Wkrótce minie 20 lat, od kiedy podczas spontanicznej akcji społecznej, wszechwładna w PRL, partia PZPR straciła swój budynek w Siemiatyczach.
Aby przypomnieć te wydarzenia, cytujemy artykuł, który ukazał się w „Tygodniku Solidarność” 28 (65) z 15 grudnia 1989 roku. Jego autorką jest Joanna Kluzik. Młodszym Czytelnikom należy przypomnieć, że w budynku tym, po całkowitej przebudowie, mieści się obecnie urząd skarbowy.
Interesy z partią Komitet Miejsko – Gminny PZPR w Siemiatyczach postanowił wydzierżawić salę konferencyjną zakładowi krawieckiemu. Zamiast Lenina – wieszaki. W miasteczku zakipiało. Lenin i tak był spisany na straty, ale ludzie – jeden z paru rozlatujących się budynków w mieście – chcieli zagospodarować po swojemu. Rada Miejska interesowała się pustymi pomieszczeniami od września. Utworzono specjalną komisję, w skład której weszły wszystkie grupy polityczne miasta. 14 listopada komisja ta miała się zebrać i zadecydować (między innymi) o tym, co urządzić w części budynku PZPR. Zebrali się wszyscy, prócz PZPR. Na kilka minut przed rozpoczęciem rozmów zatelefonowano do przewodniczącego Miejsko – Gminnej Rady Narodowej z informacją, że „na spotkanie PZPR nie przybędzie, dyskusją nie jest zainteresowana, a właśnie tak się składa, że w tej samej chwili podpisuje umowę z prywatną firmą”. W sobotę 18 listopada spotkał się Komitet Obywatelski i przedstawiciele innych ugrupowań politycznych miasta, z przewodniczącym zespołu partyjnych radnych włącznie. Utworzyli komitet protestacyjny i poszli rozmawiać z I sekretarzem Komitetu Miejskiego PZPR – Janem Grygorukiem. Wymieniliśmy kilka zdań – mówi Celina Nowicka, radna, dyrektorka miejscowej biblioteki. – Sekretarz stwierdził, że nic nie może zrobić, bo sprawą zajmuje się komitet wojewódzki. Nie wiedział nawet, z kim była zawierana umowa. Powiedzieliśmy – jeśli partia nie chce nas słuchać, to musimy ją do tego zmusić. W poniedziałek, 20 listopada, przed budynkiem partii w Siemiatyczach stanęła pikieta. I sekretarz zadzwonił do Białegostoku. Komitet wojewódzki zadecydował, że jeśli mieszkańcy mają sprawę – niech przyjadą. A my dokąd będziemy jechali – oburzyli się pikietujący. – Skończyły się czasy, kiedy ludzie gonili na skinienie palca. Ostatecznie ustalono, że pikieta zawieszona będzie do 11.30, do wtorku. O 12.00 mają zjawić się z komitetu wojewódzkiego na rozmowy. Emocje w mieście rosły, podsycane brakiem informacji, kto tę salę wydzierżawił. Ten ktoś – podobno – ma 16 innych zakładów w całej Polsce. Pikanterii dodawał fakt, że przez okno można było zobaczyć gotowe już stanowiska pracy, a nikt nie zauważył, kiedy je przygotowano. – Pewnie w nocy wnosili te maszyny. Wtorek, 21 listopada. Od 11.30 pikieta stoi przed budynkiem partii i czeka, czeka, czeka… Przyjechali: Kierownik wydziału gospodarki wewnątrzpartyjnej KW – Jan Malinowski i radca prawny – Tadeusz Bielas. Ale nie do komitetu, tylko do urzędu miasta, więc nikt z pikietujących ich nie zauważył. O 12.00 rozpoczynają się rozmowy. Przewodniczący Rady Narodowej, Stanisław Fleks przypomina sprawę. O głos prosi radca prawny: - Z wypowiedzi pana Fleksa wynika, że gmach będący własnością partii, tą własnością nie jest. No, nie wiem, czy środki partii są tak bardzo społeczne? - Skąd partia miała pieniądze na budowę tego obiektu – pytają uczestnicy spotkania: radni, przedstawiciele Solidarności, SD, ZSL. - Pieniądze partii, z KC, ze składek. - Ze składek – to znaczy czyje? Spór nie zostanie rozstrzygnięty. Dla partii pieniądze są, bez dyskusji, jej własnością, dla reszty – pieniądze te zostały wyrwane kiedyś społeczeństwu. Budynek jest więc prywatny czy społeczny? Leszek i Janusz Kochańscy – bo to oni chcą wydzierżawić salę – gotowi są odstąpić od umowy, jeśli miasto zaproponuje im inne pomieszczenie. Może taniej? Bo teraz muszą płacić 13 tys. za m.kw. Partia mówi: - Dobrze. To niech miasto wymyśli, co można w tej sali zrobić, a my się zastanowimy. Dajecie tyle samo pieniędzy, co bracia Kochańscy, dogadamy się. Musimy dbać o własne interesy, bo PZPR ma 44 mld. zł długu, a od stycznia nie będzie dotowana. Dyskusja jest burzliwa, ale efektów nie ma. Do momentu, kiedy zziębnięty i zirytowany tłum przechodzi spod budynku partii pod urząd. - Mam nadzieję, że słowo będzie dotrzymane i nikt nie wtargnie do środka – mówi przewodniczący rady. To jednak bardziej pobożne życzenie niż pewność. Do sali wpada ktoś z dołu, ze straży porządkowej i prosi, by w końcu się dogadać, bo „za chwilę już nikt nie zapanuje nad tłumem”. Polska Zjednoczona Partia Robotnicza nie ma wyjścia, musi ustąpić. Finał wtorkowej rozmowy: umowa między KW PZPR i braćmi Kochańskimi zostaje zerwana. Komisja zgłosi propozycje i zapadnie decyzja „przeznaczenia części budynku na cele społeczne uzgodnione przez umawiające się strony”. Tłum pod oknem wcale nie uważa, że sprawa jest już załatwiona. Chce całego budynku, nie części. - Niech teraz oddają, co nie ich. ,Nikt nie może przewidzieć, co tłum zrobi, jeśli sam postanowi wymierzyć sprawiedliwość. Jest to pierwsza sprawa, która jednoczy podzielone narodowościowo miasto. W następnych dniach zaczynają się telefony z sąsiednich miejscowości : - Jak wam się udało ich wygonić ? Tego typu awantury skończą się prawdopodobnie dopiero wtedy, gdy wszystkie budynki partii zostaną przekazane społeczeństwu. A co na to bracia Kochańscy? Leszek:- Interes jest interesem, nie zajmuję się polityką. Janusz: - Kiedy brat załatwiał ten lokal, byłem za granicą. Wróciłem, dowiedziałem się i złapałem się za głowę: Jak się z Leninem wchodzi w interesy, to przecież nigdy nic dobrego z tego nie wychodzi…
(Na zdjęciu Krzysztof Maciejewski czepia na budynku komitetu transparent przygotowany przez Jerzego Nowickiego, fot. JN)
Komentarze