Fragmenty relacji nieżyjącej już Władysławy Kosińskiej z Siemiatycz, złożonej w lipcu 1984 r. i zapisanej przez Marka Nowickiego (transkrypt z nagrania magnetofonowego).
Wojska radzieckie przyszły do nas, do Siemiatycz, 29 września 1939 r. Potem już każda noc to aresztowania. Wywozili ludzi nie wiadomo gdzie. Idę ulicą Polską (obecnie 11 Listopada – przyp.), koło Kosińskich, patrzę, a na sankach siedzi Nowicki i Lankau oraz dwóch enkawudzistów. Wieźli ich do stacji kolejowej, był dzień 6 marca 1940 r. Nowickiego rodziny w Kiersnowie przez rok nie chcieli zameldować. Mówili, że mogą, ale na Ukrainie. Z samego Czartajewa zabrali 32 mężczyzn. Na początku 1940 r. była paszportyzacja. Dostaliśmy paszporty z 31 paragrafem. Znaczyło to, że trzeba było wyjeżdżać na Wschód. Nie mieliśmy prawa przebywać w strefie przygranicznej. Granica była na Bugu. Trudno było nam gdzieś się zatrzymać. Ludzie na wsi bali się nas przyjąć. W końcu znalazł się taki, który nas przyjął pod swój dach, na kolonii Rogawka, Jan Szum. Mieszkaliśmy tam parę miesięcy. Ponieważ pan Szum był zamożnym rolnikiem, więc władze NKWD miały pretensje do niego, że nas przyjął do siebie. Musieliśmy się przenieść do innej kolonii, Sitniki gm. Czartajew.
22 czerwca 1941 r., w nocy, enkawudziści otoczyli tę chałupinę, wpadło kilku uzbrojonych do mieszkania, kazali nam się pakować, bo wywiozą nas do innego rejonu. Mężowi memu związali ręce z tyłu, a mnie kazali spakować tłumoki i pokłaść na wóz. Ja z dzieckiem jechałam na wozie, a mąż mój szedł ze związanymi rękami pod bronią dwóch bolszewików, aż na dworzec kolejowy. Jak nas wieźli do stacji przez miasto, na wysokości ulicy Wesołej stały Żydówki. Prosiłam Żydówkę, aby powiedziała mojej siostrze Aleksandrze, że nas wywożą. Enkawudzista zrozumiał i powiedział „Ją też wywiozą, możesz nie mówić”. Tak dotarliśmy na Stację Siemiatycze. Siedzieliśmy na dworcu, aż pozwozili z wiosek wszystkich, kogo tam mieli wziąć. Było 9 wagonów, a na każdej stacji w kierunku Hajnówki też już czekały wagony, do których kazano nam się zbierać. Mąż mój stał razem z nami, ale jemu powiedziano: „A nie, wy nie pojedziecie!” i wszystkich mężczyzn oddzielono od nas. Wyskoczyłam, wlazłam pod wagon, żeby zobaczyć, gdzie ich prowadzą. Skierowali ich na boczną drogę. Tam czekały ciężarówki. Załadowali ich i powieźli z powrotem do Siemiatycz. A nas do wagonów! To były wagony po węglu. Widać było, że naprędce zrobili tylko półki do leżenia. Było nas w wagonie 23 osoby razem z rzeczami. Ubikacja to był lejek zrobiony na środku podłogi wagonu. Okropnie było ciasno, bo każdy miał swoje toboły. Zatrzymaliśmy się aż w Wołkowysku. Było to w przeddzień wybuchu wojny. (...)
Długo jechaliśmy z Wołkowyska bez postoju. Jak stanęliśmy, zobaczyłam maszynistę. Zapytałam go przez zakratowane okienko, czy nie wie, gdzie nas wiozą? Odpowiedział po polsku: „Daleko będziecie jechać. Nie wiem gdzie.” Zapytałam jeszcze, co to za detonacje były w Wołkowysku? On mówi:” Dwa wagony więźniów z Brześcia wysadzili w powietrze, mężczyzn. Oni ich wywozili, Niemiec drogę zagradzał, to oni granaty pod wagony pokładli i wysadzili. Wszyscy zginęli.” W Siemiatyczach wiedzieli o tym zdarzeniu. Myśleli, że to nas wysadzili. Szwagier jeździł specjalnie dowiadywać się, żeby się upewnić, ale okazało się, że sami mężczyźni zostali zabici.
Po wyjeździe z Wołkowyska wagony otworzyli dopiero w Czelabińsku. Przez całą drogę były zamknięte. Tam poszłam jeszcze z jedną kobietą po wodę. Dali nam wiadro wody i trochę kaszy. Do tej pory trzeba było mieć swoje, a minęło parę dni. Ja miałam dobrze, bo tam na stacji jakaś kobieta przyniosła mi dwa litry herbaty, którą Michałowi i innym małym dzieciom dawałam. Na etapie na Uralu, na siedem rodzin dostaliśmy wiadro kaszy jaglanej i wiadro gorącej wody. Była z nami Nikiciukowa z synem, Jabłoński z żoną i z córką, felczer z Drohiczyna, Borkowska z dwiema dziewczynami, Tatarczuk z siostrą i jej córką, Władzo Młodzianowski, Hela i Zosia, Liboldowa, Jaśka – moja bratowa, Zdzisiek i Marysia, Aleksander Tatarczuk z Krupic. Jego brat siedział w Brześciu w twierdzy. Wywieźli też Lankau’ową. Później jechaliśmy aż do 20 lipca. Wtedy to przyjechaliśmy na stację do Nowosybirska. Kazali nam wychodzić, wszystkie nasze bagaże wyładować i ponosić na przystań statków, które pływały po rzece Obi. Trzeba było nosić pod pokład. Tylko tam były dla nas miejsca, bo na pokładzie wieźli innych pasażerów.
Było nas bardzo dużo. Przez małe okienko w wagonie nie mogłam dobrze zobaczyć, ale widziałam, że wagonów było bardzo dużo. Dwie lokomotywy nas ciągnęły. I to wszystko władowano na statek. „Magnotostroj”, pamiętam, tak nazywał się statek. Wiózł nas przez pięć dni. Nie wiedzieliśmy gdzie jedziemy, butelki wrzucaliśmy do wody. Był z nami pan Rycerz, nauczyciel z Siemiatycz i on powiedział, że jedziemy na północ.
Dopłynęliśmy do wsi, w której kazali nam się wyładować. Każdy wyniósł swoje bagaże i pod płotem się ułożyliśmy, na smugu. Zjechali się przewodniczący kołchozów, priedsiedatiele, jak oni to nazywają i wybierali ludzi do roboty. Nie chcieli kobiet z małymi dziećmi, takich jak ja, a przeważnie same kobiety były. Mnie się jakoś udało, bo ja byłam z panem Rycerzem i jego żoną, było więc troje dorosłych i jeden dzieciak. Powiedziałam, że pan Rycerz to mój brat.
Dostaliśmy kawałek izby też u zesłańców z Ałtajskiego kraju. Oni już tam żyli wiele lat. Domy sobie pobudowali. Tam pomieszkaliśmy, a później ja się przeniosłam z dzieckiem do ziemianki. Nora wykopana w ziemi, tylko okienko na wierzchu. I tam mieszkałam trzy lata. Pracowaliśmy przy drzewie. Drzewa były ścinane i my zimą ciągnęliśmy je, na sznurach, na łańcuchach i do rzeki. Kergesok – duża rzeka, która do Obi wpływała. Do niej ciągnęliśmy to drzewo. Później, jak rzeka ruszyła wiosną, to było spławiane. A w lecie trzeba było przeprawiać się łódkami na drugą stronę rzeki. Tam były łąki, kazali nam kosić. Ja nie umiałam. Były takie okropne kosy! Kosiliśmy, a oni nas pilnowali. Jak tylko przerwałeś, to zaraz krzyczał taki jeden, co wysoko na stogu stał: „Ej, ty biełoruczkaja pani!” I trzeba było zaraz ruszać się.
Kiedyś pojechaliśmy składać drzewo w sągi. Bratowa moja była i jeszcze z Siemiatycz kilka kobiet. Pamiętam, że to było 15 sierpnia. Obiad zjedliśmy, kto co miał. A komu brakowało, to jedliśmy czeremchę czerwoną. Nie można było jej połykać, ale chciało się okropnie jeść i się gryzło i wypluwało. Tam okropne komary były i meszka. Siedziałam, odmawiałam różaniec i odpędzałam meszkę od Janki – mojej bratowej. Słyszę, że ktoś idzie, trzask, trzask, a to tajga, cichutko, błota dookoła, a nisko woda płynie. Ja się dobrze przyglądam, a to niedźwiedź. Ale nie idzie do nas, tylko do rzeki schodzi. Zamarłam ze strachu. Wtenczas pobudziłam resztę szybciutko i zaczęłyśmy uciekać ścieżką. Trafiłyśmy na mężczyzn, smolarzy. Powiedziałam, że uciekałyśmy przed niedźwiedziem.
Po trzech latach dali nam paszporty polskie. Cieszyliśmy się, ale później, jak nam się Sikorski zabił, do morza wpadł, to była u Polaków wielka żałoba. Później oni nas wszystkich zebrali i zabrali paszporty z powrotem. Powiedzieli, że Anders wyjechał z Rosji z armią, więc my jesteśmy ich ludźmi i tu już zostaniemy. Była rozpacz... Dawali paszporty sowieckie. Kto nie chciał brać paszportu, szedł do więzienia. Ja wzięłam paszport od razu, bo myślę: „Co to pomoże, jak ja nie wezmę? Pójdę siedzieć, zostawię dzieciaka, to zaraz do „dietdomu” zabiorą. Poprzynosili do mnie małe dzieciaki m.in. Siekierkowa, Tołwińska, chyba z 8 tych dzieciaków było. Sami poszli do więzienia siedzieć. Paszportów nie chcieli wziąć. Ja wszystkim tym dzieciom jeść gotowałam. A nie miałam co gotować. W końcu zaszłam do komendanta i mówię: „Wpuśćcie mnie tam do nich!”. Weszłam do nich, a pan Rycerz do mnie mówi: „To tak? Niech no ja się spotkam z panem Stanisławem. Nie spodziewałem się, że pani tak zrobi. No, stuprocentowa komunistka!”. Ja mu na to: „Panie Rycerz, przecież ja nie mogę z dzieciakiem przyjść tu siedzieć! Oni mnie nie pozwolą, odłączą dzieciaka i nigdy go już nie zobaczę. Przecież nie jest pan ciemny człowiek i powinien pan też zrozumieć, co nam da ten paszport polski, jak oni nas stąd nie wypuszczą?". W końcu posiedzieli parę dni i wzięli te paszporty. Potem je zabrali, a później dali nam takie karty ewidencyjne, nie były to paszporty. Było to wtedy, jak Wanda Wasilewska zawarła już umowę w naszych sprawach.
Z Ameryki przychodziło dużo rzeczy. Pamiętam, raz cały statek rozładowywali, dali nam z tego trochę, zupę w proszku, skarpety. Zapchany był tymi rzeczami cały wielki magazyn. Co lepsze rzeczy Sowieci brali sobie. Raz z panią Jastrzębską popłynęliśmy łódką zamienić coś ze swoich rzeczy na żyto czy na kartofle. Biedni tam byli ludzie. My liczyliśmy w naszych stronach kartofle na metry, a oni tam na wiadra, może po 5 kg. Dostaliśmy za nasze rzeczy trochę tych kartofli, a tu wieczór nadchodzi. Rzeka bardzo burzliwa – Irtysz, wpada do Obi. A ja z panią Jastrzębską łódką. Był z nami jeszcze taki stary chłop. Podchodzimy do tej swojej łódki, on do nas: „Jak wy popłyniecie teraz, przecież potopicie się!” Cóż robić, musimy przecież do domu. Było jakieś 30 km. On wsiadł do swojej łódki, naszą doczepił i nas przewiózł tam, gdzie Irtysz wpadał do Obi. Ludzie tam, jak już mówiłam, byli bardzo dobrzy, inaczej nigdy byśmy nie wytrzymali, nigdy, w takich warunkach. Oni nas bardzo żałowali i nam pomagali. Lato na Syberii takie: z początku czerwca gorąco, a w sierpniu już czasem śnieg pada. Tak było, że kładziemy się spać widno, tylko tak czerwono nad rzeką, a tutaj patrzymy, po drugiej stronie już słońce wschodzi. Księżyc też nie szedł tak, jak u nas, ale przez środek nieba. Albo coś takiego, że nie macie pojęcia. Takie słupy lecą na ciebie, czerwone, niebieskie, zielone, żółte. I giną, i giną. Smugi, takie chmury, jakby obłoki, tylko kolorowe. Mówili, że to już koniec wojny. Baby zaczęły klękać, modlić się. Nie wiedzieliśmy, co to jest. Pan Rycerz nam powiedział, że to... zorza polarna. Zimą – pamiętam, że w jedną zimę były 54 stopnie mrozu, ale tylko jedna taka była, a tak do 46 stopni. Myśmy z Rycerzem jeździli do lasu. Tam były cedry, stare, połamane. On miał z sobą siekierę. Sanki zrobił, łóżka zrobił, bo parę lat na podłodze leżeliśmy. Zrobił łóżka z takich kołków, poza tym paliliśmy tym drzewem w pieczce. W 1944 r. przewieźli nas stamtąd do środkowej Rosji, nad Dniepr, na wieś w okolice Woroneża. Tam już było troszkę lepiej, bo już można było i ukraść coś, kapusty czy kartofli trochę. Dostawaliśmy za naszą pracę 60 deko chleba na dzień na każdego pracującego i 30 deko na dziecko. To ja miałam 90 deko. Chleb, jaki by nie był, to był okropnie dobry. Żyto nam gotowali na obiad. Pierwszy raz, jak najadłam się, to myślałam, że koniec będzie ze mną. Zielone żyto, takie jeszcze zielonkawe. Młócili i gotowali makaron w lesie, na desce wałkowany, na trawie suszony, z takiej mąki razówki, pszenna ale razówka. Z początku nie można było jeść, a oni się tylko śmieli: „Będziesz jadła, będziesz, nie bój się!”. Chodziliśmy czyścić zboże. Inaczej nas traktowali. Była już zawarta umowa, nasi już byli w wojsku, przysyłali listy i właśnie dowiedziałam się od jednego chłopca, który przedtem z nami był, że rozstrzelali wszystkich naszych w Hajnówce. Od Władzia Młodzianowskiego dowiedziałam się. Tutaj było lepiej, ale Michał bardzo chorował. Mieliśmy na Syberii wszyscy malarię, w błotach. On mi zaczął też chorować na płuca. Po amnestii poszłam do komendantury i powiedziałam, żeby dali mi adresy więzień, w których są Polacy. Myślałam, że może znajdę męża, brata, bo u nas wszystkich mężczyzn aresztowali, pana Nowickiego, pana Lankau’a – burmistrza i innych. Oni mi dali adresy i pisałam, pisałam, również do Kujbyszewa. I trafiłam na pana Nowickiego. Nie wiedziałam, że on tam jest. Przyszły pieniądze. A nie było wtedy grosza, bo pieniędzmi nam nie płacili, tylko ziarnem, chlebem. Ja 70 rubli dostałam i Borkowska. Pisałam, że poszukuję swojego męża i innych, chociaż nie spodziewałam się, żeby on był aż tak daleko, na Syberii. Brat był wcześniej wywieziony. Inne kobiety też prosiły mnie, żeby pisać. Trafiło to do Kujbyszewa, ale odpowiedzieli nam, że nie ma, nigdzie nie ma, nic o nich nie wiedzą. Później drugi raz dostałam stamtąd 50 rubli i Borkowska drugie 50. Najpierw to nie wiedziałyśmy skąd te pieniądze, ale przyjechał z Tomska, gdzie była ekspozytura ambasady, pan Konecki. Zrobiliśmy zebranie, wybraliśmy prezeskę. On nam przywiózł trochę rzeczy. Zabrał sieroty, dzieci tych kobiet, które poumierały, do Tomska, do domu dziecka polskiego. Mówił, że jest z Wilna, że jest prawnikiem. Powiedziałam, że w Wilnie mojego męża brat też jest prawnikiem. - A jak się nazywa? Powiedziałam. Okazało się, że to jego znajomy i przyjaciel. Oj, takie perspektywy nade mną roztoczył, tak się cieszyłam, że mnie stamtąd zabierze. Tymczasem niedługo potem, jak Anders wyjechał, to jego aresztowano. Sieroty już wtedy były w sowieckich dietdomach. Później, jak już wyjeżdżaliśmy do Centralnej Rosji, to pan Rycerz, nauczyciel i jeszcze jedna nauczycielka, pani Zdożelowa, poszli do Tomska i te dzieci przyprowadzili. Było dwanaścioro dzieciaków. Jedne były już większe, ale i były małe. Pamiętam, że z Kłopot koło Siemiatycz było sześcioro, rodzeństwo. Nieśli ich i prowadzili przez 600 km, żeby nie zostawić ich tam. Zabraliśmy ich ze sobą.
Na centralnej Rosji to my przeważnie czyściliśmy zboże w wialni, rżnęliśmy i zbieraliśmy na polu, paśliśmy krowy i doiliśmy. Pieniędzy za to nie dostawaliśmy. Żeby je mieć, to trzeba było coś sprzedać z łachów. Płacili w naturze. Czasami trochę oleju i chleb tak, jak na Syberii, 60 deko dla mnie i 30 Michałowi. Zajmowaliśmy małe, jednoizbowe domki, chyba siedem. Już nie wszyscy byliśmy razem, porozrzucali nas. W jednym Rycerzowie mieszkali, w drugim stróż. W pozostałych pięciu reszta. Po kilka kobiet z dziećmi. Byli też 5, 7 km od nas. Niektórzy po gospodarstwach mieszkali. Jak byłam w Woroneżu po dokumenty, to widziałam, że był on zupełnie spalony. Było dużo jeńców, Włochów, Niemców. Kopali, rozbierali domy, sprzątali gruzy.
Raz w nocy krowa zginęła. Chodziłam, szukałam tej krowy i pod nogami czuję miękko. Myślę sobie, co za diabeł? Taki kwadrat 5 na 5 m. Zapędziłam krowę, na drugi dzień mówię do kombajnisty, że chodziłam po krowę i tam jakoś poczułam miękko, coś się ugina ziemia. On mi mówi: „Tam Italiańcy zakopani!”. Rozstrzelali jeńców. Tam wszystkich pochowali. On mówi: „Tam ich parę setek leży”.
W woroneskiej obłasti dali nam Bieruta i orzeł bez korony. Chcieli, żeby jedna z nas uczyła dzieci. Było u nas 16 dzieci w wioseczce. Miałam to robić albo ja, albo pani Jastrzębska. Jaka to była nauka? Tabliczka mnożenia, czytanie i pisanie. Ale na czym? Nie było na czym. Pisali kredą na stole. Czasem coś udało się kupić w mieście od żołnierzy. Ja miałam jeszcze męża papierosy. Za 10–15 papierosów dostawałam zeszyt. Romek Jankowski tylko pytał: „Na co ta deklinacja, na co?”. Ale jak przyjechaliśmy tutaj, to on poszedł od razu do czwartej klasy, a Michał do trzeciej, bo był za młody. Przyjechała raz komisja. Wysprzątałyśmy, bo straszny ten nasz chlewik był. Bierut, orzeł, a jakże, dzieci siedzą. Wchodzą. Romek wyszedł na przód, pierś wystawia. „Jak się nazywasz” – pytają. „Roman Jankowski”. „A kto jest naszym prezydentem?”. A on na to: „Józef Piłsudski”. Tamci na to: „Nieźle uczycie, nieźle. Ale żeby sprostować, to Piłsudski nie był wcale prezydentem. No w każdym razie bił bolszewików aż pod …. No, gdzie proszę panią?” A ja mówię: „Odczep się!”. O Jezu, myślałam, że mnie piorun spali. To byli Polacy, ale czerwoni, a Romek tak się wygłupił. I jeszcze Romek dochodził, dlaczego my dostaliśmy orła bez korony. Jego to bardzo obchodziło. Z tego powodu, że na Syberii dużo pisałam, po więzieniach, do ambasady, to później mną się zainteresowali. Przyszedł raz żołnierz i mówi: „Chodźcie ze mną!” Patrzę, a on mnie prowadzi do NKWD. Matko Święta! Tam taki był z krzywym okiem, zapytał o to i owo i puścił. Za jakiś tydzień, dwa, znowu mnie wzięli. I tak parę razy. Ja już patrzę, że to coś poważnego. Wreszcie raz mnie zabrał, ja na odchodnym mówię do gospodyni: „Mazitowa, jak ja nie wrócę, to Michała oddajcie do pana Rycerza”. Poszłam. Patrzę, siedzą we trzech. Ten z krzywym okiem był. On mi raz dał na przesłuchaniu Michałowi dwa zeszyty. Powiedziałam, że dzieciak nie miał na czym pisać, to mi dał. On był taki inny. Powiedział mi: „My was tu niepotrzebnie przywieźli, bo to udura z wami tylko”. W środku siedział skośnooki jakiś taki Mongoł, rewolwer leżał, karafka z wodą na stole. Ja cała dygocę, a on mnie zaczyna wyzywać, że mój mąż do Niemców poszedł, granica u was blisko była. „My was za to tu przywieźli, bo wasz mąż poszedł z Niemcami. Teraz razem z Niemcami z nami wojuje”. Ja mówię: „Nie, nie. Mego męża wyście zabrali, wasza władza”. Nic z tego. Szczeka i szczeka, pyskuje, już nie można było wytrzymać. Myślę sobie, już i tak mnie zamkną! Złapałam tę karafkę, jak rąbnęłam jemu przed nosem! Karafka była gruba i rozbiła się niestety. Polała się woda po czerwonym suknie. Mongoł złapał rewolwer, myślałam, że będzie strzelał! Ale to wszystko jedno. Już nie mogłam, trzęsłam się. Zamknęli mnie na klucz. Biurko oblane wodą, szkło leży. Noc nastała, to zimą było. Patrzę tam na wieś, gdzie Michał i myślę sobie, no teraz to mnie zabiją albo wsadzą na ileś lat. Takiego, panie, faceta ja przestraszyłam. Rano, zaczęło świtać, przychodzi ktoś, otwiera drzwi. Wchodzi sprzątaczka. Nie zdziwiła się, ani przestraszyła. Ja siedzę na biurku. Pyta: „Wy eto że zbili?”, „Tak”. „A chociaż popadli?”. Niestety. Rzuciła drzewo pod piec i po coś jeszcze poszła i ja za nią wyszłam i poszłam do domu. Więcej mnie już nie wzywali. Później, jak wyjeżdżaliśmy stamtąd, Michał był bardzo chory, nie dawali mi jechać. Patrzę, ten z krzywym okiem jest na przystani. Podeszłam do niego i mówię, że tu jest kobieta – doktor, która nie puszcza mnie na statek, bo dzieciak chory, ma temperaturę. „Ładno – mówi – która to?” Ja pokazałam. „O, kakaja ona tam wracz, to taka a…„. Podszedł i mówi: „Odczep się od niej, oni mają jechać!”. Nie poszliśmy już pod pokład, tylko dał nam kajutę. I my w tej kajucie z panią Jastrzębską Hanią popłynęliśmy. Mąż zamordowany pod Hajnówką W centralnej Rosji dostałam list od Władzia Młodzianowskiego, że mama moja umarła zaraz jak nas wywieźli, że była ekshumacja zwłok, przywieźli do Siemiatycz tych wszystkich mężczyzn pod Hajnówką rozstrzelanych i pochowali na cmentarzu. Niemcy dali zezwolenie, ale jak zamarzło. Ekshumacja była 6 grudnia 1941 r. Jak dowiedzieli się, że oni w Hajnówce zabici, to zaraz Niemców zawiadomili. Niemcy powiedzieli, że będziemy ekshumować jak mróz nastanie. Zrobiono to 6 grudnia 1941 r. Leżeli pół roku. Mówił mi człowiek z Krasewic, który uratował się, że jak ich pędzili, to jeden z Kajanki uciekł za samochód czy za czołg i został. A pędziła milicja siemiatycka. Takie łachudry najgorsze. W Hajnówce trafili na oddział NKWD-istów. „Gdzie wy ich pędzicie?” „Do pociągu!”. „Nie nużno, bo już Niemcy!”. „W lies ich!”. Ten człowiek z Krasewic mi opowiadał. „Już my patrzymy, że koniec. Do lasu. Milicja nasza została na drodze. A tym kazali poklękać. Było ich szesnastu. Strzelano do nich w tył głowy. Ja jakoś się obsunąłem i czy on jakoś źle celował, czy jak, że przestrzelił mnie płuca. Ale udawałem, że nie żyję. A pani mąż wciąż łapał się za gałęzie. Chciał wstać i drugi raz do niego strzelili. I już wtenczas upadł. Ja udawałem. Jeden przyszedł, nogą pokopał i poszedł”. Przez całą noc leżał, potem wydostał się i poszedł do księdza do Hajnówki. A tam był ksiądz Moniuszko, co nam ślub dawał. Zaraz jak Niemcy Sowietów pognali, to ksiądz z procesją poszedł na to miejsce, wykopano mogiłę i położono ich tam wszystkich. Wśród 16 było dwóch Żydów. Dopiero jak zamarzło, to przywieźli ich. Do Polski Jak jechaliśmy już do Polski, dali nam furmanki. Powsiadaliśmy na nie, ja miałam sztandar. Jak nas zabierali w 1941 r., to miałam dwa, ale z jednego Michałowi uszyłam koszulkę i spodenki czerwone, a drugi na tykę zawiesiłam i na pierwszej furze zawiesiliśmy. Śpiewaliśmy całą drogę do stacji kolejowej „Rotę” i inne pieśni.
W Kijowie stanął pociąg w nocy. Baby śpią, ja nie śpię. Można było sobie otwierać wagon, bo już byliśmy wolni. Staje przede mną jakaś obdarta kobieta i o kusok chleba mnie prosi. To taka, która zamiatała między pociągami. „Wy mnie prosicie o chleb, to wy mnie dajcie!” – ja mówię, a ona: „Ja już trzy dni nie jadłam!”. Dałam jej suchara. Patrzę, a tu taki piękny dworzec. Poszłam tam jeszcze z jedną z naszych kobiet. Obdarte, straszne. Miałam na sobie buty, które kupiłam od sołdata i szynel, chyba z darów amerykańskich. Miałam też zieloną spódnicę i czerwone łaty na kolanach. Wszystko porwane. Weszłyśmy na ten dworzec, a tam... dywany, chodniki, okręt z masła, lody. Tak, żeby widzieli ci, co przyjeżdżają zagranicznymi pociągami. Najpierw papier, koperta. Usiadłam pod palmą – a co – napisałam liścik, wrzuciłam. Kupiłam Michałowi bułkę z szynką, lemoniadę w butelce, pomarańczę. O Jezu, jak on się cieszył! Jak przyszłam, to zrobił się ruch w wagonie i poszłyśmy jeszcze raz. Miałam jeszcze kilka rubli. Było już jednak zamknięte, przed nami zamknęli. Ja mówię: „A widzicie, kto nie śpi, to ma!”.
Jak jechaliśmy do domu, pociąg stanął w lesie. Przyszedł Sowiet i powiedział: ”Nigdzie nie wychodźcie, bo tu bandy są w lesie, ukraińskie. Tyle ludzi już pomordowali!”. Siedzieliśmy w pociągu cichutko. A na granicy, nie pamiętam, gdzie to było, kazali nam wszystkim wyjść. „Robimy rewizję!”. Ja miałam pudełko z fotografiami. Przychodzą, rozwalają wszystko. Jeden z nich mówi: „Wy na propagandę to mieli i pokazywali?”. „Ja nikomu nie pokazywałam. Zobaczcie, że czyste! Odczepcie się, do diabła!”. Ale jedna pani miała listy od tych, którzy jeszcze zostawali, to jej te listy zabrali i ona musiała zostać. Później przyjechała, ale czepiali się bardzo do niej. 12 lutego wyjechaliśmy furmankami do stacji, potem pociągiem i przyjechaliśmy 6 marca do Siemiatycz. Samochody były już wysłane na stację kolejową.
Kiedy już pracowałam, przyjechał Józef Nowicki, przywitał się i pyta: „A dostałaś pieniądze ode mnie?”. Ja mówię: „A to pan przysyłał? O Jezu, żeby pan wiedział, ile to dla nas znaczyło!”. 70 rubli, a litr mleka stał 50 kopiejek.
Komentarze