Reklama

Sypiu drobne hroszy, żeby buły wam deti haroszy - Nurzec Stacja

06/02/2009 18:01
W trakcie rozmowy z członkiniami zespołu „Niezabudki” dowiedzieliśmy się przy okazji o wielu starych obyczajach, o których dziś młode pokolenie nawet nie słyszało. Większości tych obyczajów i tradycji nie podtrzymuje się współcześnie, dlatego warto je przypomnieć choćby w taki sposób.
          Ponieważ rozmowa miała miejsce w prawosławny Nowy Rok, dlatego panie z chęcią opowiadały o tym, jak wyglądał dawniej sylwester i pierwszy dzień nowego roku.
          „Cygany”
          Sylwestrowym zwyczajem bylo tzw. „chodzenie w Cygany”. Była to grupa ludzi, najczęściej młodych, przebranych za Cyganów. Chodzili do każdego domu i prosili o coś do jedzenia, o jakieś pieniądze. Raczej każdy starał się przyjąć ich do domu. Rozmawiali z domownikami, składali życzenia, ale przy okazji jakoś niepostrzeżenie starali się zaglądać po kątach, by znaleźć sobie coś, co mogliby wziąć. Zwyczajem było, że nie wystarczyło im tylko to, co dawali gospodarze. Przy okazji takiej wizyty musieli niepostrzeżenie dla gospodarzy upatrzyć sobie coś i zabrać. Sztuką było zrobić to tak, by nikt się nie zorientował. Nie zawsze to jednak wychodziło.
          Pani Olga Fiłoc tak wspomina swój udział w „cyganach”:
          - Przed świętami każdy gospodarz koniecznie zabijał prosiaka, ale nie wszystkie wyroby robiło się od razu na święta. Tradycyjnie na sylwestra piekło się kaszankę. Zebrała się wtedy grupa nas młodych, poprzebieraliśmy się i poszliśmy „w cygany”. Wstąpiliśmy do jednej koleżanki i wiedzieliśmy, że u niej ta kaszanka właśnie jest w piecu, jeszcze ciepła. Oczywiście śpiewaliśmy, zagadywaliśmy. Ja dopadłam do tego pieca, chwyciłam za blachy i zaczęłam ukradkiem wyciągać tę kaszankę. Ojciec koleżanki zobaczył, wyleciał za mną z kociubą. A ja uciekając, wymalowana w sadzy, nie wiedziałam, że tam balia z wodą stoi i wylądowałam do góry nogami w tej balii na dworze. Ale kaszankę udało nam się wtedy wyciągnąć.
          Obowiązkowo w sylwestra żartownisie malowali okna.
          - Pół biedy, kiedy zrobili to popiołem, ale jak pomalowali farbą olejną, to potem pół dnia trzeba było żyletką skrobać. I tradycyjnie już w sylwestra należało pilnować bramki, bo potem bywało tak, że i kilka dni trzeba było jej szukać – wspomina pani Halina Pytel.
          Słomiana ścieżka
          Noc sylwestrowa była też dobrą okazją do tego, by na światło dzienne wyszła skrzętnie dotąd skrywana tajemnica, np. który kawaler do jakiej chodził panny. Jeśli wywęszono gdzieś, że któryś chłopiec chodzi do dziewczyny, to trzeba było pokazać to wiejskiej społeczności. W noc sylwestrową ścielono słomą ścieżkę od domu dziewczyny do domu chłopaka. W ten sposób w Nowy Rok rano było wiadomo, kto do kogo smali cholewki.
          Później wesele
          Od zalotów bardzo blisko do kolejnego obszernego tematu – tradycji i zwyczajów weselnych. Pani Nadzieja Karczewska pamięta wiele szczegółów z dawnego wesela. Fragment jej wypowiedzi na ten temat prezentujemy w języku lokalnej gwary: - Chotiłaby iszcze w swojomu życiowy pokazaty dla wsich, jak w nas odbywalo sio wesile, jak pekły korowaja, jak jeho delili, jakije pryspiewki my spiwali. Starali sie my tije pryspiewki zaspiewaty na podobje toho szczo podchodyw, jeżeli mołodyj, to jakujoś ciekawszu, jeżeli staryjś, to innu. W swojom życiowy była mnoho razy na wesilach. Była też i na takych wesilach, gde ne było korowaja. Jednak nasza strona, skol ja pochodżu, np. Rohaczi, Mikuliczy, Medweżyki tam byw korowaj. Swoje wesile najbardziej zapamiatała dlatoho, że na mojom wesilowy nawet po ślubowy, jak wże poczestowali sia i pryszło korowaja deliti, to pryjechaw chłopeć, kotoryj mene znaw i postraw sia pryjechaty do mojej chaty na koniowy. Schyliwsia, żeby za dwery ne zaczepyty sie. Ludi ne znali szczo z soboju majut robyty, bo bojali sie żeby ten koń komuś jakijś krywdy ne zrobyw. Zostało się ludom to wielik na pamieć, na dołszy czas. Ten chłopeć życzenia my horosze złożyw. Schyliw sia na buk, wyjmał hroszy z kiszeni i takije drobnymi pryhotowiany, z wysoka ich sypał i skazał „sypiu drobne hroszy, żeby buły wam deti horoszy”.
          Obowiązkowo z korowajem
          Bywało, że dawne wesele trwało nawet tydzień. Dzień przed weselem, zarówno u młodego, jak i u młodej pieczono korowaja. U młodego już w sobotę grał muzykant. W niedzielę rano zjeżdżali się goście, wspólnie zasiadali do śniadania. Po krótkim ucztowaniu odbywało się błogosławieństwo rodziców, po czym pan młody wyjeżdżał do młodej z „wiankiem”. U młodej przyszłego męża jeszcze wystawiano na próby, by wydłużyć czas oczekiwania na żonę. Przebierano inną kobietę za pannę młodą, często dużo starszą, i wyprowadzano ją do pana młodego z pytaniem, czy to ta.
          Marszałek rajko
          Po ślubie wracano do domu panny młodej, gdzie odbywał się obiad. Następnie goście weselni udawali się na zabawę. Ponieważ mówimy o czasach, kiedy świetlice jeszcze nie były zbyt popularne, weselna zabawa odbywała się w domu jakiegoś sąsiada, który miał większe pomieszczenia. Po zabawie goście wracali do domu panny młodej, tutaj już dom sprzątnięty był po ucztowaniu. Na środku izby zostawiano tylko jeden stół, na którym starszy drużbant stawiał korowaj. Wnosił go do izby tanecznym krokiem, w rzeszocie trzymanym nad głową, przy akompaniamecie muzykantów. Dzieleniem korowaja zajmował się tzw. marszałek. Był to wcześniej wyznaczony do tej roli starszy mężczyzna. Najczęściej marszałkiem zostawał chrzestny ojciec albo rajko, czyli ten, który polecił pannie kawalera na męża. Przed przystąpieniem do dzielenia korowaja marszałek mył ręce, wycierał je białym ręcznikiem, którym następnie się przepasywał. Dzielił korowaja, goście podchodzili, składali młodym życzenia, kładli pieniądze i otrzymywali kawałek tegoż wypieku. Żaden z gości nie mógł przywitać się z młodymi, jeśli na dłoni nie miał białej chusteczki (w nią też zawijał otrzymany kawałek korowaja). Wówczas każdego gościa, już z korowajem, druhny brały do kółeczka i śpiewały mu przyśpiewkę, która zawsze była dopasowana do jego wyglądu. Jeśli był ładny, dotyczyła jego urody, jeśli miał jakąś widoczną wadę, ona stawała się tematem przyśpiewki. Np. mężczyźnie łysemu śpiewano: „dlaczoho ty łysy, bez wołosów stałsia”. Po obrzędzie życzeń i dzielenia korowaja goście wracali do zabawy. Nad ranem zabierano młodą do domu młodego. W poniedziałek wieczorem do młodego przyjeżdżała rodzina młodej – było to tzw. predanije. Przywożono wówczas posag mężatki, kuferek, pościel, pierzyny. Czasami panna młoda w posagu otrzymywała np. kury.
          W domu pana młodego znowu był posiłek, potem także wynoszenie sprzętów, obrzęd dzielenia korowaja i znów zabawa.
          - Za te korowajne pieniądze, wiem to z własnego doświadczenia, jak się kupiło coś żywego, to nie było szans, żeby to chorowało czy się nie wiodło. Ja kupiłam z mężem świnkę, która była jak tresowana - wspomina swoje wesele sprzed 50 lat pani Karczewska.
          Stójka
          Istotnym zwyczajem dawnego wesela była tzw. „stójka”, czyli nie zaproszeni wcześniej goście, którzy pojawiali się zarówno przed wyjazdem młodych do ślubu, jak i po powrocie.
          - Wynosiło im się na zewnątrz jedzenie, picie, alkohol. Zjedli, wypili, złożyli życzenia, a nieraz było i tak, że stójka normalnie bawiła się razem z gośćmi. Drzwi do domu zawsze były otwarte i nikt nie miał nikomu za złe, że przyszli nieproszeni goście – mówi pani Nadzieja.
          To tylko niektóre obyczaje i tradycje przypomniane przez „Niezabudki”. Wszystkiego starczyłoby na całą książkę. Tekst pisany nie pokaże niestety uroku gwarowych pieśni, śpiewanych podczas wesela. Fragmenty tych utworów zarejestrowaliśmy i wszystkich, którzy chcieliby je usłyszeć zapraszamy do naszego muzycznego kanału www.youtube.com/sovnakuno.

          Ewa Magdalena Iwaniak, Tygodnik Głos Siemiatycz
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama