Reklama

Z Kazachstanu do Tokar - Największe życiowe marzenie

01/01/2010 12:55
"Rodzina Sikorskich będzie mogła bez przeszkód przyjechać do Polski. Już w przyszłym roku powinna zamieszkać w Tokarach w gm. Mielnik" - tak pisaliśmy przed dwoma laty. Ze względów administracyjno - proceduralnych przyjazd musieli przełożyć o rok. Ale najważniejsze - jak mówią, – że udało się wyjechać z dalekiego kraju i osiedlić w ojczyźnie. Od 17 listopada mieszkają w Tokarach. Było to możliwe dzięki staraniom ich córki - Swietłany oraz władz gminy Mielnik.

          Uchwała rady i starania o przyjazd
          W 2007 r. radni gminy Mielnik podjęli uchwałę o zapewnieniu warunków do osiedlenia się polskiej rodziny z Kazachstanu. Trzy osoby, mieszkające do tej pory w miejscowości Krasnodorsk (okręg: Kokczetaw) na północy Kazachstanu, mogły otrzymać wizy wjazdowe i zamieszkać w Polsce. Gmina Mielnik przeznaczyła dla nich pomieszczenia po byłej izbie porodowej w Tokarach. Budynek został gruntownie wyremontowany. Wniosek o zapewnienie warunków oraz sprowadzenie do Polski swojej rodziny złożyła Swietłana Klimaszewska, z domu Sikorska - córka państwa Sikorskich. Od kilku lat pani Swietłana mieszka w Czartajewie. Urodziła się w Kazachstanie i wyjechała stamtąd w r. 1997. Los rzucił ją na nasze tereny. Jej rodzina w 1936 r. znalazła się w Kazachstanie w wyniku przymusowych przesiedleń. Swietłana przyjechała do Polski jako stypendystka polonijna. Później podjęła dwuletnią naukę w studium pielęgniarstwa w Poznaniu. Później wyszła za mąż za Polaka i zamieszkała w Czartajewie. Kilka lat później dostała polskie obywatelstwo.
          Być razem
          Z państwem Sikorskimi spotkaliśmy się w Tokarach, w ubiegłym tygodniu. Byli ze swoją rodziną z Czartajewa - córką, zięciem, wnukami. Życzliwi, szczęśliwi, z przeświadczeniem, że najcięższe doświadczenia są już poza nimi i że rozpoczęli nowe życie w ojczyźnie. Od 17 listopada w Tokarach mieszkają: Władysław (ojciec Swietłany), Frania (mama) i Wiktor (brat).
          - Dlaczego zdecydowaliście się państwo na przyjazd?
          Władysław: - Żeby być razem - z dziećmi i wnukami. Razem dzielić biedę i szczęście. Po drugie - nie ukrywam - trochę podnieść standard życia, bo życie w Kazachstanie jest bardzo ciężkie. Teraz już wiem, jak to jest być razem z najbliższą rodziną. Wreszcie poznałem swoje wnuki. Aż łza się w oku kręci. Decyzję mogliśmy podjąć tylko jedną - jechać bez względu na wszystko. Była taka szansa, więc chcieliśmy ją wykorzystać.
          Frania: - O naszych zamiarach wyjazdu – tam, w Kazachstanie - wiedziało trochę ludzi, ale nie wszyscy byli nam przychylni. Mówili: "po co tam jedziecie?" "Co tam będziecie robić?" "Kto tam na was czeka?" "Ja do córki jadę, do wnuków" – mówiłam. - Tam moja rodzina.
          - Czy były jakieś trudności z przyjazdem?
          Frania: - Wszystko przedłużało się przez sprawy papierkowe. A to brakowało jakiejś pieczątki, dokumentu albo wpis był nie taki. Taka jest administracja Kazachstanu. Musieliśmy wymienić wszystkie dokumenty. To trwało prawie trzy lata.
          - Zadowoleni jesteście z tego, co tu zastaliście?
          Władysław: - Czy zadowoleni?! Jesteśmy bardzo szczęśliwi! Spełniło się nasze największe życiowe marzenie - osiedlić się w Polsce i być razem z wnukami.
          - Czy w Kazachstanie została wasza rodzina?
          Frania: - Zostali dwaj moi bracia i siostra. Oni też już mają wnuki, ale z tą różnicą, że są z nimi na co dzień. Oczywiście, że ciężko było się z nimi rozstać. Jednak postanowiliśmy, że jedziemy do naszej ojczyzny, być razem z wnukami i rozpocząć nowe życie.
          Władysław: - Została też moja mama. Jest w podeszłym wieku. Całe życie spędziła w Kazachstanie, więc trudniej byłoby jej przystosować się w Polsce. Poza tym na początku zostało ustalone, że mogą przyjeżdżać trzy osoby.
          - A co zostało oprócz rodziny?
          Władysław: - Dom. A jak to w domu - parę rzeczy. Tym teraz opiekuje się mama.
          - Co wzięliście ze sobą?
          Władysław: - Przede wszystkim ubranie. Każdy z nas mógł zabrać walizkę o wadze do 36 kilo.
          Frania: - Mąż wziął też łyżkę, widelec, nawet szklankę. Wykorzystywaliśmy to podczas podróży.
          - Ile czasu trwała podróż?
          Wiktor: - Przyjechaliśmy piątego dnia podróży. Jechaliśmy pociągiem relacji Kokczetaw - Brześć.
          Frania: - W Brześciu wzięliśmy taksówkę. Granicę przekraczaliśmy w Terespolu. Bogu dziękowałam, że na granicy długo nas nie trzymali. Byliśmy z córką w kontakcie telefonicznym. Na granicy czekała na nas z mężem. Nie widzieliśmy się tyle czasu. To było jeszcze w nocy. Był też sekretarz gminy Mielnik - pan Wysocki. Osobiście przyjechał nas odebrać z granicy. Nie spodziewaliśmy się tego. To dobry człowiek. Dziękujemy. Przyjechaliśmy w nocy, przed trzecią. Jak dojechaliśmy do Tokar, zaskoczył nas ładny dom przeznaczony dla nas. Długo rozmawialiśmy. Przespaliśmy się ze dwie godziny i znowu rozmawialiśmy - cały dzień.
          - Jakie są różnice między Polską a Kazachstanem?
          Frania: - Niebo a ziemia.. Tego nie da się porównać. Tam nie każdemu uda się utrzymać z pracy. Bardzo różni się klimat - latem występują tam ponad 40-stopniowe upały, a zimą 40-stopniowe mrozy. Jak wyjeżdżaliśmy, to było już minus 20 stopni.
          Władysław: - Mimo, że ja i syn pracowaliśmy, to utrzymywaliśmy się z gospodarstwa. Pieniędzy z pracy ostatnio nie było. Nie płacili, bo nie mieli czym.
          - Gdzie pracowaliście?
          - W kołchozie. Ja byłem dźwigowym, syn traktorzystą.
          - Co was najbardziej zaskoczyło po przyjeździe?
          - Tutaj jest ładnie, powiedziałbym pięknie. Zadziwia mnie przyroda. Mimo, że już zima, jest jeszcze sporo zieleni. W Kazachstanie większość terenów to stepy i mało roślinności. No i drogi. Macie po czym jeździć. Drogi są bardzo dobre.
          - Naszym zdaniem zbyt dziurawe.
          - Dziurawe? U nas to wcale takich dróg nie ma, jak tutaj. Tam, gdzie mieszkaliśmy, to same wyboje i hopki. Latem pięć razy samochód robiłem.
          - Ktoś z was był już wcześniej w Polsce?
          - Byłem w Krakowie w 1996 roku, nazwijmy to - turystycznie. Syn był na koloniach w Łowiczu.
          - Pracujecie?
          - Tak. Jest praca. Pracujemy w Adamowie przy budowie zbiorników. Nie jest lekko, ale cieszymy się, że mamy pracę. Będzie z czego żyć.
          - A czy w Kazachstanie zostało dużo Polaków?
          - Dużo. Takich jak my - potomków przesiedlonych Polaków jest pewnie kilka tysięcy.
          - Skąd pochodzi pana rodzina?
          - Moja babcia została wywieziona z obecnej Ukrainy, spod Kamieńca Podolskiego. Tam kiedyś była Polska. To było w 1936 roku. Ja urodziłem się w Kazachstanie, w 1957 r.

          Święta podobnie jak w Polsce
          - Jak obchodziliście Boże Narodzenie?
          Frania: - Podobnie jak tutaj. Mieliśmy tam kapliczkę w naszym mieście, a w pobliskim Oziornoje kościół i siostry zakonne. Jest tam pasterka o północy. Jest wigilia, opłatek z Polski od sióstr i księdza. Ubieraliśmy choinkę. Na niej wieszaliśmy bombki, cukierki, jabłka.
          Władysław: - Zbieraliśmy się u rodziny. To była rodzina ze strony mojej i żony. Zazwyczaj u mojej mamy. Razem było ze 30 osób.
          - Potrawy?
          - Jest ryba. Bywało, że był i karp. Zawsze była kutia. Były pierogi, śledzie, barszcz.
          - A Święty Mikołaj i prezenty?
          - Tego tam nie ma. Tylko pierwszego stycznia dzieci chodzą po domach z kieszeniami wypchanymi pszenicą. Składają życzenia i życzą dobrobytu dla domowników. Za to ludzie dają im coś drobnego - kto co może.

          Nie ma do czego wracać
          - Nieźle mówicie po polsku. Czyja to zasługa?
          - Babci i mamy. Nie znamy wszystkich słów, ale potrafimy się dogadać. Nie wyrzekliśmy się polskości i języka.
          - Plany?
          - Żyć i żeby zdrowie dopisywało. Cieszyć się życiem. Zarabiać i utrzymywać rodzinę. Syna ożenić.
          - Czy rodzina Sikorskich zapoznała się z nowymi sąsiadami?
          Władysław: - Tak. Są mili i życzliwi. Kilku już było u nas. Przyszli, pogadali, popytali skąd jesteśmy itd. Najczęściej to chyba był Jan Wichowski. Zaprosił też nas do siebie, pokazał gospodarstwo, opowiedział o rodzinie i Tokarach. Byli też pogranicznicy z Mielnika. Zaprosiliśmy ich do domu, daliśmy herbaty. Nie jesteśmy uciekinierami i nie będziemy nikomu stwarzać problemów.

          Cezary Klimaszewski, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK


          Podziękowanie
          Radzie, Sekretarzowi i Wójtowi Gminy Mielnik, za wszelką pomoc i wsparcie w sprawie naszego przyjazdu do Polski, serdecznie dziękujemy. Jesteśmy szczęśliwi, że dzięki państwa decyzjom możemy mieszkać w Ojczyźnie.

          Władysław, Wiktor i Frania Sikorscy
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama