O obecnej sytuacji w polskim sadownictwie i prognozach na przyszłość -rozmowa z Michałem Michalukiem z Platerowa, szefem Związku Sadowników Oddział Lipno
- Jak to się u Ciebie zaczęło? Jako jeden z nielicznych angażujesz się w działalność mającą na celu poprawę sytuacji rolników, jeździsz na te wszystkie spotkania. Po co?
- Ja się angażuję? Muszę się angażować, jeżeli z tego żyję, to chyba w moim interesie jest i moim zdaniem w interesie każdego rolnika powinno być to, żeby brać aktywny udział i walczyć o to, co jest niezbędne, czyli godziwą zapłatę za naszą ciężka pracę. Powołaliśmy Związek Sadowniczy Oddział Lipno. Związek działa, widać, że jest potrzebny. Jakieś spotkania czy to w ministerstwie czy na innych torach, podczas innych negocjacji. Indywidualny sadownik czy rolnik nie może tego zrobić, wyłącznie związek zawodowy i właśnie m.in. został powołany oddział u nas, żeby te struktury dalej rozszerzyć.
- Angażujesz się w tę działalność, podczas gdy inni idą rwać owoce za bezcen. Ty rzucasz wszystko i idziesz walczyć w imieniu wszystkich. Większość wątpi w skuteczność, Ty nadal walczysz. Dlaczego?
- Ludziom brakuje wiary w to, że się kiedykolwiek i cokolwiek może zmienić. Trochę się ludziom nie dziwię, sam prawdopodobnie bym już tego nie robił i zakończyłbym po tym roku działalność sadowniczą, bo jeśli nic się nie zmienia, to samoczynnie doprowadzamy się do upadku, do bankructwa. Moim zdaniem da się wiele zmienić i dlatego też biorę udział w różnych spotkaniach, pikietach organizowanych przez organizacje branżowe. Uważam, że związek dużo zrobił przez ostatnie lata. Za przykład mogę podać działanie 126. Przywracanie Potencjału Produkcji Rolnej, czy pomoc z tytułu embarga (wycofanie owoców). Nie wszystko da się załatwić, ale trzeba pamiętać, że Związek nie jest ustawodawcą, Związek opiniuje i zgłasza swoje pomysły na rozwiązanie problemu. Szkoda tylko, że zdanie środowiska sadowniczego jest często pomijane. Ludziom trzeba mówić co się dzieje, jaka jest sytuacja.
No właśnie, a jaka jest obecnie sytuacja w sadownictwie? Co wynikło z Waszych ostatnich rozmów w Warszawie? (przyp. red. w siedzibie Ministerstwa Rolnictwa)
- Najpierw trzeba wyjaśnić co się dzieje na rynku. Zacznijmy od cen. W granicach 0,30 zł porzeczka, w granicach 0,80 groszy wiśnia, 1,50 zł do 2,00 zł malina, których właśnie zbiór się zakończył. A teraz wchodzimy w jabłka z ceną w granicach 0,15 zł za kilogram. Te stawki nie pokrywają kosztów wyprodukowania owocu, już nie wspominając o jakimkolwiek zarobku. Dlatego wyszliśmy z akcją protestacyjną, która była zorganizowana w Warszawie, żeby pokazać swoje niezadowolenie z tych cen osobom rządzącym. Również podczas odsłonięcia pomnika Lecha Kaczyńskiego i ofiar katastrofy smoleńskiej w Kraśniku, gdzie był premier Morawiecki, została zorganizowana blisko dwutysięczna pikieta, która poruszyła całą uroczystość i dopiero w tym momencie zaczęto coś w tym kierunku robić, żeby chociaż po części uratować sytuację. Chociaż moim zdaniem działanie, które podjął rząd, czyli dopłata do paliwa rolniczego z 86 na 100 litrów, co daje raptem 14 litrów na hektar, to sytuacji nie uratuje.
Tworzenie holdingu spożywczego, który obiecał rząd, również nie uratuje sytuacji, bo żeby stworzyć holding, to trzeba mieć z czego go stworzyć, a w tym momencie spółka państwowa, czyli giełda w Elizówce przejęła raptem jedną chłodnię, która może pomieścić kilka tysięcy ton mrożonych owoców i tyle. Takie działania nie zmienią, nie poprawią sytuacji. Nawet jeśli ten holding rzeczywiście powstanie, to jak on ma oddziaływać na rynek, skoro nie ma instrumentów do tego, czyli nie ma zakładów? Jedyną szansą, jeśli chodzi o zatrudnienie, są umowy kontraktacyjne. 25 lipca byliśmy w ministerstwie i te umowy miały być już gotowe, zgodnie z obietnicą pana ministra. Przykre to jest, bo w mojej ocenie nikt tam kompletnie nie był przygotowany do tych rozmów. My przyszliśmy z gotową już umową, przeanalizowaną pod każdym względem. Spodziewaliśmy się, że ministerstwo przedstawi swoje założenie i że będziemy o tym rozmawiać. Ale do niczego takiego nie doszło. Trwają za to rozmowy zupełnie niemerytoryczne, które niczego nie wnoszą. I tak to trwa już kilka lat.
- Jakie są rokowania, że cena jabłek, na które właśnie rozpoczyna się sezon, będzie satysfakcjonująca? Czy te wszystkie rozmowy przyniosą jakieś pozytywne skutki dla sadowników?
- Jeśli chodzi o rynek jabłek, szacuje się, że po wiosennych przymrozkach w Chinach jabłek będzie około 40% mniej, czyli jakieś 18 mln ton. Połowa rynku jabłkowego to jest właśnie produkcja chińska. Obecnie są ogromne straty w produkcji jabłek i nie ma żadnego uzasadnienia takiej ceny na jabłko, jaka proponują, czyli te 0,15 zł. Cena na jabłko przemysłowe powinna być w granicach 50-60 groszy i wszyscy by zarobili. I zakłady i sadownicy. Bo nawet jak nasze 4 czy 5 mln ton pójdzie na handel, to i tak porównawczo z Chinami wiadomo ile to jest. Te duże spółki handlowe, te wszystkie holdingi, one regulują rynek, może nawet nie regulują, a raczej wyznaczają cenę. Oni dyktują stawki na rynku owoców. Tak to wygląda. Przemysł przetwórczy został całkowicie sprzedany, a nawet nie sprzedany, a oddany za darmo, bo zakłady poszły po prostu w inne ręce za grosze. Ja nie jestem w stanie przyjąć takiego tłumaczenia, że premier nie ma wpływu na te prywatne zakłady, bo mamy premiera ekonomistę, a ekonomista wie jak wpłynąć różnymi metodami, kontrolami, normami, żeby to w odpowiedni sposób wszystko zadziałało, tylko musi mieć chęci.
Kolejna sprawa, nad którą ubolewam, czego nie zrobił nasz rząd - powinniśmy byli wiosną wystąpić do Komisji Europejskiej z prośbą o kolejną interwencję na rynku, kiedy było wiadomo, że produkcja w tym sezonie przekroczy 4 mln ton. Bo my naprawdę zapłaciliśmy bardzo wysoką cenę z związku z embargo. To są ogromne straty związane z wycofaniem naszych owoców. A co jest przykre, nikt nie wystąpił do Komisji Europejskiej o takie wsparcie. Moim zdaniem było to całkowite zlekceważenie problemu, a mogło tak naprawdę uratować sytuację. Lata poprzednie pokazały, że takie działania miały sens. Bo interwencje w odpowiednim momencie skutkowały tym, że cena rosła. Jednocześnie pokazuje nam to, że zapotrzebowanie na jabłko jest, bo gdyby nie było, to ceny by nie rosły. Minister Ardanowski obiecał, że jednak wystąpi o takie wsparcie. Lepiej późno niż wcale, ale trudno mi uwierzyć w te zapewnienia. Ponieważ jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy za te sprawy odpowiadał minister Bogucki, powiedział już wtedy, że ministerstwo już wystąpiło o takie wsparcie i tym samym oszukał osoby, które wtedy były na rozmowach z nim.
- To co należałoby zrobić? Jakie kroki można jeszcze podjąć, żeby jednak uratować sytuację?
- Umowy kontraktacyjne są jakimś rozwiązaniem. Ale umowy takie jednocześnie szansą i zagrożeniem, zarówno dla sadownika, jak i dla przetwórcy. Odpowiedzialnością rynkową dzielą się tak naprawdę obie strony. Ja jestem świadomy tego, że dla niektórych rolników może to być nie do końca zrozumiałe. Problem polega na tym, że nie wszyscy sadownicy mogą dostać takie umowy, bo zakład może np. nie potrzebować tylu owoców, które muszą spełniać odpowiednie wymagania jakościowe. Ale również w takiej umowie powinna być zapisana cena minimalna na dany owoc. W obecnej chwili potrzebna jest interwencja na rynku, najlepiej wycofanie jabłek na cele bioenergetyczne. My co prawda próbujemy powoli przenosić nasze produkty na inne rynki, ale to potrwa jeszcze kilka lat zanim będą tego jakieś efekty. Inne rynki to inne zasady, którym nie zawsze jesteśmy w stanie sprostać.
- Jakie to są zasady? Normy unijne można chyba dostosować do konkretnych możliwości rynkowych danego kraju?
- Trzeba sady certyfikować, a ta certyfikacja jest dość droga. W tej chwili uważam, że się to sadownikom nie opłaca, nie stać ich na to. Uważam, że to powinno być finansowane z budżetu państwa, nikt nawet o tym pomyśle nie wspomina. Rynek chiński jest otwarty, ale sadownicy mają sobie z tym sami radzić. A bolączką dla nas jest rynek rosyjski i sankcje na nich nałożone, które są nieskuteczne.
- To na koniec może jakieś prognozy. Czy cena jabłka jednak ulegnie zmianie? Czy można liczyć na pomoc rządu?
- Embargo to nie jest problem gospodarczy, a polityczny. Jeśli politycy go wywołali, to niech teraz politycy coś z tym zrobią, bo my sadownicy nie mamy na to żadnego wpływu. Jabłko przemysłowe determinuje w dużej mierze cenę jabłka deserowego, a skoro cena jabłka przemysłowego jest tak niska, to i za jabłko deserowe jest ciężko uzyskać rozsądne ceny. Nie ma polskiego przemysłu i to jest dzisiaj duży problem. To nie my, tutaj w kraju, ustalamy ceny. Ceny na owoce w Polsce były ustalane gdzieś tam w świecie przez prezesów dużych spółek zagranicznych. Trudno jest mi cokolwiek powiedzieć, przewidywać. Naprawdę nie wiem co będzie dalej.
Rozmawiała Sylwia Dziuban
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze