Młodszym Czytelnikom w Siemiatyczach targowica kojarzy się z ulicą Polną. Tam jednak targi odbywają się od stosunkowo niedawna.
Przez całe dziesięciolecia, trudno dziś określić od kiedy, bowiem świadkowie tamtych czasów nie żyją a nie zostawili wspomnień, na pewno od czasów przedwojennych, głównym – jak się wydaje - miejscem targów czwartkowych (które miały odbywać się w ten dzień od czasu nadania Siemiatyczom praw miejskich w XVI w., ale przez dwa stulecia odbywały się w niedzielę; dopiero w XVIII w. właściciele miasta kategorycznie nakazali powrót do targów w czwartek), był rozległy plac wokół ratusza oraz targowica na skraju dawnej dzielnicy żydowskiej położonej w kwadracie między ulicą Drohiczyńską, Kahalną (ks. Ściegiennego), Zaszkolną i Ogrodową. Tam były umiejscowione tzw. jatki, a więc specjalnie do tego przeznaczone drewniane budki, w których sprzedawano mięso z uboju.
W przypadku Żydów, których przed wojną w Siemiatyczach była większość, musiało to być mięso koszerne, a więc certyfikowane przez rabinów jako spełniające wszelkie wymagania religijne. O istnieniu tych jatek świadczy m.in. fakt, że uliczka równoległa do ul. Wesołej przecinająca Kahalną od strony ul. Drohiczyńskiej nazywana była przed wojną Zajatki, a więc uliczka za jatkami.
O czwartkowych targach pisał we wspomnieniach z lat międzywojennych opublikowanych kilka lat temu na naszych łamach Siemiatyczanin, emigrant żydowski Michl Radziński: „Okoliczni rolnicy przyjeżdżali ze wszystkich stron, przywożąc na sprzedaż produkty ze swoich gospodarstw. Za zarobione pieniądze kupowali od Żydów to, co było im potrzebne w domu, ubrania dla rodziny. Przyjeżdżali wozami i przywozili worki ziarna. Czasem nawet ostatnie ziarno, które trzymali na przyszły siew. Mój ojciec nie miał straganu na targu, ale mimo to czuliśmy zmianę również w naszym sklepie. Sklepikarze przychodzili zamówić artykuły ze szkła, rzeczy, o które chłopi się u nich dopytywali (jego ojciec prowadził skład szkła i artykułów szklanych – przyp. MAN). Tego dnia był większy tumult niż w inne. Lubiłem wrzawę, jaką powodował targ. Zwłaszcza latem, kiedy wraz z kolegami z chederu wychodziliśmy na główną drogę na skraju miasteczka, aby oglądać wozy z rolnikami – mężczyznami i kobietami – które wjeżdżały tam od wczesnego ranka z okolicznych wsi. Drogą szły również głośne stada owiec, bydła, kaczek i gęsi. W powietrzu wypełniającym wczesny poranek wyczuwało się zapachy zbóż, które chłopi wieźli w workach, oraz owoców i warzyw".
Targ – oaza wolnego rynku w PRL
Podczas II wojny światowej Siemiatycze zostały bardzo zniszczone, przeżyły dwie okupacje, wywózki, itd. Żydowska większość mieszkańców miasta została zamordowana przez Niemców w obozie zagłady w Treblince. Po wojnie nie były więc już tym samym miastem, tym bardziej, że przyszedł nowy ustrój, w którym szybko się okazało, że czwartkowe targi są jedną nielicznych okazji i miejsc, w których można było swobodniej oddychać. W czwartki miało się wrażenie powrotu do normalności, w której przedsiębiorczość, wolny handel, itp. brały górę nad ówczesną ideologią, że wszystko musi być państwowe. Również dlatego, nie zawsze sobie to uświadamiając, mieszkańcy Siemiatycz i okolic tak lubili czwartki i na nie czekali.
Na czwartkowym targu od świtu można było kupić prawie wszystko, czego nie było w nielicznych i słabo zaopatrzonych albo pustych państwowych sklepach. Gospodynie domowe zaopatrywały dom w żywność na cały tydzień, by wystarczyło do kolejnego czwartku – warzywa, owoce, jajka, sery, masło w gomółkach, śmietana itp. Od pewnego czasu, od kiedy już było można, w „jatkach" rolnicy sprzedawali mięso, tzw. rąbankę. Na targu można było też kupić żywe kury, gęsi, indyki.
Na straganach były też ubrania, buty, gumowce, wszystko prywatnego wyrobu. Nawet płaszcze z ortalionu, kiedy stały się modne. Tylko tam można było znaleźć walonki (w Siemiatyczach mówiono „walanki") na zimę, produkowane chałupniczo, oraz kalosze do walanek robione ze starych opon.
Garncarze z siemiatyckiego Zamościa sprzedawali swoje wyroby - garnki, dzbanki, doniczki, wazony. Sprzedawcy oferowali kredę do bielenia ścian i produkowane przez siebie farby np. do wełny czy tkanin. Pod koniec lat 1960. na targu można było kupić pierwsze chałupniczo wytłaczane pocztówki dźwiękowe z piosenkami Janusza Laskowskiego do odtwarzania na gramofonie. Tylko w ten sposób zdobyła już wtedy sławę „Beata" i „Siedem dziewcząt z Albatrosa". Laskowskiego nie nadawano bowiem w radio.
Ważną częścią targu były sprzęty do gospodarstwa, łopaty, siekiery, żelazne narzędzia, metalowe wiadra, a także wszystko, co było potrzebne dla uprzęży i wozów konnych. Tylko na targu można było kupić miotłę z brzozy, czy drewniane grabie wytwarzane przez wiejskich specjalistów.
Cyganie sprzedawali swoje słynne żelazne patelnie. Czasem oglądali konie gospodarzy – może któryś zechce sprzedać.
Były tez usługi – np. ostrzenie noży, nożyczek. Ktoś zachwalał płyn na wszelkie plamy, polewając biała szmatkę atramentem, która zaraz po użyciu cudownego płynu, z powrotem stawała się biała. A na obrzeżach targowicy każdy chętny mógł przegrać pieniądze w „trzy karty". O ile nie pojawił się gdzieś blisko milicjant.
Dla dzieci targ kojarzył się także ze specyficznymi zabawkami z drewna. „Motyli drewnianych i koników bujanych", nieco topornych, ale oryginalnych, było pełno. Podobnie jak „blaszanych kogucików i baloników na druciku". Cały asortyment tworzyli tzw. wówczas „prywaciarze".
Kto chciał zaopatrzyć się w naturalną wełnę i barwniki do niej, na swetry czy skarpety na zimę, robione w domu na drutach, ten także mógł to kupić tylko na targu.
Dziwny to był targ – nic tam nie było z Chin.
I plac rozrywki...
To o takim targu, w jego przypadku targu na Kresach, pod Wilnem, Janusz Laskowski napisał w latach 1960. piosenkę „Kolorowe jarmarki", którą potem rozsławiła Maryla Rodowicz, również z rodziny repatriantów z Wilna.
Tak było w czwartki. W pozostałe dni plac targowicy służył za miejsce, rozległe jak na Siemiatycze, rozmaitych innych wydarzeń. Nie była zabudowana. Dopiero na przełomie lat 1960/70 na jej skrajach powstały zabudowania, w tym księgarnia.
Tu odbywały się np. imprezy z okazji Dnia Dziecka, szkolne zawody sportowe. Od czasu do czasu zjeżdżały do miasta karuzele, strzelnice i inne atrakcje tzw. „wesołe miasteczka". Jedynym miejscem, gdzie karuzela mogła stanąć w samym mieście była właśnie targowica (cyrk wymagał więcej miejsca, więc – gdy się pojawiał – rozbijał swój namiot np. na Chłusie.
.
Plac targowy był też miejscem codziennych, poza czwartkiem, zabaw, gry w piłkę, dzieci z okolicy. Targowica przy ul. Drohiczyńskiej tętniła więc codziennie życiem i była ważna dla mieszkańców miasta a w czwartki niewątpliwie jego prawdziwym centrum.
MAN / JN
fot: Zdjęcie z targowicy, z zawodów sportowych Szkoły Podstawowej nr 1 z okazji Dnia Dziecka 31 maja 1964 r. Bieg na 60 m., biegną od lewej: Nowicki, Karpiuk, Kudelski, Szeweluk. W tle drewniane "jatki" i zadaszone stragany. Na dalszym planie powstały w owym czasie budynek ośrodka zdrowia. Dzisiaj siedziba ARiMR. (fot Antoni Nowicki)
fot kolorowe - na targowicy w końcu lat 70. - fot Jerzy Nowicki
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze