Reklama

Kto wypuszcza nocą agresywne psy? Powiatowy Lekarz Weterynarii nie podjął interwencji wobec konającego łosia

Młody łoś stał w wodzie ok. 3 m od brzegu. Ze stawu wystawała tylko głowa. Strażacy wyciągnęli go na brzeg. Niestety, okazało się, że jest poraniony, miał rozprute podbrzusze. Szanse na przeżycie były bardzo małe.

       27 lipca od ok. 8 rano w Bacikach Średnich w gm. Siemiatycze ujadały psy. Wydawałoby się, że to dosyć normalne na wsi.

     - Szczekały bardzo długo, koło południa powiedziałam więc córkom, Wiktorii i Klaudii, żeby poszły zobaczyć, może psy zagnały kota na drzewo - mówi mieszkanka Bacik. - Za chwilę wracają "Mamo, mamo! Psy zagnały małego łosia do stawu!". Zadzwoniliśmy po pomoc do straży. W lesie koło stawu musiała być matka tego małego, bo odzywała się do niego, kiedy ją wołał, ale psy i ją przegnały.

Reklama

     - Jeden był czarno - brązowy z białym krawatem i miał obwisłe uszy, a drugi był brązowy - mówi Wiktoria. - Te psy to nie pierwszy raz tu są.

     Zgłoszenie do straży w Siemiatyczach wpłynęło ok. 12.30. Do Bacik przyjechali strażacy JRG Siemiatycze i OSP Kajanka. Łoszak stał w wodzie ok. 3 m od brzegu. Ze stawu wystawała tylko głowa. Strażacy wyciągnęli go na brzeg. Niestety, okazało się, że jest poraniony, miał rozprute podbrzusze. Szanse na przeżycie były bardzo małe. Strażacy JRG wrócili do bazy. Rannego łosia pilnowało dwoje strażaków OSP.

Reklama

     Powiadomiono Powiatowego Lekarza Weterynarii w Siemiatyczach, ale nie podjął interwencji. Edward Krasowski, Wójt Gminy Siemiatycze, skontaktował się z Regionalną Dyrekcją Ochrony Środowiska w Białymstoku. Tam potwierdzono, że łosie stanowią własność Skarbu Państwa, a interwencję powiniem podjąć powiatowy lekarz weterynarii, skoro powziął taką informację. Wójt, mimo że gmina odpowiada tylko za bezdomne zwierzęta hodowlane, skierował do Bacik Eugeniusza Radziszewskiego, kierownika ds. inwestycji w urzędzie gminy, lekarza weterynarii, z którym gmina ma umowę, i myśliwego, który - jako posiadacz broni - ma prawo skrócić cierpienia konającego zwierzęcia. Lekarz weterynarii zbadał zwierzę. Niestety, serce przestało bić. Pracownicy gminy powiadomili firmę utylizacyjną.

     Kiedy okazało się, że zwierzę nie żyje, przybiegła Wiktoria, dziewczynka, która widziała psy atakujące łosia. - Jeden pies wrócił! Drugiego, nie ma, ale ten chodzi tam - powiedziała, wskazując w stronę pola.

Reklama

      Pies uciekł. Polna droga, przy której jest staw, jest dosyć uczęszczana przez spacerowiczów, rowerzystów i dzieci. Zdarzały się już ataki na biegające tam osoby. W ubiegłym roku psy zagryzły w tym miejscy jelonka. Czyje to psy?

    - Jeden taki niedaleko to wypuszcza na noc psy. Później albo wracają, albo i nie - powiedział nam mężczyzna, obserwujący ratowanie zwierzęcia. - Policja powinna się tym chyba zająć.

     jsw, fot. jsw i Czytelniczka

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama