Reklama

Skrzypce za pasanie koni - Jerzy Jarocki

20/08/2008 15:07

Kontynuując cykl artykułów o podlaskich muzykantach, dziś prezentujemy postać Jerzego Jarockiego, 86-letniego skrzypka z Siemiatycz.

          Przed wojną w nadbużańskiej wsi Turna Duża było trzech skrzypków.
Brat naszego rozmówcy, nieżyjący już Piotr Jarocki, będąc młodym chłopcem, pasł konie u niejakiego Piotra Łuczka. Ten podarował mu za to skrzypce, jeszcze po swoim ojcu. Piotr uczył się sam grać, a jego poczynania uważnie śledził młodszy o 5 lat brat, nasz rozmówca, dziś 86-letni Jerzy Jarocki. Obaj bracia uczyli się grać na skrzypcach, obserwując i słuchając muzykantów na weselach i wiejskich zabawach.
          W taki sposób z czasem w Turnie przybyło jeszcze dwóch muzykantów. Chłopcy jednak dorastali i trzeba było pomyśleć o drugim instrumencie.
          Akordeon za prosiaka
          Muzyczne pasje w tamtym czasie miało wielu chłopców z sąsiadujących ze sobą wsi. Znali się, spotykali w swoich domach. Koledzy byli z drugiej strony Bugu, z Klimczyc, z Bindugi, z Kózek. Kiedy więc młodym Jarockim nadarzyła się okazja zdobycia kolejnego, własnego instrumentu, nie mogli z niej nie skorzystać.
          - Dogadaliśmy się z takim jednym Tomaszukiem z Klimczyc, że on przyniesie akordeon, a my jemu za to damy pół prosiaka. O tej wymianie nie mógł nikt wiedzieć, bo gdyby się Niemcy dowiedzieli, źle by się to skończyło. Pamiętam, że smaliliśmy tego wieprzaka głęboko w lesie, by nikt nie widział. Potem z tą połówką na plecach poszliśmy w umówione miejsce nad Bugiem.
          W taki sposób w ręce braci Jarockich trafił akordeon włoskiej firmy Fontanella, 80-basowy. Od tego momentu bracia wspólnie uczą się grać, Piotr na skrzypcach, Jerzy na akordeonie. Są tym zajęciem tak zaabsorbowani, że nawet jeśli tylko któremuś w nocy coś się przypomni, wstaje i zaczyna grać. Bywają na weselach, zabawach, zawsze stoją bardzo blisko grajków i podpatrując, uczą się.
          - Wtedy zazwyczaj jedna osoba grywała, czasem zdarzyły się dwie. Bywały takie wesela, że odgrywało je dwóch skrzypków - jeden grał melodię, drugi sekundował. Tak się pouczyliśmy z miesiąc i poszliśmy grać na wesele w Turnie Małej.
          Niemcom „Rosamundę”
          Pewnego razu wieczorem bracia Jaroccy grali w swoim domu, ćwicząc i jednocześnie uprzyjemniając sobie czas. Mimo trudnych warunków, chłopcy potrafili się cieszyć, a przyjemniej było tym bardziej, że grajków zawsze lubiły dziewczęta. Tym razem również ich grze przysłuchiwały się dwie koleżanki zza Buga.
          - Ja grałem na akordeonie, brat na skrzypcach. Stojąc, spojrzałem w okno i zauważyłem hełmy. Od razu przeszły mnie dreszcze, ale nic nie mówię tylko gram dalej. Za chwilę rozległo się pukanie do drzwi, wchodzą dwaj Niemcy i tłumacz. My powstawaliśmy, a oni do nas „spielen, spielen”, tzn. grać, grać.
          Historia nie skończyła się tak groźnie, jak się zapowiadało. Niemcy kazali przyjechać grajkom następnego dnia rano do żandarmerii w Siemiatyczach. Okazało się, że były wtedy urodziny jednego z żołnierzy, a jego koledzy chcieli zrobić mu niespodziankę.
          - Weszliśmy, zaczęły się gratulacje i życzenia, a nam kazali grać. Znaliśmy kilka niemieckich utworów. Niemcy byli tak zadowoleni, że przynieśli flaszeczkę i czekoladki. Kiedy zapytali nas, ile to będzie kosztowało, nic nie chcieliśmy brać. Położyli nam 30 marek, a to była równowartość pół metra żyta.
          A Sowietom kozaka
          Kiedy na tereny nadbużańskie wkroczyli żołnierze rosyjscy, również i oni szybko polubili towarzystwo muzykantów. Na podwórku Jarockich rosły trzy potężne lipy. Często pod nimi przesiadywali Sowieci, odpoczywając po pracy przy budowie bunkrów.
- Siadywali tam z harmoszką, grywali i tańczyli kozaczka. Brat się z nimi zapoznał, często przychodzili. Mnie namówili żebym przyjechał do Siemiatycz pograć - tu gdzie są delikatesy, kiedyś była restauracja.
Początkowo bracia grają we dwóch. Później starszy Piotr grywał z harmonistą Andrzejem Mudlem z Boratyńca. Jeszcze później na krótko do braci Jarockich dołączył Jan Mudel z Turny. Jak wspomina pan Jerzy, pieniądze były całkiem niezłe z takiego grania - mniej więcej równowartość metra żyta. Czasem więcej, czasem mniej, w zależności od tego, ilu grało i jakie było wesele.
          Dawne wesele
          A wesele najczęściej bywało dwudniowe. Pierwsze śniadanie było u młodej. Jeśli panna młoda mieszkała gdzieś daleko, jechało się do niej wozami lub saniami. Zimą takiej jeździe towarzyszył najczęściej dźwięk specjalnych dzwonków, tzw. szelestunów, latem zaś śpiew gości. Zdarzało się tak, jak mówi pan Jerzy, że młodzi jechali do ślubu oddzielnymi wozami. Jedno z takich wesel nasz rozmówca pamięta dokładnie. W wozie panny młodej pękła drabinka i przyszła żona spadła z wozu. Wśród przyglądających się weselnemu orszakowi kobiet, tu i ówdzie słyszało się przepowiednię, że taki upadek niedobrze wróży młodym, że małżeństwo nie będzie udane. – I tak było – twierdzi Jarocki.
          Istotnym elementem weselnej zabawy były przyśpiewki za stołami, śpiewane przez gości weselnych, najczęściej młodzież. Przyśpiewki weselne miały formę swoistych potyczek damsko-męskich, chłopcy śpiewali na dziewczęta, one zaś tym samym odwdzięczały się im. Od młodej goście weselni szli do druhny, tym razem ona musiała wszystkich przyjąć. Potem jeszcze udawano się do młodego.
          Po latach powrót do skrzypiec
          Choć pierwszym instrumentem pana Jarockiego był akordeon, to dziś wszyscy kojarzymy go ze skrzypcami. W roku 1970, po śmierci matki, muzykant rozstaje się z graniem. Wraca do niego po 20 latach, będąc już na emeryturze, ale tym razem bliższe stają się skrzypce. Pierwsze skrzypce, z którymi miał styczność to te, które dostał jego brat za pasanie koni. Piotr Jarocki już po wojnie miał wiele skrzypiec, czasem zdobytych gdzieś zupełnie przypadkiem. Ponieważ jednak potrzebne były pieniądze, zmuszony był sprzedać instrumenty, czego później nieraz żałował. Wśród muzykantów, z którymi grywał już po wojnie Jarocki wymienia Edka Kociołkowskiego, Krzewickiego, Olka Ryszczuka.
          I znowu pojawia się Piesiak
          Jak podkreśla pan Jerzy, zarówno on, jak i jego brat sami uczyli się gry na instrumencie, nigdy nie mieli nauczyciela. Ale Jarocki jest drugim, znanym nam muzykantem, który spotkał się w latach swojej młodości z niejakim Piesiakiem (wspominał nam o nim również Feliks Zaremba, o którym pisaliśmy wcześniej). Był to wędrowny muzyk, można by rzec włóczęga, który wędrował od wsi do wsi. Uczył grać, stroił instrumenty i z tego, co dodaje Jarocki wynika, że był dość oryginalnym, jak na tamte czasy, człowiekiem.
          - Piesiak miał kolczyk w uchu i szerokie na 36 centymetrów spodnie. Pamiętam go z jednego z wesel, kiedy towarzyszyłem swojemu bratu. Piesiak pytał: „kto chce coś zamówić, to ja zagram”. I rzeczywiście grał każdą, nawet najbardziej wyszukaną w tamtych czasach melodię.
          Coraz bardziej zaczyna być intrygującym ów Piesiak. Przy okazji, jeśli ktoś z naszych starszych wiekiem Czytelników bezpośrednio lub pośrednio zetknął się z tym nazwiskiem i mógłby nam coś o tym człowieku jeszcze opowiedzieć, prosimy o kontakt.
          Muzykant do końca
          Jerzy Jarocki, jako muzykant, przeżył wiele. Grał Niemcom, grał Rosjanom, a po latach gra także nam, współczesnym. Już kilka razy mieliśmy okazję posłuchać dźwięku jego skrzypiec na ulicy przy naszej redakcji, w ramach „Muzyki na ulicy”. Życząc zdrowia, czekamy na następne występy.

          Ewa Magdalena Iwaniak, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. JSW

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 05/09/2024 19:09
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama