„Zastanawiam się, co zrobić, żeby raz na zawsze rozwiązać problem psów biegających bez uwięzi po naszym mieście i okolicach. Niestety, łatwiej chyba rozpętać kolejną wojnę światową niż skuteczną batalię w tej sprawie...”. Tak rozpoczęła swój list jedna z naszych czytelniczek.
Kilka dni temu do naszej redakcji trafił dość dramatyczny opis sytuacji, która zdaniem mieszkanki osiedla Tarasy, ma tam miejsce. Rzecz dotyczy bezpańskich lub błąkających się psów.
„Osiedle Tarasy, jak wiadomo, pięknie położone nad dziką łąką i malowniczą Kamionką, jak magnes przyciąga ludzi, którzy nie muszą mieć na czole wypisane "wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem...", bo z daleka widać, w jakim celu tutaj przychodzą. Tarasy są także przystanią i ostoją psów porzuconych, wyrzuconych, zgubionych, nieupilnowanych, dzikich, pańskich i bezpańskich. Nie są ludożerne, często potrzebują ludzkiej pomocy, ale też walczą między sobą i nie wiadomo, który kogo ugryzie. (…) A my, mieszkańcy tego osiedla, czujemy się zagrożeni. Nie możemy wychodzić na spacer ze swoimi psami. Nieraz czujemy się jak w schronisku! Dzwonimy z prośbą o pomoc do różnych instancji, ale bezskutecznie. Nikogo to zbytnio nie interesuje. A jeśli nawet zdarzy się pozytywna reakcja, a nawet próba pomocy, to tylko na chwilę” – relacjonuje kobieta.
Zgodnie z przepisami zawartymi w ustawie o ochronie zwierząt, opiekę bezdomnemu lub błąkającemu się psu powinien zapewnić urząd gminy. Zatem z pytaniem dotyczącym sytuacji bezdomnych psów na osiedlu Tarasy, a także w całym mieście, zwróciliśmy się do Małgorzaty Suchoty, która w Urzędzie Miasta zajmuje się sprawami ochrony środowiska i przyrody.
- W przypadku osiedla Tarasy w tym miesiącu nie miałyśmy raczej zgłoszeń. Zdarzyły się może pod koniec czerwca i na początku lipca. Był tam błąkający się pies, który ugryzł dziecko, ale pies miał obrożę i po wystawieniu klatki już się nie pojawił. Pewnie ktoś przestrzegł jego właściciela o tym, że klatka jest rozstawiona. Pies nigdy więcej się tam nie pojawił i nie udało nam się go złapać. Natomiast szczególnie przy rzeczce pojawia się problem, że błąkają się psy, ale nie są to psy do złapania. Nawet jeśli w końcu uda nam się po rozstawieniu klatki jakiegoś złapać, to zanim panowie dojadą, psy są wypuszczane. Klatka nie ma monitoringu, nikt jej nie pilnuje. Może to są czyjeś psy, bo tam raczej bezpańskich nie ma, a te, które są, na bieżąco wyłapujemy. Na terenie miasta mamy jedną żywołapkę. W poprzednim roku w przytulisku było ponad 50 psów, a w ciągu roku średnio jest poniżej 10 psów w obiegu cyklicznym, czyli po zaczipowaniu i sterylizacji, oddawanych do adopcji. Reagujemy na każdy telefon – powiedziała Małgorzata Suchota.
O pogryzieniu wspomniała nie tylko urzędniczka, ale też autorka przytaczanego listu. Skontaktowaliśmy się zatem z poszkodowaną, mieszkanką osiedla Tarasy.
- To było mniej więcej 2 miesiące temu, do tej pory mam bliznę. Byłam na spacerze ze swoim psem. Ten, który mnie ugryzł, przybiegł do mnie i zaczął szczekać. Wzięłam swojego małego psa na ręce i zaczęłam iść w stronę mojego bloku. Tamten zaczął na mnie skakać, a potem ugryzł w nogę. Chyba na niego nakrzyczałam i uciekł. Nie pojechałam do szpitala, bo strasznie boję się igieł – opowiada nastolatka.
Kolejną zaniepokojoną mieszkanką osiedla jest Halina Kasjaniuk, której zdaniem stosowanie żywołapek nie jest skuteczną metodą odławiania zwierząt. Sama miała kiedyś psa przygarniętego ze schroniska, obecnie nie może sobie na to pozwolić. Twierdzi, że na osiedlu błąka się dużo psów, ale ile właściwie jest to „dużo”? Okazuje się, że cztery.
- Jeden jest taki natrętny. Ludzie wyprowadzają też swoje psy i trudno się połapać, który pies jest bezdomny, a który nie. Niektóre dają się łapać, ale jeśli złapię takiego psa, to co mam z nim potem zrobić? Raz znalazłam psa, odprowadziłam do Płotki, to jeszcze dostałam od niego ochrzan. Innego odprowadziłam do właścicieli, bo miał adres na obroży. Przychodzą tu cztery psy, wiem, bo wystawiam im wodę, czasem dokarmiam. Jeśli już żywołapka jest wystawiona, nie każdy pies chce w nią wejść, niektóre są mądre. Jest taki jeden rudy, którego kiedyś złapali, odwieźli do schroniska, a za godzinę biegał tu z powrotem, bo uciekł. Od kiedy one tu są? Od zawsze, jeden przychodzi, drugi odchodzi i idzie na inne osiedle – opowiada Halina Kasjaniuk.
Równie krytyczna, co do ilości bezpańskich, porzuconych zwierząt jest wolontariuszka Stowarzyszenia Miłośników Zwierząt "Psiemiatycze”, Grażyna Konczerewicz. Zwraca uwagę, że na naszych terenach okazja do wyrzucenia szczeniaka czy kociaka dobra jest zawsze. Sami wolontariusze mają ograniczone możliwości działania, nie posiadają miejsca, gdzie mogłoby powstać schronisko, a siedziba stowarzyszenia mieści się w domu jednej z wolontariuszek.
- Codziennie otrzymujemy jeden lub dwa telefony o błąkających się lub porzuconych zwierzętach. Żaden pies nie jest bezdomny od urodzenia. Ktoś po prostu nie wysterylizował suki, nie upilnował, to zawsze są lub były czyjeś zwierzęta. Bezdomne stają się wtedy, kiedy dochodzi do niekontrolowanego rozmnożenia. Ludzie wyrzucają małe, nieporadne kociaki i szczeniaki; wyrzucają stare i młode zwierzęta; rasowe i mieszane. Gdybyśmy reagowali na każde zgłoszenie, to codziennie byłoby ich ok. 30. Aktualnie zajmujemy się ponad 15 psami i ok. 10 kotami, przebywają w domach tymczasowych, hotelach dla zwierząt lub w domach wolontariuszy – mówi Grażyna Konczerewicz.
Jak twierdzi burmistrz Piotr Siniakowicz, mimo że zdarzają się pojedyncze przypadki, problem bezpańskich psów w mieście dawno już został rozwiązany. W 2017 r. na opiekę nad zwierzętami, w tym kastrację, sterylizację i czipowanie zwierząt przeznaczono ponad 60 tys. zł. Podobnie jak wolontariuszka stowarzyszenia stwierdza, że największym problemem nie są zwierzęta, a ich nieodpowiedzialni właściciele: - Oczywiście, stowarzyszenie „Psiemiatycze” robi bardzo dużo, oddając psy do adopcji, ale pomagają również osoby spoza niego. Proszę przypomnieć sobie, co działo się 8-10 lat temu, kiedy biegały całe sfory. Jeśli dziś zdarzają się jakieś przypadki, to są to najczęściej psy przywożone z innych terenów lub psy, które uciekły właścicielom. Myślę, że należy bardziej edukować mieszkańców, żeby sterylizowali i czipowali psy, tak, żeby nawet jeśli zwierzę zgubi się i trafi do schroniska, właściciel mógł je odebrać – mówi burmistrz Siniakowicz.
Czytelniczka, która zasygnalizowała istniejący problem, kończy swój list tymi słowami: „Siemiatycze rozwijają się, kwitną, pięknieją z dnia na dzień. Odwiedzają nas turyści z kraju i z zagranicy. Najważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa. Los bezpańskich zwierząt też nie powinien być nam obojętny. Musimy także zrozumieć, na czym polega odpowiedzialność za zwierzę, którym się opiekujemy. Inne miasta dawno sobie poradziły z problemem bezpańskich i pańskich psów, które powinny być właściwie zaopiekowane i nie powinny w żaden sposób zagrażać ludziom oraz zwierzętom, zarówno tym chodzącym na smyczy, jak i dzikim na polach, w lasach”. Nic dodać, nic ująć.
Eleni Kryńska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
suchota, czy suchocka?
suchota, czy suchocka?