Po raz pierwszy od wielu lat kobiety znów darły pierze. Efekt – spora poduszka z czystego gęsiego pierza.
"Filipowskie wieczory" - tak spotkania te nazywały się kiedyś. Teraz można o nich mówić - zapusty adwentowe. A chodzi o to, że kobiety spotykały się w swojej wsi u jednej z gospodyń, oczywiście w adwent, by pogadać, pośpiewać adwentowe pieśni, zjeść postną kolację, prząść na krosnach, czy drzeć pierze i napychać nimi poduszki. Jak mówią kobiety z gminy Mielnik - w ich okolicy ostatnio było tak co najmniej 20 lat temu. Czy tamte zwyczaje wracają? - Chciałybyśmy, aby tak było i do tego dążymy. To przecież ciekawa, zanikająca tradycja oraz fajna forma spędzania wolnego czasu - mówi Helena Datczuk, mieszkanka Moszczony Królewskiej.
Pierwszy wieczorek adwentowy już się odbył. W piątkowy wieczór, 11 grudnia, zorganizowały go kobiety, które w Moszczonie i okolicy są inicjatorkami przedsięwzięć kulturalno - społecznych. Zebrały się w świetlicy w Moszczonie Królewskiej, ubrały jak dawniej, kiedy nieodzownym elementem ubioru była chustka na głowie, pośpiewały, porozmawiały i... darły pierze. Pierzodrajki - tak kiedyś mówiono o kobietach, które darły pierze z gęsi, by zrobić poduszkę albo pierzynę.
Na sobotni wieczór wystarczyło pierza z 7 gęsi. Nikt pierza nie podarował. Trzeba je było wcześniej wyskubać. - Teraz gęsi się nie podskubuje, jak kiedyś. Zanika robienie pierzyny domowym sposobem. Ale ja trzymam gęsi i na tę okazję wcześniej kilka podskubałam - mówi nam Lidia Pura. Pierze darły kobiety z Moszczony Królewskiej, Radziwiłłówki, Pawłowicz. Na środku postawiły balię z pierzem. Każda miała miskę lub misę na pierze, a gotowy produkt lądował „we wsypie”. Ogólnie praca lekka, ale po pewnym czasie drobinki pierza pchały się do nosa, uszu i oczu. Irena Drewnowska z Radziwiłłówki mówi, że kiedyś często darła pierze. Ten zwyczaj dawał nie tylko możliwości spotkania się w pewnym gronie, ale i zrobienia czegoś pożytecznego. - Robiłyśmy poduszki, pierzyny. Jak jeszcze panną byłam, to już chodziłam na darcie pierza. Do dziś mam pościel z tamtego okresu. Najczęściej w Radziwiłłówce zbierałyśmy się u Koców, Piotrowskich albo u Bujanowiczów. I jeszcze u Kuropatwów. Średnio przychodziło z dziesięć kobiet - wspomina pani Drewnowska.
Inne panie dodają, że w Oksiutyczach, to nawet po 20 kobiet przychodziło. - Kiedyś gęsi trzymało się też i dla posagu. Bo jak córka wychodziła za mąż, to trzeba było i pościel dla niej dać. Dlatego matka, a czasami i babcia, robiły poduszki i pierzyny, by młodym było ciepło. Jak moja Jola szła za mąż, to dostała dwie poduchy, jasiek i kołdrę - opowiada Lidia Pura. - W darcie pierza ingerowali mężczyźni podrzucając do balei wróbla. Jak wróbel zaczął trzepotać skrzydłami, to cały dom był w pierzu - mówi Helena Datczuk. - Jak drzeć, to młodą gęś, jak skubać, to starą. Ale z pieniędzy to lepiej się skubie... - dodaje żartobliwie jedna z „pierzodrajek”. - Mamy nadzieję, że tym wieczorkiem zapoczątkujemy cykl spotkań prezentujący dawną tradycję i obrzędy. Chcemy pokazać to młodszym, a przy okazji miło i pożytecznie spędzić czas - podsumowuje spotkanie Helena Datczuk, jedna z inicjatorek spotkania.
Cezary Klimaszewski, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Komentarze