Reklama

Pięć lat na zsyłce

18/04/2008 00:02
Józef Saciuk, dziś 86-letni mieszkaniec Niemirowa, gm. Mielnik, wraz z rodziną został wywieziony w głąb Rosji, kiedy miał 19 lat. Z panem Józefem rozmawiamy o jego zsyłce i tułaczce po Rosji.

          - Czy pamięta pan moment wywózki?
          - To było 20 czerwca 1941 r. Pamiętam tę datę przez całe życie. Sowieci część mieszkańców Niemirowa wywieźli już wcześniej, część zostawili, ale tych też szykowali do wywózki.
          - Zabrali całą rodzinę?
          - Prawie. Mnie, brata, siostrę i ojca, bo matka już nie żyła.
          Jeden brat był wtedy w wojsku.
          - Ile czasu mieliście na spakowanie się przed wyjazdem?
          - Sowieci przyszli do nas w nocy, z 19 na 20 czerwca. Spałem wtedy z bratem w stodole. Otoczyli dom i stodołę. Początkowo nie chcieliśmy wyjść, ale oni stali i kazali wychodzić. Musieliśmy wyjść. Zabrali nas do domu. Siostrze powiedzieli, że ma 15 minut na spakowanie rzeczy. Pod domem stała furmanka. To była fura Jana Romańczuka z Niemirowa. Sowieci kazali mu nas wieść, nie miał wyjścia. Pamiętam, że wśród Sowietów był jeden enkawudzista z Nowosiółek, tych koło Wołczyna, i jakiś sekretarz. Zaczęli nas spisywać, to znaczy robili spis wszystkiego, co mamy. Jak mówiliśmy, że mamy dwie krowy, to pisali, że jedną, jak, że jednego konia, to pisali, że konia nie mamy. Czego nie wzięliśmy, sobie pozabierali. Pamiętam, że wtedy akurat chleba w domu nie było, a to najbardziej wtedy chcieliśmy zabrać. Siostra zdążyła wziąć trochę odzieży i jakiegoś jedzenia.
          - Gdzie was powieźli?
          - Do Wołczyna. Tam było już więcej fur z Polakami. Stamtąd konwój pojechał do Wysokiego Litewskiego, do pociągu. Tam kazali pakować się do bydlęcych wagonów. My trafiliśmy do wagonu, który był już pełny i zmuszeni byliśmy koczować przy drzwiach. Razem z nami w tym wagonie było 46 osób. Do tego bagaże, ciasnota była niesamowita. Przy pożegnaniu, jak pociąg ruszał, ludzie w wagonie zaczęli się tłoczyć przy drzwiach, żeby pomachać tym, którzy na stacji byli. A my po drodze, jak jechaliśmy furami, dostaliśmy trochę chleba, ale nam ten chleb, jak zaczęli się tłoczyć przy drzwiach, na kruszki podeptali. Kto był pierwszy, lepsze prycze w tych wagonach pozajmował. Nam zostało miejsce na jakichś półkach, pod sufitem. Okazało się, że wiozą nas do Nowosybirska.
          - Ile czasu jechaliście?
          - Wieźli nas przez 20 dób. Oczywiście były postoje na stacjach, ale krótkie. Głównie po to, żeby przepuścić wojskowe transporty jadące na front. Wtedy nasz pociąg na bocznicę odstawiali i można było w wodę i coś do jedzenia się zaopatrzyć, ale najczęściej prosiliśmy o to tych, którzy przyglądali się naszym wagonom na tych przymusowych przystankach.
          - Czy Nowosybirsk był celem zsyłki?
          - W porcie w Nowosybirsku czekała na nas barka. Tam byli już ludzie różnej narodowości, najwięcej Rumunów i Łotyszy, też wywożeni ze swych krajów. Popłynęliśmy rzeką Ob na południe, potem rzeką Parabiel na północ. Płynęliśmy dwa tygodnie. Prawie nas wtedy nie karmili, wody nawet brakowało. Obiecywali tylko, że wkrótce obiad będzie, ale z czasem nikt już w to nie wierzył. Kto co miał, to jadł, jak nic nie miał, to nie jadł.
          - Gdzie dopłynęliście?
          - Z Parabieli wpłynęliśmy na mniejszą rzekę - była wąska, ale głęboka. Przybiliśmy do jakiegoś portu - nie pamiętam nazwy. Wyładowali nas, po czym znowu musieliśmy pakować się na fury, tym razem zaprzężone wołami. Stamtąd zawieźli nas do kołchozu. Wszystkie rodziny zostały porozwożone po kołchozach, których w okolicy było dużo. My trafiliśmy do Kalinińska. Rozwieźli nas po kwaterach, czyli po tamtejszych zamieszkałych domach. Widocznie sowieci nakazali ludziom nas przyjmować. Początkowo krępowaliśmy się mieszkać u tych ludzi, więc przez jakiś czas koczowaliśmy w przedsionku.
          - Ile czasu pana rodzina spędziła w tej miejscowości?
          - Trzy lata. Najgorszy był pierwszy rok. Na początku najbardziej chleba brakowało. Poszliśmy z bratem do pracy do gospodarstwa leśnego. Wydawało się, że na krótko, jednak do zimy nam tam zleciało. Ale był przynajmniej chleb. Robiliśmy w gospodarstwie klepki, z których z kolei były wyrabiane beczki. Pamiętam, że dzienną normą było wyrobienie 75 klepek z osiki. Trzeba było ściąć drzewo i klepki wyciosać. Razem z bratem robiliśmy dziennie 150 klepek. Ciężka to była robota.
          Przed zimą musieliśmy kombinować, jak zdobyć lepsze buty i cieplejsze ubranie. Poszedłem więc do pracy do rejonowego kombinatu, w którym były różne zakłady. Wyrabiali tam walonki, garnki, wyprawiali skóry. Wzięli i mnie na zimę, najpierw jako ucznia, potem już za pracownika. Robiłem z wełny walonki. Ale nie takie, jakie dziś na targowicy można kupić, tylko grube i wełniste, w których chodziło się bez kaloszy. Nie łatwa to była robota. No i na zimę wyprowadziliśmy się już z przedsionka do domu tych, u których mieszkaliśmy.
          - Jak przeżyliście kolejne dwa lata?
          - Mieszkaliśmy u tych gospodarzy. Dom trzeba było nieco przebudować, żebyśmy się pomieścili. Przeżyliśmy też dzięki temu, że latem nocami chodziliśmy ukradkiem kartofli szukać, żeby na zimę ich było. Po roku sadziliśmy już swoje kartofle, a na trzecią zimę kupiliśmy sobie mały domek. W trzecim roku było nam już lżej, bo ja pracowałam, brat i ojciec. Poza tym umiałem dobrze walonki robić, więc po godzinach je robiłem, po cichu, na zamówienie i z tego też parę groszy było.
          - Co pan jeszcze pamięta z tamtego okresu?
          - Na przykład pewnego razu sowieci nakazali, żebyśmy szli do innego kołchozu. Szliśmy więc z bratem pieszo 70 km. Tam dali nam pracę przy żniwach - kosiliśmy zboże, a potem było młócenie. Ciężka to była praca. Pamiętam, że ziemniaki w obierkach gotowali, dodawali chudego mleka, czegoś jeszcze i kasza z tego wychodziła. Jak było to jeszcze ciepłe, to dało się jeść, zimne było ohydne. Przy tym młóceniu ludzie mdleli z wycieńczenia. Trzy doby zboże młóciliśmy, prawie bez przerwy. Najwyżej na pół godziny przerwę robili, żeby maszynę na nowo przyszykować. Wtedy każdy kulił się i spał. Po trzech dobach ja powiedziałem: "zabijcie mnie, ale nie dam rady" - tak byłem wycieńczony. Zwolnili mnie z tej roboty i kazali kosić chwasty.
          - Jak udało się stamtąd wyjechać?
          - Pewnego razu nadeszła informacja o amnestii dla Polaków. Można było wtedy dostać swoje dokumenty i wyjeżdżać. Nam sowieci mówili, że naszych dokumentów nie mają, co oczywiście było kłamstwem. Ale wezwali nas i powiedzieli, żeby w ciągu 24 godzin dom sprzedać, bo zabierają nas w inne miejsce. My na to: "jak w 24 godziny dom sprzedać?" No to oni wtedy, że skoro tak, nie musimy jechać. My jednak wiedzieliśmy, że jak zostaniemy, to będzie gorzej. Chcieliśmy jechać. Udało nam się w 24 godziny dom zhandlować i część rzeczy zabrać. Za nic ten dom oddaliśmy - za kołdrę i jakieś inne szmaty. Ale trzeba było stamtąd się wyrwać. Kazali nam czekać w porcie na statek. Jak się okazało, czekaliśmy tydzień, w okolicznej świetlicy. Pamiętam, że komary wtedy były straszne. Zrobiliśmy w tej świetlicy budkę z ławek, od komarów, tak strasznie cięły. Jak przypłynęła barka, najpierw załadowali zboże, a nam na wierzch kazali siadać.
          - Gdzie popłynęliście?
          - Do Parabieli. Tam czekaliśmy prawie dwa tygodnie, tym razem w deszcz. Stamtąd popłynęliśmy do Tomska. W Tomsku mieliśmy czekać na wagony. Ale jak nas wyładowali, a kilka rodzin z nami było, to my krzyk podnieśliśmy, że nie będziemy na smugu czekać, bo już w Parabieli na ziemi spaliśmy. Więc znaleźli samochód i kwatery w Tomsku i zawieźli nas tam. Czekaliśmy w Tomsku kilka dni, tam głównie wałęsaliśmy się po mieście. Jak przyszły bydlęce wagony, kazali nam się pakować do nich. Celem była już Polska. Pamiętam, że z Tomska wyjeżdżaliśmy zimą. W wagonie był piec, ale nie było czym palić. Więc jak po drodze pociąg stawał, to łapaliśmy co się dało - węgiel, drzewo, papiery. Raz nawet kibel rozebraliśmy, raz biorąc wodę z hydrantu nie udało nam się jej zakręcić i tory pozalewało, raz smołę skombinowaliśmy.
          - Kiedy dotarliście do Polski?
          - Jak dowieźli nas do Rawy Ruskiej, to pociąg zatrzymał się i odczepili lokomotywę. Tam już było wojsko polskie, ale oficery ruskie. Mimo wszystko, jak zobaczyliśmy polskie wojsko, to ich w nogi z radości chcieliśmy całować. No ale był przymusowy przystanek. Jak staliśmy, przyszedł żołnierz. Zapytał, czy jesteśmy głodni? "Rzecz jasna" - odpowiedzieliśmy. Mnie i Edka Cichockiego zabrał do pobliskiej wioski Lubycz. Dali obiad. Pamiętam, że były to kluski z makiem. Tam był też sztab. Oficer sowiecki mówił: "jedźcie na Zachód, będziecie gospodarzyć na odzyskanych ziemiach". A ja wtedy Edka w nogę pod stołem szturchnąłem, żeby na wszelki wypadek się nie odzywał. Najedliśmy się i poszliśmy z powrotem. Po drodze było strzały słychać. Jak się okazało, partyzanci strzelali do młodych, takich jak my i być może, jeśli bylibyśmy w tych wagonach, to nas też by zastrzelili. Po jednym dniu lokomotywa przyszła. Ale nie było czym w niej palić, więc musieliśmy zrzucić się na wódkę, po czym maszynista po drzewo pojechał. Przywiózł i ruszyliśmy.
          - Dokąd?
          - Do Lublina. To już blisko było. Stamtąd przyjechaliśmy do Siemiatycz, pamiętam, że nocowaliśmy w starym szpitalu. Ojciec poszedł do kuzynów, najął furmankę i tak do Niemirowa zajechaliśmy. Nasz dom stał. Brat z wojska wrócił i w nim mieszał. To było 8 marca 1946 r. Bez trzech miesięcy nie było nas pięć lat.

          Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama