Reklama

Ocalenie we wsi Morze. Wspomnienia Chany Lisogorski Broder

Jakiś czas temu w kilku numerach publikowaliśmy kilka fragmentów wspomnień Racheli Lisogurski z książki pt. „Daring to Hope", (R. Lisogurski, Ch. Broder, The Azrieli Foundation and others, 2020). Mówi w nich dużo m. in. o swojej małej, 4,5-rocznej córeczce Chanale (Chana Lisogurski Broder), z którą, dzięki pomocy gospodarzy z okolicznych wsi, zdołała uratować się przed wywózką 2 listopada 1942r. do Treblinki na zagładę.

     W archiwum Kanadyjskiego Muzeum Imigracji znaleźliśmy złożone tam i udostępnione w internecie wspomnienie (http://www.pier21.ca/content/the-immigration-story-of-the-lisogurski-family-polish-efugees), Chany Lisogurski Broder, spisane po latach, w kwietniu 2005r., w Tel Avivie w Izraelu, na wieść o śmierci Henryka Kryńskiego, ostatniego z rodziny, dzięki której ona i jej rodzice przeżyli Holokaust.

     Postanowiliśmy je przetłumaczyć w najważniejszych fragmentach i udostępnić naszym czytelnikom jako kolejne świadectwo tego okrutnego czasu i ludzkich postaw.

Reklama

    (…) „Mój kuzyn Sidney (Żółtak – przyp. MAN) zadzwonił z Montrealu, aby mi powiedzieć, że w Polsce zmarł Heniek Kryński. Rodzice Heńka byli świętymi ludźmi, którzy w okresie Holokaustu ukrywali naszą rodzinę w  swoim gospodarstwie we wsi Morze. Heniek był wtedy młodzieńcem zaraz po dwudziestce. Jego siostra Krysia miała wtedy trzynaście lat a ja cztery i pół roku.

     Uciekliśmy z siemiatyckiego getta w nocy 2 listopada 1942. Nasz sąsiad Rosenzweig  stał na czele Judenratu, komisji żydowskiej, jaką Niemcy powołali, aby kontrolować społeczność żydowską. Po zaprzysiężeniu ich do zachowania tajemnicy, bowiem od tego zależało jego życie, przekazał w zaufaniu moim rodzicom, że getto ma być zlikwidowane nazajutrz wczesnym rankiem, a wszyscy Żydzi wysłani do Treblinki, najbliższego obozu koncentracyjnego. Wielu Żydów z tego terenu już się tam znalazło i nikt nigdy nie wrócił. Nie było dokładnie wiadomo, jaki los ich spotkał, ale krążyły plotki, że Niemcy kłamali, mówiąc, iż Treblinka była obozem pracy. Kilka osób twierdziło, że słyszały z wiarygodnych źródeł, iż Żydzi byli tam systematycznie eksterminowani. Wielu Żydów odmawiało wiary tym pogłoskom, twierdząc, że cywilizowani ludzie tacy, jak Niemcy, nie mogliby uczestniczyć w ludobójstwie a ponadto, świat cywilizowany XX wieku nie zezwoliłby na takie okrucieństwo. Moi rodzice jednak wierzyli.

Reklama

     Rodzice nieśli mnie na plecach

    Byli więc w grupie Żydów, którzy w środku nocy przecięli ogrodzenie z drutu kolczastego otaczające getto i uciekli na polską wieś.  Niektórzy prawie od razu  zostali zastrzeleni przez nazistowskich strażników. Inni zdołali uciec na sporą odległość, ale potem dosięgnęli ich snajperzy albo natknęli się na patrol nazistów, który ich natychmiast zastrzelił. Nieliczni szczęśliwcy zdołali dotrzeć do chałup gospodarzy rozrzuconych w okolicy, których naziści nie byli w stanie zbyt często patrolować.

Reklama

    Spośród tych Żydów wielu wróciło po 2–3 dniach do skazanego na zagładę miasta w skrajnej rozpaczy, bowiem nikt nie otworzył im drzwi ani nie dał wody do picia czy czegoś do jedzenia.

    Rodzice nieśli mnie na zmianę na swoich plecach.  Każdy z nich był ubrany w kilka warstw, bo noc była chłodna i dlatego, że nie chcieli nieść żadnych paczek, aby mieć wolne ręce na każdą ewentualność. Pot po nich ściekał, kiedy biegli. Starali się znaleźć jak najdalej od miasta a równocześnie nie zgubić się wzajemnie w tym nocnym chaosie.

Reklama

     Tej nocy z getta uciekała również ciotka Henia i wujek Sruleh oraz ukochany kuzyn Shieleh (Sydney Żółtak – przyp. MAN), podobnie, jak dziadkowie ze strony mamy. Niestety, musieliśmy się rozłączyć. Rano dziadek został śmiertelnie postrzelony. A babcia miała ranę postrzałową ramienia, ale przeżyła. Po kilku dniach cała rodzina połączyła się ponownie, w tym wuj Shieh. Jego żona jednak odmówiła ukrywania się i z dwiema córkami została później wywieziona do Treblinki ze wszystkimi innymi Żydami z miasta.

    Na wsi

Reklama

    Moja mama Rachela wychowywała się we wsi Grodzisk, niedaleko Siemiatycz. Ona i jej rodzeństwo znali wielu okolicznych rolników. Ich rodzice prowadzili sklep i karczmę, gdzie miejscowi gospodarze przychodzili po zakupy i aby się czegoś napić. Dziadek często udzielał pożyczek ubogim rolnikom do czasu sprzedaży ich zbiorów i był bardzo lubiany przez sąsiadów. Wujek Shieh zaczął samodzielnie handlować mając 14 lat i również miał na wsi wielu znajomych. To dawało im nadzieję, że któryś z tych gospodarzy zgodzi się ukryć nas przed Niemcami.

 Spędziliśmy noc w stodole jednego z rolników a następnie kilka dni u innego, na strychu. Nadchodziła zima i było już zbyt zimno, aby spać na zewnątrz. W końcu, po tygodniach wędrowania z miejsca na miejsce, znaleźliśmy gospodarza o imieniu Klemens, który był gotów ukryć nas na dłużej na poddaszu stodoły. Dorośli zdawali sprawę z tego, że nie miał zamiaru zrobić tego wyłącznie ze względów humanitarnych. Był on raczej bardzo po wrażeniem rzeczy, które obiecaliśmy mu dać – czarnego ślubnego garnituru ojca, prześcieradeł i obrusów oraz innych rzeczy, na  które ubogi rolnik nie mógłby sobie nigdy pozwolić.

Reklama

 Spędziliśmy całą zimę we względnym cieple słomy na poddaszu stodoły Klemensa. Pod poddaszem były oddzielne zagrody, a w nich krowy, owce, świnie i konie. Raz dziennie pani Klemensowa albo jedno z ich dzieci przynosiły nam jedzenie. Mogliśmy zaoszczędzić trochę chleba do następnego ranka. Wuja Shieha nie było z nami, ale odwiedzał nad od czasu do czasu, przynosząc rzeczy do przekazania Klemensowi. Troszczył się o nasze dobro. Pamiętam, że mama w późniejszych latach podkreślała, że bez niego nie przeżylibyśmy.

     Pewnego dnia wszyscy zamarliśmy ze strachu, bowiem wrota stodoły zostały otwarte i usłyszeliśmy głosy mówiące po niemiecku. Byliśmy pewni, że to już nasz koniec, ale nic się nie stało. Niemcy rozmawiali z Klemensem i ten czas wydawał się nam wiecznością. W końcu odjechali. Klemens przybiegł do stodoły. Był na skraju histerii. “Niemcy zabrali mi pięć najtłustszych świń” – powiedział.  Ale to było nic w porównaniu z paniką, w jaką wpadł. Oznajmił, że nie możemy u niego dłużej zostać, bo drugi raz nie będzie w stanie przeżyć podobnego doświadczenia.

Reklama

     Wuj Shieh zaczął więc szukać dla rodziny innej kryjówki. Postanowiliśmy się rozdzielić, bowiem łatwiej było znaleźć dwa miejsca dla trzech – czterech osób. Po wielu błaganiach, obietnicach i negocjacjach znalazły się dwie nowe kryjówki. Rodzice, ja i moja babcia, udaliśmy się do gospodarstwa Kryńskich a wuj, ciotka I kuzyn poszli do lasu do czasu, aż znajdą inną rodzinę gospodarzy, która zgodziłaby się ich przyjąć i ukryć.

    Kryjówka u Kryńskich w Morzach

    W gospodarstwie Kryńskich pod stodołą został wykopany prawdziwy bunkier. Był wsparty na drewnianych deskach i wyściełany słomą, aby zapewnić ciepło i wygodę. Jama była pokryta ziemią a potem słomą, a więc nikt nie mógł go wykryć. Wejście było przez klapę, którą można było otworzyć tylko od wewnątrz. Skałki drewna na opał były przybite do klapy, aby ją zamaskować.

Reklama

     W bunkrze ja mogłam stanąć ale dorośli musieli cały czas siedzieć. Nie było wystarczająco dużo miejsca dla wszystkich, aby mogli wyciągnąć się w nocy, więc spali opierając się o ściany bunkra. Do oświetlenia używaliśmy lampy i tylko w nocy wychodziliśmy na zewnątrz na kilka minut, aby się odprężyć i rozciągnąć nasze  skurczone mięśnie. Państwo Kryńscy mieli 22 letniego syna Heńka oraz 13 letnią córkę Krysię, którzy mieszali razem z nimi. Ich zamężnej córce mieszkającej w innej wsi  nigdy nie powiedziano o Żydach, których ukrywali jej rodzice. Bali się, że jej mąż mógłby nas zdradzić.

    Gospodarz i jego żona przynosili nam raz dziennie jedzenie. Kiedy Kryński doił krowy wieczorem, zawsze przynosił mi kubek świeżego mleka.

Reklama

     Tam było znacznie bezpieczniej niż w poprzedniej kryjówce, ale również więcej ograniczeń.  Brakowało mi mego kuzyna Shieleha, z którym bawiłam się, a także możliwości oglądania zwierząt w stodole Klemensa i po prostu widoku światła dziennego.

     Pewnego dnia Kryński przyszedł, aby nas ostrzec, że do jego gospodarstwa przyszli „chłopcy” z Armii Krajowej (mogły to być różne formacje partyzanckie lub zwykli rabusie – przyp. MAN) w poszukiwaniu Żydów. (…).

     Kryński, kiedy przyszedł nas ostrzec, trząsł się ze strachu i szybko wybiegł. Być może ktoś we wsi nabrał podejrzeń i powiadomił tych bandziorów -  sąsiad, który był zazdrosny o nowe ubrania, jakie Kryński czasami wkładał, kolega ich syna, który mógł coś podsłuchać albo w zaufaniu dostać informację w gospodzie. Istniało wiele możliwości, ale powód nie miał już znaczenia.  My w bunkrze przygotowywaliśmy się na moment, kiedy klapa zostanie siłą otwarta i zostaniemy odkryci. Pamiętam, że ojciec  wyjął zegarek kieszonkowy i zakopał go w słomie. 'Dla Kryńskiego,' szepnął.  Zgasił lampę i siedzieliśmy w całkowitej ciemności, trzymając się w ciszy za ręce i czekając na śmierć. Zawsze będę pamiętać ten wyjątkowy lęk, jaki czułam w tych długich momentach, jakże różny od czegokolwiek przed i po tym wydarzeniu.

Reklama

      Po długim oczekiwaniu w ciemności klapa się otworzyła. Moje serce podskoczyło. To już było to! Ale nie, to tylko Kryński, który przyszedł do nas, aby powiedzieć, że chuligani poszli sobie. Bardzo zdenerwowany, podczas wcześniejszej wizyty nie zamknął odpowiednio klapy. Mógł więc ją otworzyć z zewnątrz. Był posiniaczony i poraniony. Został pobity, z domu zabrano wiele względnie wartościowych rzeczy ale nie ujawnił naszej wspólnej tajemnicy.

     Rodzice obawiali się, że teraz Kryńscy będą od nas żądać, abyśmy opuścili ich gospodarstwo, ale ku naszemu zaskoczeniu i radości, byli gotowi nadal nas przetrzymywać, chociaż nasza obecność oznaczała, że narażali swoje życie. Pani Kryńska  była kobietą bardzo pobożną, przekonana, że chronienie nas było jej chrześcijańskim obowiązkiem. Pan Kryński czytał gazety i przekazał nam, że Niemcy ponoszą klęska za klęską i stopniowo zbliża się front, więc wojna wkrótce się zakończy. Pozostaliśmy u nich aż do wyzwolenia nas przez armię rosyjską w lipcu 1944r.

    Konieczność opuszczenia Polski

    Rodzice szybko zorientowali się, że nie będą mogli pozostać w Polsce. Ocaleni Żydzi nie byli mile widziani przez chrześcijańskich sąsiadów, którzy w tym czasie zajęli ich domy i zagrabili mienie. Obecnych było również zbyt wiele dusz tych, którzy zginęli. Po kilku latach wędrówki i oczekiwania nasza rodzina wyemigrowała do Kanady I osiedliła się w Montrealu.

    Rodzice przybyli do Kanady z niczym. Ciężko pracowali, niewiele wydawali, zdołali zaoszczędzić trochę pieniędzy. W końcu kupili mały domek a po wielu latach większy.

    Moja mama korespondowała z panią Kryńską i wysyłała jej paczki z ubraniami, kiedykolwiek mogła. (…) Oboje starsi Kryńscy zmarli. Heniek kontynuował korespondencję z mamą do czasu, kiedy pewnego dnia napisał, że muszą przestać do siebie pisać, bo narażało go to na kłopoty. Nigdy dla nas nie było jasne, czy ich powodem były władze komunistyczne w Polsce czy jego przyjaciele i sąsiedzi. Być może jedno i drugie. (…)

     Kuzyn Shieleh, który zmienił imię na Sidney, pozostał w Montrealu. Jego matka, a więc moja ciotka Henia, nigdy nie utraciła kontaktu z rodziną, która ich ukrywała. Po śmierci ciotki, Sidney kontynuował z nimi korespondencję.

    Wszyscy się popłakaliśmy

    W 1997r. [Sidney] oznajmił mi, że planuje podróż do Polski i zapytał, czy jestem zainteresowana, aby jechać razem z nim. Moja pierwsza reakcja była negatywna, bo nigdy nie chciałam ponownie postawić stopy na tej przeklętej ziemi. W końcu jednak zaczęłam sobie uświadamiać, że nic nie pamiętam z naszego miasta, byłam bowiem zbyt mała. Sidney był o siedem lat starszy i pamiętał, gdzie mieszkaliśmy i jak to wszystko wyglądało. Gdybym kiedykolwiek zmieniła zdanie, nie byłoby nikogo, kto by mi to wszystko mógł pokazać. Po wielu wahaniach zdecydowałam się więc na tę podróż. W rezultacie grupa liczyła dziesięć osób (…) Przed podróżą starałam się odnaleźć Heńka Kryńskiego, ale bez powodzenia.

     Odwiedziliśmy Siemiatycze i Sidney zaprowadził nas w miejsce, gdzie mieszkała jego rodzina i pokazał dom, w którym mieszkali moi rodzice - kilka drzwi dalej na tej samej ulicy. Byliśmy też na cmentarzu, na którym jedynym grobem, który się zachował, jest zbiorowa mogiła, w której został pochowany mój dziadek, wraz ze wszystkimi innymi Żydami zamordowanymi podczas ucieczki z getta.

     Następnym przystankiem był dom Zygmunta Kryńskiego we wsi Krynki. Jego rodzina ukrywała Sidneya z rodzicami. Wiedzieli, że przyjeżdżamy i ciepło nas przyjęli. Zygmunt rozpromienił się na widok Sidneya. Byli wtedy młodymi chłopcami, którzy razem pracowali i bawili się. Mieszkał w tym samym domu, co wcześniej jego rodzice. Pokazał nam rozmaite kryjówki, stodołę, w której młócono pszenicę i studnię, z której do dziś czerpią wodę. Było to bardzo emocjonalne. Wszyscy się popłakaliśmy, również nasz polski przewodnik.(…).

    Kiedy zapytałam Zygmunta, czy wie, gdzie możemy znaleźć Heńka Kryńskiego, powiedział, że przez lata go nie było ale teraz wrócił do Morzów. Staszek, syn Zygmunta, pojechał tam z nami, aby pokazać dom Heńka. Zygmunt też miał zamiar z nami jechać, ale syn mu to odradził. Ukrywanie Żydów podczas wojny nie jest uważane wśród tych ludzi za coś zasługującego na nagrodę i nadal trzymają to w tajemnicy.  Nawet po wielu latach wywołuje to złe emocje i zazdrość wśród sąsiadów.

    Przed dom wyszedł starszy człowiek.

     Sidney powiedział do niego po polsku 'Czy pan nazywa się Henryk Kryński?' Ten odpowiedział, 'Tak.'

    Sidney zapytał “'Czy pamięta pan rodzinę o nazwisku Lisogurski?' Odpowiedź też była  'Tak.' Sidney zapytał ,'Skąd ich pan zna?' 'Byli tutaj. Rachela Lisogurski.'

    Sidney wskazał wtedy na mnie i powiedział ,'To jest córka Racheli'

     Heniek i ja uściskaliśmy się i pocałowaliśmy. Przedstawiłam go mojemu mężowi i synowi. Aparaty fotograficzne i kamery wideo kręciły się, a łzy płynęły. Heniek powiedział nam, że dom jego rodziców i stodoła, pod którą byliśmy ukryci, stały oddalone o około kilometr stąd i już nie istnieją. (…).

 

    Kiedy wróciliśmy do Izraela, nie mogłam z nim korespondować, ponieważ nie znałam już polskiego, a on znał tylko polski. Raz w roku przed Bożym Narodzeniem wysyłałam mu pewną sumę pieniędzy i prosiłam, żeby ktoś napisał do niego list w moim imieniu. Za każdym razem potem dostawałam od niego list, w którym dziękował mi za pieniądze, które - jak twierdził - były dla niego wielką pomocą, ponieważ żył tylko z marnej rządowej emerytury. (…). I teraz Heniek zmarł. Ze wszystkich postaci, które uczestniczyły w tym dramacie we wsi Morze, pozostałam tylko ja. (…)”.

    Tłum. i opr. MAN, ródtytuły pochodzą od redakcji)  

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 24/03/2025 20:24
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama