Zanim wyjechaliśmy na Białoruś było trochę nerwów - docierające sygnały o prześladowaniu Polaków, o aresztowaniach. Przyznawać się, że jestem dziennikarzem z Polski? Ale też wiedzieliśmy, że ci, którzy nas zapraszają, nie dadzą nas skrzywdzić. No i w końcu, było nie było, jedziemy z małymi chłopcami.
Poza tym - gdyby miały być jakieś problemy, to zaczęłyby się już na etapie załatwiania wizy. A współpraca z konsulatem Białorusi w Białymstoku układała się modelowo - mailowa wymiana informacji, ekspresowe wydanie wizy. Żadnych zastrzeżeń. Chory „Zając” Według naszego czasu w Grodnie musieliśmy być o 12.00 Nie wiedzieliśmy jak długo będą nas trzymać na granicy, zaplanowaliśmy wyjazd na 7.00 rano. Nocą rozchorował się jeden z zawodników. Może przeżywał wyjazd na turniej? Rano czuł się już dobrze i jego rodzice zdecydowali się puścić go z nami, tym bardziej, że Sebastian (chłopcy nazywają go „Zającem”) bardzo chciał pojechać na Białoruś. Nam też zależało - dobry z niego piłkarz. Z jego ojcem umówiliśmy się, że gdyby coś było nie w porządku, to damy mu znać w Białymstoku. Sebastian całą drogę czuł się dobrze. Pewnie miał już dość naszych pytań o to, czy wszystko ok. O godzinie 10.00 dojechaliśmy do Kuźnicy, gdzie przekraczaliśmy granicę. Odprawa po polskiej stronie. Pani celniczka nie nadążała odpowiadać na „dzień dobry” naszych chłopaków. Wjechaliśmy na pas „ziemi niczyjej” i... Sebastian powiedział, że źle się czuje. Wypuścić go z autokaru - za bardzo nie ma jak. Pech chciał, że nie można było też skorzystać z toalety w autokarze. Dotarliśmy do strony białoruskiej. Nie pamiętam, które z nas zapytało białoruskiego celnika, czy chłopak może wysiąść z autobusu, bo źle się czuje. Mężczyzna potraktował pytanie bardzo poważnie i... zaproponował kontakt ze służbami medycznymi. Do głowy nam nie przyszło, że tak się to skończy. Może to świńska grypa? Przyszła kobieta z punktu medycznego. Całkiem sympatyczna. Porozmawiała z Sebastianem, z nami, pytając się o objawy, coś w stylu wywiadu lekarskiego. I poprosiła, byśmy przeszli z delikwentem do izolatki. Izolatka bardzo skromna, przypominająca gabinet higienistki szkolnej za naszych dawnych szkolnych czasów. Badanie – pomiar temperatury. Wynik poprawny. Trener próbował przekonać kobietę, że to tylko choroba lokomocyjna. A ona odpowiedziała, że... wezwała pogotowie: - Mieliśmy niedawno świńską grypę. Mamy takie zalecenia. Może to być choroba lokomocyjna, może być jakiś wirus, a może być świńska grypa. Musimy sprawdzić. I na razie nie możecie wjechać na teren Białorusi. Czekaliśmy godzinę, albo i dłużej. W międzyczasie Białorusini odprawili nasz autokar. Oddali dokumenty. Chłopcy zaczęli się nudzić. Ale ile można czekać spokojnie siedząc w autokarze? Dobrze, że był śnieg - porzucali się śnieżkami. My też nerwowo spoglądaliśmy na zegarki. Białoruskie pogotowie i szpital Przyjechało pogotowie. Wóz w stylu naszej starej nyski. Nie mam pojęcia, jaką „toto” prędkość osiąga, wyposażenia wewnątrz nie widziałam, ale to, co mamy u nas to „Francja - elegancja”. Lekarka i pielęgniarka od razu założyły maseczki. To samo zrobiła kobieta z punktu medycznego, mimo że do tej pory normalnie z nami rozmawiała i dotykała „chorego”. Poczuliśmy się tak, jakbyśmy grali w jakiejś komedii. Lekarkę zaniepokoił rzekomy żółty odcień skóry „Zająca”. Tłumaczymy, że jest blady, bo ma mdłości, a ona swoje - chłopak ma wirusa, trzeba to sprawdzić. I wyrok: zabieramy go do szpitala. - Na jak długo? - Nie wiem, trudno powiedzieć, ale myślę, że 4 dni na pewno. - Ale my wizę mamy tylko na 3 dni. - Jakoś będziecie musieli sobie poradzić. - W Polsce jest taka możliwość, że możemy nie zgodzić się na hospitalizację. Jako opiekunowie podpiszemy pani dokument, że nie wyraziliśmy zgody, na naszą odpowiedzialność. - A weźmiecie odpowiedzialność za całą grupę? Jeżeli to poważna choroba i rozchoruje się cała grupa? Nie mogę wpuścić chorego na teren Białorusi, poza tym muszę zbadać całą grupę, od was zaczniemy, proszę zmierzyć temperaturę. Nieźle. Jak do tej pory wszystko szło jak po maśle, a teraz zaczynają się schody. Żeby to jeszcze była polska strona. Czas też nas goni, Kazimierz dzwoni, ponagla. Rozmawia z lekarką. My też próbujemy raz jeszcze przekonać ją, że to tylko mdłości, że chłopak zawsze źle znosi jazdę. Zero dyskusji. - Poproszę termometry. O! U pani jest ponad 37 stopni! - To z nerwów, jestem zupełnie zdrowa. Pięknie... Jeszcze i ja trafię do białoruskiego szpitala. Temperaturę zmierzyli wszyscy z autokaru. Lekarka skrupulatnie zapisuje każdy wynik. Osoby, które mają podwyższoną temperaturę przechodzą do izolatki na badanie. Żadna jednak, zdaniem lekarki, nie kwalifikuje się do hospitalizacji, oprócz „Zająca” oczywiście. W międzyczasie skontaktowaliśmy się z rodzicami Sebastiana. Ojciec już wyjechał z Siemiatycz do Kuźnicy po syna. Albo jedziecie wszyscy, albo wszyscy czekacie - Ok, wy możecie jechać, ale chory niestety. Proszę jeszcze tylko o wasze telefony, dokładny adres pobytu. Skontrolujemy czy osoby, które dziś mają podwyższoną temperaturę, są zdrowe. Jakoś nie wierzyliśmy, że komukolwiek będzie chciało się „badać” nas raz jeszcze. A mieliśmy kolejny problem. Mamy wizę grupową - to po pierwsze, po drugie - nie zostawimy samego 10-letniego chłopca. Ojciec przyjedzie po niego najwcześniej za dwie godziny. Za chwilę zaczyna się turniej, nasi chłopcy grają jako pierwsi. Pytamy celników czy mogę zostać z Sebastianem, a reszta pojedzie na turniej. Celnik tłumaczy: - Macie wizę grupową, nie może pani zostać tu bez wizy, reszta drużyny też nie może jechać bez wizy. Jeśli nie chcecie zostawić chłopca, musicie wszyscy czekać. Zresztą to nie ode mnie zależy, ja mam zwierzchników. Takie są przepisy Decydujemy się na rozmowę z szefem celnika. Tym bardziej, że jeszcze okazuje się, że Sebastiana ojciec, oprócz tego, że nie ma wizy, to nie ma paszportu i niekoniecznie przekroczy granicę. Naczelnik jest bardzo miły, ale jednocześnie konkretny i zasadniczy: - Takie są przepisy. Zapewniam, że chłopakowi nic się nie stanie, że będzie sobie czekał na tatę w izolatce. Kiedy wyjaśniliśmy, na ile pozwoliła nam znajomość języka rosyjskiego, że może jednak zostanę z Sebastianem, że nie przekroczymy ani na milimetr ziemi białoruskiej, a kierowca autobusu wróci po mnie, naczelnik zmienia zdanie. Decyduje, że celnik, który nas odprawiał, do końca zmiany, a na pewno do czasu, aż przyjedzie ojciec „Zająca”, zostanie z chłopakiem: - Nie bójcie się – uspokaja nas celnik. – Sam mam małe dzieci. I osobiście dowiozę chłopaka na granicę polską. Naczelnik zaś informuje polskie służby, że ma u siebie polskie dziecko. Ustalenia są takie, że tato Sebastiana zgłasza się do celników polskich, a ci od razu dają znać białoruskim. Białorusini podwożą Sebastiana do strony polskiej i przekazują ojcu. Tato Sebastiana zgodził się na taką wersję. Po 5 godzinach postoju na granicy pojechaliśmy. Po jakimś czasie telefon od ojca Sebastiana, że już są razem i że wszystko w porządku. Ufff. A jednak nas skontrolowali Następnego dnia w hotelu, w którym spaliśmy odwiedziła nas inna lekarka, z listą naszej drużyny, z wynikami pomiaru temperatury, z zaznaczeniem, na których z nas zwrócić szczególną uwagę, kogo należy zbadać. Oczywiście wszyscy byli zdrowi. Sebastian również nie wymagał hospitalizacji.
Komentarze