Kiedy przed laty Jan Jurczuk z Cecel przejmował gospodarstwo od rodziców nie przypuszczał, że kiedyś zostanie nagrodzony przez ODR za gospodarowanie. Tym bardziej nie przypuszczał, że można być docenionym nie hodując krów, świń czy czegoś innego.
Pan Jurczuk samodzielnie gospodaruje na ok. 10 hektarach prowadząc ekologiczne uprawy, za co na początku października został doceniony przez ośrodki doradztwa rolniczego w Siemiatyczach i Szepietowie. Najpierw siemiatycki ODR zgłosił go do konkursu, a wojewódzki z Szepietowa nagrodził. Był w tym roku jednym z zaledwie 7 gospodarzy z województwa podlaskiego wyróżnionym w konkursie „Na najlepsze gospodarstwo ekologiczne w województwie podlaskim”. Z Janem Jurczukiem rozmawiamy o konkursie, ekologii, kurach i dopłatach. - Od razu zgodził się pan na udział w konkursie? - Przyjechali do mnie z ODR i powiedzieli o co chodzi. Miałem wyjście? Jak zapraszają czegoś, to nie wypada odmówić. Chętnie się zgłosiłem. To było latem. Przyjechała komisja. Sprawdzali, fotografowali, pytali, oglądali – truskawki, kury, kartofle, gospodarstwo. I pojechali. Po jakimś czasie przyszło zaproszenie do Korycin na podsumowanie konkursu. - Czy był pan zaskoczony wyróżnieniem? - Oczywiście. Zdawałem sobie sprawę z tego, że moje gospodarstwo jest specyficzne, ale nie spodziewałem się, że może konkurować o wyróżnienia z takimi, gdzie mają po sto krów. A ja mam tylko kury. - Do dobytku przejdziemy za chwilę. Proszę jeszcze tylko powiedzieć co otrzymał pan w nagrodę. - Dyplom, puchar, szereg opracowań o ekologizacji rolnictwa i sprzęt agd. Dla tych nagród też warto był wziąć udział. - To przejdźmy teraz do dobytku. Hoduje pan kury. - Teraz tylko kury. Kiedyś były i krowy i świnie. Z szerokiego dobytku zrezygnowałem od kiedy sam muszę pracować na gospodarstwie. Mam ze 40 kur. Karmione są czystą ekologiczną paszą i zbożem. Niosą dobre jajka. - A uprawy? Bo to one są sednem pańskiej ekologizacji. - Żyto, owies, łubin, kartofle, porzeczki i truskawki. Wszystko ekologiczne, ale głównie ta ekologizacja - biorąc pod uwagę te uprawy - dotyczy truskawek, porzeczek i kartofli. Zero sztucznych nawozów. Wyłącznie naturalne nawożenie. Robię więc komposty, gnojowicę, magazynuję to, aż zajdą tam odpowiednie procesy i nawożę tym glebę. Trochę pracy przy tym jest, ale efekty moim zdaniem są lepsze, niż przy zastosowaniu sztucznych nawozów. - Prowadzenie gospodarstwa ekologicznego wiąże się z dodatkowymi dopłatami. - Do tego zmierzam. Podlegam pod lubelską jednostkę certyfikującą takie gospodarstwa. Ta jednostka co roku mnie kontroluje i wydaje opinie na temat moich produktów. Nigdy nie było zastrzeżeń. - To ile tych dopłat? - Powiem tak: nie są to ogromne sumy, ale biorąc pod uwagę również dopłaty bezpośrednie, coś tam można uzbierać i jakoś za to wyżyć. Oczywiście chciałoby się więcej, ale trzeba się cieszyć z tego, co jest. - Ile pan ma truskawek i jakie są plony? - Z około 30 arów uzyskuje nawet półtorej tony. Dużo? - Sporo. Jak pan to osiąga? - Czysta ekologia. Robię kompost, gnojowicę z pokrzywy, skrzypu i wrotyczu, wożę to pod truskawki, ręcznie pielę, część chwastów usuwam ręczną glebogryzarką, nie używam chemicznych preparatów do odchwaszczania. Początkowo aż sam się dziwiłem, że mogą być takie efekty. Inni rolnicy – i rozumiem ich – przy hodowli 40 kur i z 30 arami truskawek nie utrzymaliby rodzin i gospodarstwa. Ale ja dużo nie potrzebuję i lubię takie gospodarowanie.
Cezary Klimaszewski, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Komentarze