Reklama

Nasi pomagają powodzianom - Niełatwo patrzeć na rozpacz

31/05/2010 23:35
17 maja trzech strażaków z komendy Powiatowej PSP Siemiatycze, wraz z innymi jednostkami z naszego województwa, wyjechało na południe Polski pomagać poszkodowanym w powodzi. Byli to: brygadier Józef Dołoto, ogniomistrz Tomasz Borysiuk i sekcyjny Grzegorz Szumarski.

          Z brygadierem Dołoto rozmawiamy o działaniach siemiatyckich strażaków, sytuacji poszkodowanych, ewakuowaniu powodzian.
          - Zaczęło się w poniedziałek, 17 maja. Czy wychodząc rano do pracy wiedzieliście, że po południu wyjedziecie?
          - Skądże. Ok. godz. 15.00 w poniedziałek, 17 maja, z Wojewódzkiego Stanowiska Koordynacji Ratownictwa w Białymstoku wpłynęło polecenie przygotowania wyjazdu. Stworzono do tego Kompanię Powodziowo - Ewakuacyjną Centralnego Odwodu Operacyjnego. Wiemy kto w takich przypadkach ma jechać - strażacy z odpowiednimi uprawnieniami. Zmiana dyżurna JRG obecna na służbie przygotowała sprzęt i ok. godz. 16.45 wyjechaliśmy - najpierw do Zambrowa, gdzie był punkt koncentracji jednostek z naszego województwa.
          - Jaki wzięliście sprzęt?
          - Pojechaliśmy Fiatem Ducato. Zabraliśmy ponton i wyposażenie logistyczne niezbędne do tego typu działań. Podobny sprzęt mieli inni. Łącznie w pierwszym rzucie z Podlasia pojechało 17 strażaków.
          - Jechaliście od razu do konkretnej miejscowości?
          - W kierunku Krakowa, jako docelowego miejsca koncentracji w województwie małopolskim wszystkich zastępów kierowanych z północnej Polski. Ostatecznie naszym pierwszym punktem była Szkoła Aspirantów Pożarnictwa w Krakowie. Dotarliśmy tam 18 maja nad ranem. Po odpoczynku - zgodnie z poleceniami - już z innymi pododdziałami skierowaliśmy się do Bochni koło Krakowa. Po drodze cała kompania trafiła na zalany przejazd pod wiaduktem, w którym stał zalany do połowy volkswagen golf. Tylko samochód – nikogo nie było. Prawdopodobnie auto było całe pod wodą i nie było szans wyciągnięcia go wcześniej. Wyciągnęliśmy je i postawiliśmy na poboczu drogi. Poziom wody po drodze nie pozwalał na przejazd do Bochni bliższą drogą, więc musieliśmy jechać okrężną.
          - Czy jeszcze tego samego dnia podjęliście pierwsze działania?
          - Kompania z Podlasia została zakwaterowana w pokojach pływalni koło komendy powiatowej straży w Bochni. Niestety - nie było nam dane skorzystać z tych luksusów. Od razu zostaliśmy skierowani do miejscowości Niedary. Zadanie było następujące - monitoring wałów na Wiśle, Rabie i Drwinie. Co godzinę objeżdżaliśmy teren pomiędzy miejscowościami Niedary i Świniary. Są to inne Świniary - nie te, które zalało w woj. mazowieckim. Sytuacja była dramatyczna, bo nastała już noc, terenu nie znaliśmy, woda w Wiśle podnosiła się z prędkością 6 cm na godzinę, a do przelania wałów pozostawało 30 - 40 cm. Co najbardziej nas zaskoczyło na początku? Postawa mieszkańców okolicznych miejscowości po obu stronach rzek, którzy całymi rodzinami na zmianę przygotowywali worki z piaskiem, układali je w miejscach przecieków i najbardziej narażonych na przerwanie. Wał przetrzymał falę kulminacyjną, woda ustabilizowała się. Noc spędziliśmy w samochodach.
          - Potem skierowano was w inne miejsce?
          - 19 maja, wobec ustabilizowania się sytuacji powodziowej koło Bochni, Krajowe Centrum Koordynacji Ratownictwa i Ochrony Ludności, pod które podlegała nasza kompania, pojechało w kierunku Brzeska, następnie w kierunku Dąbrowy Tarnowskiej, gdzie sytuacja była najtrudniejsza. Zostaliśmy zakwaterowani u proboszcza na plebanii w Szczucinie i w dniach 20 - 21 maja działaliśmy w okolicach Słupca. Cała ta miejscowość została zalana. Tam sytuacja zmieniała się z minuty na minutę. Łódkami przystąpiliśmy do sprawdzenia zalanego terenu w poszukiwaniu osób, które chciały, aby je ewakuować. Mieliśmy też żywność, wodę i suche ubrania dla poszkodowanych. W tym czasie samochody strażackie dwukrotnie trzeba było przestawiać na wyższe tereny, bo woda podnosiła się. Nasi strażacy ewakuowali kilka starszych osób z podręcznymi pakunkami oraz małymi zwierzętami domowymi. Do ewakuacji bydła, koni, świń wykorzystywano wojskowe amfibie dowożące też pasze zwierzętom, które pozostały na zalanych terenach.
          - Jakie były wasze reakcje na ludzkie nieszczęście?
          - Przykro było patrzeć na rozpacz ludzi, którym woda zalała całe gospodarstwa - budynki mieszkalne, gospodarcze, uprawy. Właściciele zalanych domów ewakuowali się w ostateczności. Pilnowali swojej własności. Na biedzie jednych żerowali drudzy. Pewna dziewczyna zapytana dlaczego mieszkańcy zalanego Słupca pozostają od tygodnia w domu, skoro już w niedzielę 16 maja, mieli podstawione do ewakuacji autokary i amfibie - odpowiedziała, że już pierwszej nocy pozostawione bez opieki domy zostały splądrowane. Jedni pływali, by ratować zalanych, dokarmiać pozostawione w zagrodach zwierzęta, a inni - by kraść. W podziw wprawiła mnie 91-letnia kobieta ze Słupca, która została ewakuowana przez najbliższą rodzinę i strażaków dopiero 20 maja późnym wieczorem. Jak mówił jej syn - staruszka chciała chronić dorobek życia jej i rodziny przed złodziejami. Byli też w tej miejscowości i tacy, których jedyny dobytek, oprócz zalanych domów, dał się zmieścić w dwóch reklamówkach.
          - Czy to prawda, że część poszkodowanych wybierała postawę wyczekującą odnośnie pomocy, nie robiąc samemu nic?
          - Zdarzały się takie przypadki. Są również ludzie mało zaradni. Ale większość zostawała w swoich domach chcąc zabezpieczyć swój dobytek. Może to zniechęcenie po nieudanej próbie ratowania swoich gospodarstw przed nadchodzącą wodą?
          - Gdzie zakończyliście swoje działania?
          - 21 maja wieczorem, kiedy sytuacja ustabilizowała się w powiecie Dąbrowa Tarnowska, zostaliśmy przegrupowani w okolice Włocławka. Dotarliśmy tam 22 maja przed świtem. W miejscowości Kowal było zgrupowanie wszystkich sił PSP wchodzących w skład Centralnego Obwodu Operacyjnego. Dołączyła do nas druga kompania powodziowa z Podlasia i Olsztyna. Wkrótce otrzymaliśmy rozkaz przemieszczenia się do Aleksandrowa Kujawskiego. Po dotarciu tam dowiedzieliśmy się, że naszym zadaniem będzie ochrona Ciechocinka. Miasto liczy około 10 tysięcy mieszkańców. To znane w kraju uzdrowisko. Leży nad Wisłą. Pokazano nam wały przeciwpowodziowe wokół miasta, tereny miejskie, które w pierwszej kolejności mogły być zalane i miejsca, na które należałoby wywozić ludność. Naszym podstawowym zadaniem na nadchodzącą noc - jak później okazało się i na kolejne dni - był monitoring wałów i poziomu wody w Wiśle. Wyznaczeni strażacy robili to co 2 godziny. W Aleksandrowie Kujawskim przebywaliśmy do popołudnia 24 maja, pozostając w każdej chwili do gotowości wyjazdu w inne rejony. Przez cały czas mieliśmy zapewnione wyżywienie przez samorządy, na terenie których prowadziliśmy działania ratownicze. Najważniejsze, że wróciliśmy do domów cali i zdrowi.
          - Dziękuję za rozmowę.

          W ubiegłym tygodniu grupa ta została zastąpiona przez kolejnych strażaków z siemiatyckiej jednostki. Jednocześnie na ratunek powodzianom w województwie mazowieckim wyjechała też druga grupa siemiatyckich strażaków.

          Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. z arch. KP PSP Siemiatycze
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama