakiś drewniany piórnik i wszystko w tornistrze. Tekturowym, w kolorze ciemnego błękitu. Innych, zwłaszcza skórzanych, chyba nikt nie miał.

     Ubikacja była na zewnątrz w postaci ustępu. Chyba nigdy tam nie byłem. Mniejsze dzieci miały zabawy na powietrzu na placu przed szkołą, od ulicy, starsze – sportowe na boisku za szkołą. Tam też był budynek gospodarczy z warsztatem do zajęć technicznych, w którym królował Adolf Tokarski, który uczył nas piłowania desek, heblowania i innych podobnych rzeczy. Gdzieś na parterze można było specjalną kwartą napić się wody z blaszanego wiadra.

     Lubiłem chodzić do tej szkoły, o czym świadczy zdjęcie, które zrobił mi ojciec, kiedy wychodziłem chyba pierwszy raz normalnie, do szkoły. Przykrótkie spodnie, jakieś buciny, na głowie maciejówka i tekturowy tornister. Ale mina dumna. Do szkoły nie było daleko, kilkaset metrów w głąb Drohiczyńskiej. W pamięci zostały jakieś pojedyncze obrazki. Do dziś mam przed oczami woźną z mosiężnym dzwonkiem w ręku, odliczającą kolejne lekcje i przerwy.

     W I klasie mieliśmy swoją ukochaną panią Teresą Kochańską. Na Dzień Dziecka i tradycyjny pochód każdy przebrał się za jakąś postać. Nie wiem dlaczego, ale byłem górnikiem w czarnej czapce z pióropuszem.

     Chyba w 2 klasie musiałem tańczyć katiuszę w klubie przy cerkwi na rocznicę rewolucji październikowej. W białej koszuli z aksamitką i uszytych przez babcię niebieskich atłasowych spodniach i gumowcach. W parze z Basią Derewońko. Ćwiczyliśmy parę miesięcy. Klub kojarzył mi się również z pierwszym porankami filmowymi dla dzieci. Tam pierwszy raz w życiu widziałem kino.

       W 3 klasie w grupkach mieliśmy sadzić na grządkach za szkołą różne rośliny. Mnie przypadły siostry Makaw, bliźniaczki, i sadzenie buraka cukrowego. Zaraz potem jednak rozchorowałem się na dłużej, a siostry wyjechały do Ameryki. Nie miał kto pleć i przecinać rosnących gęsto buraków. Nic więc z nich nie wyszło.

     Były też pierwsze zawody szkolne, wspólnie z uczniami z Drohiczyna i Ciechanowca, na łąkach za młynem „Piłata" Olędzkiego na Chłusie. Skakałem wzwyż na jakiejś zupełnie prowizorycznej skoczni obok boiska piłkarskiego. Prowadził naszą grupę, wtedy początkujący nauczyciel, Zdzisław Warpechowski, później uczący nas też... śpiewu. Nazywał mnie wtedy, nie wiem dlaczego, „skoczkiem".

 

Zdjęcie jednej z klas - zakończenie roku szkolnego 24 czerwca 1966 roku. W środku dyrektor Arcichowski, oraz nauczycielka pani Priebe

     Nauczyciele – nauczą cielę, ale nie was, tumany - takie m.in. słowa byłego kierownika Arcichowskiego wspominają inni dawni uczniowie.

     - Zacząłem się uczyć w szkole żydowskiej, czyli w jedynce od 1959 roku – mówi Marek Bujnowski. - Moją pierwszą nauczycielką była Sikorska – Tenderenda. Z innych, których pamiętam, uczyła mnie też Kochańska, Wojtczukowa, Matosiukowa, Jurczukówna, Tokarski, Zaręba i jego żona. Pamiętam za to nasze występy w klubie naprzeciw cerkwi, tańczyliśmy katiuszę. W czarnych gumowcach, bo nie mieliśmy odpowiednich butów. Z naszych uczniowskich kawałów pamiętam, jak starej nauczycielce Wacławowiczowej podczas przerwy przybiliśmy kalosze - gumowce gwoździami do podłogi, chyba brał w tym udział Romek Maj. Później, kiedy wsunęła w nie stopy i chciała iść, upadła... Innym razem, kiedy szkolna higienistka Derkaczówna, znana jako „Ciocia Weszka”, miała rozdawać dzieciom tran do picia, koledzy dodali do niego czegoś, tak, że później wszyscy uczniowie mieli biegunkę. Później, za takie żarty, kierownik Arcichowski pytał – „Czy po tyłku, czy po ojca?". Każdy wolał pytą po tyłku...

     Nie mieliśmy żadnej sali sportowej, wf był na podwórku. Ubikacją był wychodek na dworze, po prostu z dziurą w betonie. Lepiej było nie musieć z niego korzystać.

     - Stare dzieje... - wspomina inny z byłych uczniów z tego samego okresu, Tadeusz Niemyjski.. - Dyrektora Arcichowskiego wspominam bardzo miło. To był pierwszy wielki nauczyciel, jakiego spotkałem na swojej drodze, autorytet. Ucząc chemii - uczył historii, ucząc fizyki - uczył wychowania obywatelskiego, przy każdej okazji uczył po prostu patriotyzmu. Potrafił prowadzić wykłady ciekawie, przetykając je rożnymi wtrętami, żartami, ciekawymi dygresjami, nie pozwalając na nudę. Arcichowski to był człowiek instytucja, tak jak fotograf Nowicki, albo magister Wasilewski.

     W szkole działało też harcerstwo, które prowadził Krasuski. Naszym drużynowym był Romek Rokicki. Tam uczyłem się m.in. fotografii. Mieliśmy z harcerstwa aparaty „Smiena" i „Druh". Później ojciec kupił mi „Leningrad". Wtedy właśnie fotograf Nowicki powiedział mi: „Tadziu, pamiętaj, ważne żebyś wiedział, co chcesz sfotografować, a nie jaki masz aparat". Powtarzałem to później swojej córce... Ogólnie uważam, że ówczesne harcerstwo było organizacją apolityczną. Uczyliśmy się tam pożytecznych rzeczy, jeździliśmy też na obozy harcerskie do Wólki. To temat wart oddzielnego opisania.

     - Ja uczyłem się w starej jedynce tylko rok, w 1965 roku, w pierwszej klasie, więc nie mam za wielu wspomnień – wspomina Jerzy Nowicki. – Dobrze pamiętam wygląd tych przedwojennych klas, ławek, oraz niektórych nauczycieli. Wychowawczynią była Helena Marczuk. Siedziałem w ławce z Mirkiem Łopaciukiem. Jedno wspomnienie przywołam. Kiedyś na adres szkoły przyszedł do mnie list z... Polskiego Radia, bo brałem udział w jakimś konkursie związanym z przygodami Plastusia (słuchowisko). Kierownik Arcichowski przekazał mi ten list, oczywiście już otwarty i przeczytany. Chyba musiał dokładnie sprawdzić, co tam z radia piszą do dzieciaka...

     Zebrał JN 

      PS. Jeśli ktoś chciałby podzielić się swoimi wspomnieniami z nauki w starej szkole przy ul. Drohiczyńskiej, zapraszamy na nasze łamy.

 

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 07/05/2026 15:15
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    JAN TOKAJUK - niezalogowany 2026-05-07 23:06:51

    Miałem przyjemność chodzić do tej szkoły. Z nauczycieli dobrze pamiętam kierownika Arcichowskiego, Zarębę ,Tokarskiego i Werpachowskiego. Z osób będących w mojej klasie to min; A.Michalska, B.Kryńska, J. Herman, Marks, J. Dmitruk.....Do szkoły miałem bardzo blisko ,bo mieszkałem na początku ul. Drohiczyńskiej. To co było opisane we wspomnieniach to się zgadza, ten kibel, te prace techniczne, te wojskowe przyuczanie, ta nauka śpiewu ,w-f na zewnątrz, wożna z dzwonkiem na lekcję i przerwę, ten gumowy wężyk Arcichowskiego ,który lądował na plecach gdy trzeba było uspokoić delikwenta. Pozdrawiam wszystkich .Jan Tokajuk

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama