Pani Jadwiga Miłkowska z Miłkowic Janek w wieku 27 lat zmuszona była opuścić rodzinne strony i wraz z rodziną udać się w głąb Rosji. Zsyłka okazała się długa. Większość 5-letniej niewoli spędziła w Kujbyszewie. Dziś, jako 94-latka, wspomina siarczyste mrozy syberyjskiej tajgi.
Z panią Jadwigą rozmawiamy o jej tułaczce w Rosji. - Czy pamięta pani moment wywózki? - To było 20 czerwca 1941 r. w Miłkowicach. Jeszcze wszyscy spaliśmy, bo było około trzeciej. Usłyszeliśmy szczekanie psa. Wstałam, wyjrzałam przez okno. Na dworze stała ciężarówka. Zaraz ktoś zapukał do drzwi, po czym usłyszeliśmy męski głos: "odkrojcie dwiery". Otworzyłam. Weszło trzech żołnierzy i jeden enkawudzista. Wyczytał nas wszystkich i powiedział, że mamy 20 minut na spakowanie się, bo przewożą nas do innej "obłaści". Zaczęliśmy się szykować. Lecz w takiej chwili traci się głowę - dzieci płaczą, zamieszanie, jedno bierzesz, drugie rzucasz. Żołnierze radzili, żeby brać jedzenie, piłę i siekierę, bo tylko to nam się przyda. Jak jechaliśmy przez wieś, to ludzie stali przy swoich domach - jedni płakali, inni machali na pożegnanie, inni rzucali nam co mieli pod ręką - jedzenie, ubranie. Tak przejechaliśmy przez naszą wieś i zatrzymaliśmy się na jej końcu. Jeden z żołnierzy został, żeby nas pilnować, inni zaś pojechali do następnej wsi. Kiedy tak staliśmy i płakaliśmy, żołnierz, który został, zaczął nas pocieszać mówiąc: "...nie wiem, może i moja rodzina też tak się męczy...". Zauważyłam, że miał łzy w oczach. To był chyba dobry człowiek. - Gdzie was zawieźli? - Dowieźli do nas drugą rodzinę, po czym powieźli na stację kolejową w Siemiatyczach. Tam czekało już dużo ludzi. Pakowali wszystkich do wagonów towarowych. W każdym wagonie mieściło się 6-7 rodzin. W naszym wagonie było 27 osób. Po bokach wagonu znajdowały się prycze i ubikacja. - Jaki był cel podróży? - W niedzielę, 22 czerwca, byliśmy w Wołkowysku. Pociąg stanął na stacji i wtedy zapytaliśmy kolejarzy - a to byli Polacy, co słychać? Oni odpowiedzieli, że sytuacja jest krucha. Po pewnym czasie pociąg ruszył na wschód. Po drodze widzieliśmy już zbombardowane tereny i tory. Sowieci szybko te tory reperowali, więc nasza linia nie była uszkodzona. W niedzielę wieczorem przejeżdżaliśmy byłą granicę Polski. Pamiętam, że wtedy był w wagonie tylko szloch i płacz. Nazajutrz byliśmy już pod Mińskiem. Tego dnia pojawiły się niemieckie bombowce. Pociąg stanął, enkawudziści pouciekali w krzaki, nas zostawili. Każda matka przygarnęła swoje dzieci, bo jak umierać, to razem. Męża brat złapał wtedy siekierę, chciał rąbać drzwi i uciekać, lecz kobiety w oknach powywieszały białe szmaty i samoloty odleciały na wschód. Jak dotarliśmy do Mińska, zaczął się kolejny nalot. Na stacji stał tylko nasz pociąg. Widzieliśmy, jak obok spadały samoloty i paliły się w powietrzu. Po jakimś czasie wszystko uspokoiło się i ruszyliśmy dalej. - Co jeszcze pani utkwiło w pamięci? - Na początku, gdy już wszyscy załadowali się do wagonu, weszło dwóch enkawudzistów. Wyczytali mężczyznę. W taki sposób wytypowali 16 mężczyzn z całego transportu, których na drugi dzień rozstrzelali. - Ile czasu jechaliście? - Bardzo długo - albo cały dzień i w nocy staliśmy, albo odwrotnie. Dojechaliśmy do Ufy na Uralu. Po drodze mijaliśmy transporty z wojskiem, armaty, samoloty na platformach, wagony z więźniami. Przejechaliśmy Ural i znaleźliśmy się w Czelabińsku. Pod koniec czerwca dojechaliśmy do Nowosybirska. - To był ostateczny cel zsyłki? - Nie. Kazali nam ładować się na statek. To było nad Obem - ogromną rzekę, na której z jednego brzegu nie było widać drugiego. Trafiliśmy do pomieszczenia bagażowego. Był wtedy duży upał, ludzie mdleli. Przeczekaliśmy na tym statku noc. Rano patrzymy, a do statku ogromna barka przywiązana. Na niej było więcej miejsca, więc my i kilka rodzin przetransportowaliśmy się na tę barkę i tak płynęliśmy w stronę tajgi. - Co pani pamięta z tamtego okresu? - Pamiętam, że po drodze zabraliśmy kilka rodzin rumuńskich i żydowskich. Mieli oni ze sobą bagaże, jak się później okazało walizkę pełną pieniędzy, drogie futra i złoto. Nocami barka stawała. Sowieci szli spać do wiosek, a my koczowaliśmy na brzegach. Paliliśmy ogniska, każdy jadł to, co miał. Pamiętam, że straszne komary tam były, w nocy nie dawały spać. Tak płynęliśmy dwa tygodnie. Jeszcze po drodze, w jakiejś miejscowości, przyjechało NKWD i dali nam dokumenty ważne na 20 lat zsyłki. Moja teściowa dobrze znała rosyjski, więc zapytała ich wtedy, gdzie najlepiej się udać, żeby była szkoła i szpital, bo przecież mamy dzieci, więc wskazali miejscowość, ale tam trzeba było płynąć kolejne dwa tygodnie. Trudno. Podjęliśmy decyzję, że tam popłyniemy. Po drodze zapamiętałam pewną kobietę, która pracowała w gminie. Dała nam worek chleba, wiadro masła i cukier. - Kiedy byliście na miejscu? - 5 sierpnia. Kiedy zajechaliśmy, tamtejsi ludzie pytali nas, skąd jesteśmy. Jak usłyszeli, że Polacy, to odpowiedzieli, że już jesteśmy wolni i możemy wracać do domu. Nie wierzyliśmy, ale to była prawda. Zajechaliśmy do wsi Szarstabitowo. Dali nam mieszkanie na 8 osób z maleńką kuchnią. Z boku mieszkała gospodyni - pani Kolman, Niemka wywieziona znad Wołgi. Najpierw zaczęliśmy to wszystko co mieliśmy - ubranie, poduszki, kołdry - wietrzyć. Następnie daliśmy gospodyni chleba, słoniny i mąki, bo widzieliśmy, że ona biednie żyje. Ta rozpłakała się i zaczęła opowiadać, jak Sowieci kłamali i mówili, że jak weszli do Polski, to tam była straszna bieda, dlatego w całej Rosji datki dla Polaków zbierali. - Czy zaczęliście pracować w kołchozie? - Tak. Mąż pracował w obejściu, a my chodziłyśmy rwać len. Mąż się buntował i mówił, że nie będzie pracował dla Stalina, ja też długo nie pracowałam, bo miałam małe dzieci i mnie praca nie obowiązywała. Ale już w połowie października dla niewielu praca była. Jako wynagrodzenie dostaliśmy 18 kg pszenicy. Zmieliliśmy, ale wyszły same otręby. Trzeba było zabezpieczyć się na zimę, więc braliśmy jakieś ubrania i chodziliśmy po kilkanaście kilometrów do innych wsi na wymianę. Tamtejsi ludzie chcieli od nas te rzeczy kupować, ale my pieniędzy nie braliśmy, tylko jedzenie. Ale i z tego nie było co wybierać - tylko kartofle, marchew, cebula, tłuszcz z wołowy. - Jak przezimowaliście? - Bardzo biednie. Początkowo dawali po 20 deko chleba, a potem i tego nie. Było tak, że dwie rodziny miały krowę, to przez jeden tydzień jedna rodzina krowę doiła, a przez następny druga rodzina. Polacy dawali sobie radę najlepiej, bo pracowici byli. Ale np. Rumuni to chodzili od domu do domu i obierek od kartofli prosili. Jak do nas przyszli, to nie było sumienia dawać obierek, tylko całe kartofle dawaliśmy. Rumuni i Żydzi przez zimę wymarli z głodu i chorób. Gdy mój syn zachorował, poszłam po lekarza w kołchozie, który był Polakiem, nazywał się Mokrzycki. Przyszedł do nas, obejrzał syna i dał jakieś leki. Na stole leżała wtedy słonina. Zapytał, co to takiego? My mówimy, że to świńskie "sało". Poprosił, żeby mu dać trochę, bo nie widział takiego i chciał pokazać żonie. - Co było dalej? - 12 października przyjechał urzędnik, dał nam dokumenty i powiedział, że jesteśmy wolni i możemy jechać, gdzie chcemy. Niestety jechać do Nowosybirska tysiąc kilometrów zimą nie było sensu. A żeby dostać się do Kujbyszewa oddalonego o 300 kilometrów, to trzeba było czekać mrozów 30-stopniowych, aż błota zamarzną, które były po drodze. To były trzęsawiska, długie na 60 kilometrów, na których nawet żaden krzak nie rósł. Postanowiliśmy ruszyć wczesną wiosną. Męża brat wyruszył tam pierwszy. Czekał na nas, pracując w lesie. - Poszliście tam wiosną? - Jak dni były dłuższe, zaczęliśmy się szykować do drogi. Inni ludzie robili tratwy i rzeką płynęli. My mieliśmy małe dzieci, więc chcieliśmy iść te 300 kilometrów. Dowiedzieliśmy się, że po drodze przez te błota są domy noclegowe, jeden we wsi Balszaja Reczka. Zamówiliśmy narty z sankami u kołchoźników. Te, na których miały siedzieć dzieci, były z budą. Budy obszyliśmy pierzyną i materiałem. Siostry męża ciągnęły sanki z rzeczami, a reszta sanki z dziećmi. Wszyscy, którzy chcieli przeprawiać się do Kujbyszewa, szli do ostatniej wsi przed błotami. My też tam poszliśmy. Stamtąd było 10 kilometrów do błot. Rano spory korowód ruszył w stronę pierwszej chaty. Gdy słońce wschodziło, byliśmy już na błotach mówiąc sobie, żeby nigdy tu już polska noga nie stanęła. Szliśmy cały dzień. Jak wieczór zapadał, to baraku nie było jeszcze widać. Dzieci płakały, a kto chciał za potrzebą, to nie mógł zatrzymywać się, żeby zatoru nie robić, gdyż w śniegu tylko jeden tor sankami był wyrobiony. Syn usiadł na sanki, które ciągnęłam i zaczął płakać. Od łez drogi nie widziałam, a już noc była. Ale za jakiś czas ktoś powiedział, że widać światło tej chatki i to dodało nam sił. Jak wszyscy doszli do baraku, to najpierw popadali na śnieg, aby przez chwilę odpocząć, tylko babcia pozdejmowała dzieci z sanek i zaprowadziła do środka. W baraku staliśmy w kolejce do komina, żeby coś ugotować. Spaliśmy na deskach ułożonych pod sufitem, ale spać nie dawały pluskwy. - Kiedy doszliście do Kujbyszewa? - Drugi dzień był lżejszy i wieczorem byliśmy już we wsi Balszaja Reczka. Przenocowaliśmy, ale nie chcieli bardzo brać rodzin, gdzie były dzieci. Do Kujbyszewa udało nam się zabrać z transportem zboża. Po drodze nocowaliśmy u jakiejś kobiety, która jak się dowiedziała, że jesteśmy Polakami, to nas nawyzywała. Na trzeci dzień byliśmy już w Kujbyszewie, tam znaleźliśmy polskiego delegata. Znalazł nas też męża brat i zabrał do sowchozu, w którym pracował. Udało nam się znaleźć pracę w gospodarstwie. Było już lżej. Dostawaliśmy jedzenie i kartki na chleb. - A kiedy wróciliście do Polski? - Jak zaczęła się tworzyć armia Andersa, to mąż poszedł do wojska z nadzieją, że może prędzej zabierze nas z Rosji. W 1942 r. zaczęła się tworzyć druga armia i siostry poszły jako ochotniczki do wojska. Do końca wojny byliśmy jednak w Kujbyszewie. W marcu 1946 r. dostaliśmy dokumenty na wyjazdy do Polski i w kwietniu byliśmy w już Polsce. Jechaliśmy wagonami radzieckimi z transparentami z napisami: "Dziękujemy Związkowi Radzieckiemu za gościnność". - Dziękuję za rozmowę.
Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Komentarze