Tak jak wszystko się zmienia wokół nas w zawrotnym tempie, również zmieniają się obyczaje związane ze Świętem Zmarłych, w nomenklaturze kościelnej nazywanym dniem Wszystkich Świętych. W obrzędowości ludowej, to po prostu dzień pamięci o zmarłych - przodkach, znajomych, członków rodziny, z tradycją palenia ognia sięgającą czasów przed chrześcijańskich.
A jak to było w Siemiatyczach. Jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku na siemiatyckim cmentarzu, na na ogół skromnych grobach palono głównie białe świeczki wciskane bezpośrednio w ziemię. Przed świętami trzeba było zaopatrzyć się w kilka ich paczek. Niepisanym zwyczajem było zapalenie po jednej świeczce każdemu zmarłemu z rodziny.
Normalnością w tamtych czasach było to, że 1 listopada był mróz a nawet często śnieg. W śnieg łatwiej było wciskać płonące świeczki. Niektórzy, sposobem jeszcze przedwojennym, sami robili sobie dłużej palące się lampki. W ich skład wchodziła gruba szklanka tzw. musztardówka, knot z plecionego sznura od bielizny z wsadzoną w niego słomką, a to wszystko umieszczone pionowo w grubym plastrze ziemniaka, leżącym na dnie musztardówki. Zalewano to roztopionym gęsim sadłem. Taka lampka mogła palic się nawet do rana.
Bywało, że rodzice wieczorem na sankach ciągnęli dzieci na cmentarz. 1 listopada był też dniem, w którym tradycyjnie zmieniano ubrania i buty na zimowe, rozpoczynał się sezon na obowiązkowe kalesony, ciepłe skarpety, i zimowe trzewiki. Na cmentarzu, prócz zapachu płonących świec, można było poczuć zapach naftaliny. Kto pamięta te czasy, to wie, że bywało naprawdę zimno.
Ozdabianie mogił również było skromne - gałązki jodły, przybrania z białych owoców śnieguliczki, czerwonej jarzębiny itp.
No i oczywiście białe chryzantemy w ciężkich glinianych doniczkach. Wcześniej trzeba było je zanieść na cmentarz, poustawiać na grobach. Chryzantemy były wówczas wszystkie takie same. Po świętach nie było takich gór śmieci i różnych pozostałości jak to jest dzisiaj. Stearyna wsiąkała w cmentarną ziemię, nie było plastików, wieńców i masy ozdób.
Siemiatycką tradycją był udział w procesji orkiestry dętej OSP, która na cmentarzu grała zazwyczaj stary marsz pogrzebowy pt „W mogile ciemnej”
Na początku lat 70. W handlu państwowym zaczęły się pojawiać się małe lampki w kolorowych szkiełkach dla zamożniejszych, oraz znicze w glinianych miseczkach, które z latami robiono coraz większe i większe, co powodowało swoistą rywalizację na grobach – gdzie więcej, gdzie większe i ładniejsze. Nawet w obliczu wieczności pojawiała się chęć zaznaczenia że jest się lepszym od innych. Wtedy też pojawiła się moda na plastikowe kwiatki, wówczas o bardzo tandetnych kolorach.
Dodać trzeba że wówczas cmentarz w Siemiatyczach, zarówno część stara XIX-wieczna, jak i nowa, była tez parkiem pełnym okazałych drzew. Stwarzały one niepowtarzalny klimat tego miejsca. Na przykład główna aleja obsadzona była drzewami na planie krzyża w 1928 roku jako pamiątka 10-lecia odzyskania niepodległości. Dziś po tych wszystkich drzewach nie ma śladu, za to jest wszechobecny beton, tuje i kostka brukowa.
Po uroczystościach na cmentarzu tego dnia często był rodzinny obiad, na który się wzajemnie zapraszano w rodzinie. Najczęściej tradycyjnym daniem tego dnia były gołąbki lub bigos. Dania, które można zrobić w przeddzień a w święto tylko odgrzać, by było mniej roboty w kuchni po powrocie ze cmentarza. Nie zaszkodził też kieliszek, lub więcej, wódki, by się rozgrzać.
Jerzy Nowicki, fot arch Antoni Nowicki
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze