Sowiecki czołg czeka na wydobycie "To coś było płytko. Zacząłem więc namacywać ręką. Namacałem coś długiego. To musiała być lufa czołgu."
Wojska ostro się biły Pan Antoni Sacharczuk, syn Piotra, ma dziś 80 lat. Jest jednym z najstarszych mieszkańców Zajęcznik. Do pewnego czasu jako jedyny znał historię przeprawy radzieckich czołgów przez Bug z końca II wojny światowej. Najciekawsze jednak w tej historii jest to, że nie wszystkie czołgi przeprawiły się. Jeden - jak twierdzi - nadal jest w okolicy. Pan Antoni nie pamięta, który to był rok - 1944 albo 1945. Pamięta tylko, że było to lato. Wtedy w okolicy Zajęcznik coraz częściej dochodziło do starć wojsk niemieckich i radzieckich. - Jeden czołg sowiecki stał na Łysej Górze pod Drażniewem, po tamtej stronie Bugu, drugi na wysokości naszej wioski i tak ostrzeliwali transporty niemieckie, które szły koleją. I piechota też ostro wtedy się biła, także w okolicy pobitych Niemców i Sowietów było, tyle co na dużym polu snopków zboża. Raz przez Bug przeprawiały się wojska sowieckie, raz niemieckie. A rzeka wtedy w wielu miejscach była płytka i wszystkie wojska wiedziały, gdzie dokładnie są płycizny. Nas najbardziej zastanawiało to, skąd oni wiedzą, w którym miejscu się przeprawiać i skąd mają dokładne mapy rzeki? – opowiada pan Antoni. Przeprawy przez Bug Według naszego rozmówcy, nie używano pontonów czy barek. Zarówno czołgi, jak i piechota "szły" po dnie. - Ja tego nie widziałem, ale ludzie mówili, że dużo czołgów sowieckich pewnego dnia się przeprawiało. Nie jeden za drugim, ale podobno w kilku miejscach. Chyba wszystkie przeszły Bug. Ale na wysokości naszej wioski, po tamtej stronie Bugu, było starorzecze. Nie wiem, czy wtedy było ono jeszcze połączone z Bugiem, czy już nie. Teraz już nie jest. Jak ten czołg wyszedł z Buga, to widocznie nie miał możliwości ominięcia tego starorzecza - albo Niemcy mocno bili, albo starorzecze wyglądało na płytkie i musiał przez nie jechać. Ugrzązł już przy zjeździe. Lufa skierowana w bok Pan Antoni nie wie, czy ktoś jeszcze oprócz niego wybrał się sprawdzać to miejsce, czy faktycznie coś w tym starorzeczu jest. Sam był kilka razy, ale najbardziej pamięta pierwszą wyprawę. - Wtedy było to jeszcze spore jeziorko. 40 lat temu miało jeszcze ponad 20 metrów długości i prawie tyle samo szerokości. Teraz jest już mniejsze. Przepłynąłem łódką przez Bug i wciągnąłem łódkę na jeziorko. W jednym miejscu było dosyć głęboko i wiosło się chowało, w innym już płytko i do dna wiosłem dostawałem. W pewnym momencie, gdzieś tak na środku, wiosło uderzyło w coś twardego. To nie było jedno małe miejsce, na którym opierało się wiosło. Dwa - trzy metry w bok też wyczułem wiosłem coś twardego, a dalej już nie. I wiosło nie chowało się bardzo pod lustro wody. To coś było płytko. Zacząłem więc namacywać ręką. Namacałem coś długiego. To musiała być lufa czołgu. Była obrócona w bok. Bo jak czołg wjeżdżając do wody i później z niej wyjeżdżając miałby lufę skierowaną do przodu, to by nią zarył w brzeg. W okolicy podczas wojny spadło też sporo słynnych rakiet V-2. Dlatego dziś niektórzy mieszkańcy Zajęcznik uważają, że to nie czołg tylko rakieta V-2. Pan Antoni wie jednak swoje. - To nie rakieta. To czołg. Przecież namacałem lufę. Nawet więcej. Wodziłem wiosłem po wieżyczce i obie klapy były zamknięte. Czyżby to oznaczało, że żołnierze nie zdążyli uciec? - dodaje. Nasz rozmówca mówi też, że nie każdy z Zajęcznik lub okolicy wskaże to miejsce. - Ostatnio byłem tam jakieś 15 lat temu. Już wtedy wokół tego jeziorka były spore olszyny. Trafię tam w ciemno - mówi. To byłoby coś Inny mieszkaniec Zajęcznik, pan Antoni Tarasiuk, od dawna zna tę historię. Wie, które to jeziorko. Kiedyś, zimą, wybrał się w to miejsce. Starorzecze było wtedy zamarznięte. Przerąbał siekierą lód, chcąc sprawdzić, czy coś będzie pod lodem widać. Niestety nic nie było widać w przerębli i nic nie namacał. Może szukał w nieodpowiednim miejscu? Tylko siekiera wpadła do tego jeziorka. - Jakby zjawili się jacyś pasjonaci, którzy chcieliby potwierdzić, czy faktycznie jest tam czołg, a może i go wyciągnąć, to byłoby coś - mówi. Kto będzie pierwszy?
Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Komentarze