25 stycznia pan Sławomir Jaskólski na swojej posesji w Sarnakach znalazł sowę. Dzień później, kiedy ptak nie odfrunął, zadzwonił do sąsiada, pracownika urzędu gminy.
Zapytał gdzie zgłosić ten fakt, bo sowa nie lata i schroniła się w garażu. Sąsiad, Sławomir Świderski, powiadomił urzędniczkę zajmująca się sprawami ochrony środowiska, Monikę Obrępalską, Ta wójta Grzegorza Arasymowicza, który krótko stwierdził, że trzeba sowie pomóc.
- Odebrałem sowę od pana Sławka, umiejscowiłem w swoim garażu i w międzyczasie szukaliśmy rozwiązania, jak jej pomóc - opowiada Sławomir Świderski, który jak się okazało na kilka dni został opiekunem sówki. - Monika obdzwaniała wszelkie możliwe instytucje, a ja zdecydowałem, że pojedziemy z sową do lekarza. Cały czas nie fruwała. W sobotę, 27 stycznia sówka trafiła do Bawetu. Tam ją zbadali, lekarz nie stwierdził złamań. Stwierdził za to, że jest tłuściutka, nie była wychudzona. Przepisał witaminy. Podejrzewał, że może zatruła się czymś, co zjadła i dostała odtrutkę. Koszty tej wizyty pokryła gmina (skądinąd wiemy, że nie była droga - ak).
No i sowa wróciła do Sarnak, do mnie do garażu i tak została, do czwartku 1 lutego. Dostawała witaminy, wodę ze strzykawki, wątróbkę drobiową. A jeszcze pan Płotka z Bawetu dał dla niej kurczaki mrożone, jednodniowe. Na początku nie chciała nic jeść, ale po kilku próbach udało się i brała z pincety kawałki wątroby. Jak zobaczyła, że to dobre, to już sama potrafiła wyrwać z ręki. Kurczaczek leżał nieruszany, ale jak nabrała sił, to i z niego zostały strzępy. Zaczęła się przyzwyczajać do mnie i popiskiwać na mój widok. Puszczałem ją kilka razy, żeby wystartowała, ale nie wychodziło jej. To była młoda, może roczna sówka, wiec już umiała latać. Lekarz powiedział, że też jest tak, że jak sowa w coś uderzy, to może i tydzień nie latać. W każdym razie miałem podopieczną. Po dwóch dniach urządzała już sobie wycieczki po garażu, była też u mnie w domu. Co ciekawe, moje psy, jak ona biegała, omijały ją szerokim łukiem. Chyba czuły drapieżnika. Jak ona zobaczyła pieska, to rozłożyła skrzydła i tak jakby klekotała dziobem. Mnie już znała, to siedziała spokojnie, dawała się pogłaskać. Myślę, że by się oswoiła. W straży (pan Sławek jest druhem OSP Sarnaki - ak) żartowaliśmy, że jak się do nas przyzwyczai, to będzie to taki nasz nowoczesny dron, z noktowizją.
Żeby było ciekawiej to już druga sowa uratowana przez pana Sławka:
- Kiedyś, chyba ze 4 lata temu, wracałem wieczorem z Siedlec i zobaczyłem sowę siedzącą na środku drogi. Zabrałem ją do auta. Było zimno, ciemno. Ktoś by ją rozjechał. Dojechałem do Łosic, a tam stał patrol policji. Zapytałem co z nią robić. Podali mi jakieś namiary, ale że już było późno, postanowiłem, że zadzwonię w dzień. Na trasie Łosice - Sarnaki sowa (a siedziała na podłodze przed przednim fotelem pasażera) w połowie drogi się rozgrzała i przefrunęła na tył. Przyjechałem z nią do Sarnak. Usiadła mi na ręku, na dworze rozejrzała się i poleciała w świat. Może też była potrącona, ogłuszona i po drodze jej oddało.
Albo szukała podwózki do Sarnak...
Wspominając wizytę w Bawecie pan Sławek przypomina sobie, że chciał kupić mysz dla sowy:
- Ale stwierdziłem, że to się skończy tym, że i mysz zostanie ze mną na lata. Nie śmiej się, już tak kiedyś było. To było ze 25 lat temu. Kupiłem mysz dla kota, za złotówkę. I potem stwierdziłem, że mu nie oddam. Chyba ze 2 lata ze mną była. Skończyła żywot naturalnie.

Sowa mieszkała w garażu pana Sławka.
- Ale i pracownicy sarnackiego urzędu dopytywali o sowę, jak jej się wiedzie, czy lata. Obdzwoniliśmy kila miejsc i podpowiedzieli nam, że ZOO w Warszawie może przyjąć sowę. Monika Obrępalska dodzwoniła się do azylu i powiedzieli, żeby ją przywieźć. Tak się złożyło, że wójt z panią sekretarz, Emilią Borysiak, mieli wyjazd służbowy do stolicy i przy okazji zabrali sowę.
Zapytaliśmy Arkadiusza Płotkę z Bawetu o nocnego pacjenta, czy na przykład nie należało sowy pozostawić w środowisku, skoro być może w coś się uderzyła i doszło do ogłuszenia.
- Nie. Czasami one z tego ogłuszenia wychodzą po chwili, a czasami, jak w tym przypadku, pozostają na dłużej i nigdy nie wiadomo, czy z tego w ogóle wyjdą. To częste u sów uszatek i lepiej, by były pod okiem specjalistów. Bardzo dobrze się stało, że trafiła do ZOO. Tam już będą umieli o nią zadbać.
Wójt Grzegorz Arasymowicz przekazał nam, że sowa przechodzi kwarantannę, a po niej pracownicy azylu przekażą mu informacje o jej stanie zdrowia. Miejmy nadzieję, na happy end i że uszatkawróci do "swoich".
ak, fot. Sławomir Świderski
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze