17 listopada 2009 r. rodzina Sikorskich zrealizowała największe marzenie swego życia. Przyjechali do Polski dzięki staraniom ich córki i poprzednich władz gminy Mielnik. To Polacy mieszkający od urodzenia w Kazachstanie. Niedawno minął rok od ich przyjazdu. Czy jest tak, jak wyobrażali sobie Polskę?
W 2007 r. radni gminy Mielnik przegłosowali uchwałę dotyczącą zapewnienia warunków do osiedlenia się tej rodziny. Oznaczało to, że 3 osoby mieszkające w Krasnodorsku na północy Kazachstanu mogły otrzymać wizy wjazdowe. Gmina Mielnik przeznaczyła dla nich budynek w Tokarach, który został gruntownie wyremontowany. Przyjechali, byli zachwyceni Polską, ludźmi, otoczeniem. I nadal są, chociaż jest jeden szkopuł.
- Nie ma pracy. Myśleliśmy, że będziemy pracować, by zarobić na życie. Że utrzymamy siebie i nie będziemy prosić o zasiłki. I że będzie nam się żyło lepiej. Że szybciej dorobimy się czegoś, bo Polska dla ludzi mieszkających w Kazachstanie, nie tylko Polaków, to daleki Zachód. Nieosiągalny, niemożliwy do zdobycia. Szkoda, że tak wyszło z pracą, ale nadal mamy nadzieję, że jakaś praca wkrótce się trafi - mówi Władysław Sikorski.
Władysław z synem Wiktorem, zaraz jak przyjechali do Polski i nieco zagospodarowali się w Tokarach, zaczęli pracować. W Adamowie przy budowie nowych zbiorników. Praca była ciężka.
- Pracowaliśmy, pracowaliśmy, aż w końcu praca dla nas się skończyła. Było bardzo ciężko. Syn pracował nawet w niedziele. Ja nie dałem rady. Musiałem odpocząć - wspomina pan Władysław.
Praca nie trwała długo. Jak mówią - kokosów się nie dorobili. Ale coś dało się zarobić i jakoś żyli. Tak minęły ich pierwsze trzy miesiące pobytu w Polsce. Z pracy w Adamowie wyciągali z synem ponad tysiąc zł. Potem był jakiś okres bez pracy i los znowu się do nich uśmiechnął. Latem ubiegłego roku zaczepili się przy układaniu kostki.
- Poznaliśmy z synem nowy fach. Kto wie, może jeszcze się przyda w życiu. Sporo tej kostki się nanosiliśmy i coś tam zarobiliśmy. Było co do garnka włożyć - mówi pan Władysław.
Między jedną a drugą pracą pobierali zasiłek z urzędu pracy. Okres pobierania zasiłku szybko się jednak skończył.
- Od jesieni nie pracujemy. Nie ma pracy - mówi Sikorski.
Teraz pomaga im Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej w Mielniku. Przyznano im zasiłek okresowy. Gdyby nie to, byłoby bardzo krucho.
- Jesteśmy wdzięczni za tę pomoc. Kolejną pomoc - dodaje pani Sikorska.
Co dalej?
- Może nie będzie tak źle. Oby było co do garnka włożyć. Mamy dach nad głową. Córka i wnuki są blisko. Często się widujemy. Wiosna idzie, to może i jakaś praca się znajdzie. Syn na razie pracuje dorywczo w lesie. Parę groszy więc zarobi. Tylko ta praca też wiecznie nie będzie trwała - mówi pan Władysław.
Ich jedno z największych marzeń to stała praca. Taka za godziwe pieniądze i ze wszystkimi świadczeniami.
- W Kazachstanie pracowałem 37 lat. Przez większość tego czasu byłem operatorem dźwigu. Mam prawo jazdy na wszystko poza autobusami. Chętnie pracowałbym jako kierowca ciężarówki. Lubię jeździć dużymi samochodami. Mógłbym na przykład żwir wozić. I to w dużej okolicy, bo poznałem już spory teren wokół Siemiatycz. O proszę (pokazuje - przyp. red.) mam prawo jazdy w kilku kategoriach - mówi pan Władysław.
Nasz rozmówca dodaje, że zna się też na mechanizacji. W Kazachstanie to nie tylko samochody naprawiał, ale i inne maszyny.
Drugie marzenie to pozostać tutaj. Żeby los się nie odmienił i nie trzeba było wracać. Zmarła już mama pana Władysława, która została w Kazachstanie. Jak odjeżdżał, żyła. Chcą mieszkać tutaj, być blisko rodziny, patrzeć jak dorastają wnuki.
Tego życzą im też nowi sąsiedzi. Mieszkańcy Tokar, jak podkreślają Sikorscy, nadal są bardzo życzliwi. Dopiero teraz szczerze wyznają, że nie spodziewali się aż takiego miłego przyjęcia. Jak jechali do Polski, to po głowach chodziły im myśli, że przecież ludzie mogą ich traktować jak intruzów, którzy burzą trwający od dłuższego czasu porządek. Ale jechali, bo czuli się Polakami i po cichu liczyli, że Polak Polaka zrozumie.
Prawie co niedziela chodzą do kościoła w Tokarach. Ludzie miło na nich patrzą. Zaakceptowali rodzinę. Traktują jak swoich. Za to Sikorscy są im wdzięczni. Chyba szczególnie sołtysowi Zalewskiemu, który najczęściej do nich zagląda.
Nie chcą narzekać. Zdają sobie sprawę z tego, że najlepiej pokorą spłacać dług wdzięczności, czyli możliwość przyjazdu do Polski i zamieszkania tutaj. Sikorscy wspominają o niedawnym pożarze w ich domu. Wewnątrz pojawił się dym, bo przewód kominowy był dziurawy. Pomogli strażacy. Jednak to pomoc tymczasowa. Sytuacja może się powtórzyć. Pan Władysław mówi, że rozwiązaniem jest wstawieniu grubszej rury w komin, by nią wydostawał się dym. Ale sami nie mogą tego zrobić, bo budynkiem administruje gmina. No i na piętrze grzejnik nie grzeje. Ale to już drobniejsza sprawa.
Pan Władysław mówi:
- Przyjechaliśmy, żeby być razem - z dziećmi i wnukami. Razem dzielić biedę i szczęście. Być ze sobą, kiedy będzie smutek i radość. Po drugie - nie ukrywam - trochę podnieść standard życia, bo życie w Kazachstanie jest bardzo ciężkie. Tego wyjazdu chcieliśmy i to udało się osiągnąć. Teraz już wiem, jak to jest być razem z najbliższą rodziną. Wreszcie poznałem swoje wnuki. Aż łza się w oku kręci. Decyzję mogliśmy podjąć tylko jedną - jechać bez względu na wszystko. Była taka szansa, więc chcieliśmy ją wykorzystać.
A Wracając do pracy, w uchwale rady gminy z 2007 r. jest zapis, że dwóm osobom gmina zapewni zatrudnienie.
Cezary Klimaszewski, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze