Reklama

Pierzodrajki z gminy Mielnik

23/12/2009 12:20
Po raz pierwszy od wielu lat kobiety znów darły pierze. Efekt – spora poduszka z czystego gęsiego pierza.

          "Filipowskie wieczory" - tak spotkania te nazywały się kiedyś. Teraz można o nich mówić - zapusty adwentowe. A chodzi o to, że kobiety spotykały się w swojej wsi u jednej z gospodyń, oczywiście w adwent, by pogadać, pośpiewać adwentowe pieśni, zjeść postną kolację, prząść na krosnach, czy drzeć pierze i napychać nimi poduszki. Jak mówią kobiety z gminy Mielnik - w ich okolicy ostatnio było tak co najmniej 20 lat temu. Czy tamte zwyczaje wracają?
          - Chciałybyśmy, aby tak było i do tego dążymy. To przecież ciekawa, zanikająca tradycja oraz fajna forma spędzania wolnego czasu - mówi Helena Datczuk, mieszkanka Moszczony Królewskiej.



          Pierwszy wieczorek adwentowy już się odbył. W piątkowy wieczór, 11 grudnia, zorganizowały go kobiety, które w Moszczonie i okolicy są inicjatorkami przedsięwzięć kulturalno - społecznych. Zebrały się w świetlicy w Moszczonie Królewskiej, ubrały jak dawniej, kiedy nieodzownym elementem ubioru była chustka na głowie, pośpiewały, porozmawiały i... darły pierze. Pierzodrajki - tak kiedyś mówiono o kobietach, które darły pierze z gęsi, by zrobić poduszkę albo pierzynę.



          Na sobotni wieczór wystarczyło pierza z 7 gęsi. Nikt pierza nie podarował. Trzeba je było wcześniej wyskubać.
          - Teraz gęsi się nie podskubuje, jak kiedyś. Zanika robienie pierzyny domowym sposobem. Ale ja trzymam gęsi i na tę okazję wcześniej kilka podskubałam - mówi nam Lidia Pura.
          Pierze darły kobiety z Moszczony Królewskiej, Radziwiłłówki, Pawłowicz. Na środku postawiły balię z pierzem. Każda miała miskę lub misę na pierze, a gotowy produkt lądował „we wsypie”. Ogólnie praca lekka, ale po pewnym czasie drobinki pierza pchały się do nosa, uszu i oczu.
          Irena Drewnowska z Radziwiłłówki mówi, że kiedyś często darła pierze. Ten zwyczaj dawał nie tylko możliwości spotkania się w pewnym gronie, ale i zrobienia czegoś pożytecznego.
          - Robiłyśmy poduszki, pierzyny. Jak jeszcze panną byłam, to już chodziłam na darcie pierza. Do dziś mam pościel z tamtego okresu. Najczęściej w Radziwiłłówce zbierałyśmy się u Koców, Piotrowskich albo u Bujanowiczów. I jeszcze u Kuropatwów. Średnio przychodziło z dziesięć kobiet - wspomina pani Drewnowska.



          Inne panie dodają, że w Oksiutyczach, to nawet po 20 kobiet przychodziło.
          - Kiedyś gęsi trzymało się też i dla posagu. Bo jak córka wychodziła za mąż, to trzeba było i pościel dla niej dać. Dlatego matka, a czasami i babcia, robiły poduszki i pierzyny, by młodym było ciepło. Jak moja Jola szła za mąż, to dostała dwie poduchy, jasiek i kołdrę - opowiada Lidia Pura.
          - W darcie pierza ingerowali mężczyźni podrzucając do balei wróbla. Jak wróbel zaczął trzepotać skrzydłami, to cały dom był w pierzu - mówi Helena Datczuk.
          - Jak drzeć, to młodą gęś, jak skubać, to starą. Ale z pieniędzy to lepiej się skubie... - dodaje żartobliwie jedna z „pierzodrajek”.
          - Mamy nadzieję, że tym wieczorkiem zapoczątkujemy cykl spotkań prezentujący dawną tradycję i obrzędy. Chcemy pokazać to młodszym, a przy okazji miło i pożytecznie spędzić czas - podsumowuje spotkanie Helena Datczuk, jedna z inicjatorek spotkania.

          Cezary Klimaszewski, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama