Mija kolejny tydzień, kiedy firmy z branży gastronomicznej walczą o przetrwanie. Siemiatyccy przedsiębiorcy mówią wprost: jest tragicznie.
Koronawirus w pierwszym rzucie zaatakował zdrowie ludzi, w kolejnym ich przedsiębiorstwa. Osamotnieni, niepewni jutra i zdezorientowani, ale przede wszystkim zmęczeni obowiązującymi zakazami i nakazami. Czekają na stabilizację warunków.
- Sytuacja jest nieciekawa, bo powoli kończą się nie tylko zaległe urlopy, ale i bieżące, które były do dyspozycji pracowników. Będziemy musieli zapewnić im jakieś zajęcie, ale nie mamy przychodów. – mówi Wojciech Marciniak, współwłaściciel hotelu „Kresowiak” w Siemiatyczach, członek spółki Rondo. Przedsiębiorca zauważa, że zamknięcie lokalu podyktowane było również bezpieczeństwem pracowników, a ten przymusowy wolny czas stara się produktywnie wykorzystać:

- Informacja pojawiła się 13 marca, pamiętam, że to był piątek, a w sobotę organizowaliśmy okolicznościowe przyjęcie w hotelu, ale wydaliśmy je jako catering. Zaraz potem podjęliśmy decyzję o zamknięciu restauracji i hotelu. Również ze względu na bezpieczeństwo naszych pracowników. Otrzymaliśmy kilka pytań w związku z możliwością wynajmu pokoju na 2 tygodnie, co można odczytywać jako czas potrzebny na odbycie kwarantanny. Nie zdecydowaliśmy się na to. Restauracja jest nadal zamknięta, a my wykorzystujemy czas na odświeżanie pokojów, żeby przygotować się na czasy po ograniczeniach -mówi Marciniak.
Restaurator zrzeszony jest w Izbie Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego. Podkreśla, że cała branża hotelarska znalazła się w sytuacji bez wyjścia: - Im większy obiekt, tym jest gorzej. Nie chodzi wyłącznie o koszty pracownicze, ale też utrzymanie budynków. Jest ok. 15 danin, które hotele muszą płacić np. ZAiKS czy abonament radiowo-telewizyjny za odbiorniki znajdujące się w każdym pokoju. Wiele firm ociera się już o ogłoszenie upadłości. W obecnej sytuacji hotel przynosi nam duże straty, na szczęście jest to część działalności naszej firmy, którą teraz wspierają sklepy. Mimo że mamy też obciążenia kredytowe, a banki dość niechętnie współpracują. Ukłonem samorządów w stronę przedsiębiorców byłoby zwolnienie ich z podatku od nieruchomości, bo jeśli lokal stoi, a z niczyjej winy nie zarabia, nie ma przychodu na opłaty. Czasowe zawieszenie nic nie da, bo kiedyś i tak trzeba będzie je uregulować.
Pomagać? Tak, ale z głową
Pizzeria Józefa Kosińskiego w marcu obchodziła 20-lecie istnienia. Nici jednak z obchodów. Przeszkodziły w tym wprowadzone restrykcje. Co ze wsparciem dla pizzerii „Karolina”? Proponowane przez władze miasta odroczenie lub rozłożenie na raty podatków od nieruchomości nie wchodzą w grę.

- Wiele mediów porusza kwestię dotyczącą obniżania czynszów w lokalach należących do samorządów. Szczególnie w dużych miastach, gdzie takich lokali jest dużo. To stawia w nierównej sytuacji tych, którzy wynajmują lokale od osób prywatnych, jak ja. W momencie, kiedy sytuacja w miarę wróci do normy przedsiębiorca, który miał ulgi z Urzędu Miasta, będzie w lepszej sytuacji. Z jednej strony to dobrze, że samorządy wychodzą z taką formą pomocy, a z drugiej strony tworzy się nierówność w stosunku do tych, którzy nie mogą liczyć na obniżkę czy zawieszenie spłaty. Owszem, burmistrz próbuje coś robić, ale ma niewielkie możliwości. Jeśli chciałby umorzyć komuś podatek, to automatycznie dostaje mniejsze wsparcie z budżetu państwa, narażając się jednocześnie na różne kontrole. Kiedy samorządy obniżają podatki, mają mniejsze dotacje z budżetu państwa i to jest błędne koło.- mówi Józef Kosiński i zauważa, że realna pomoc małym i średnim przedsiębiorstwom, powinna płynąć z rządu:
- Dobrym przykładem udzielania takiej pomocy są np. Niemcy. Tamtejszy rząd daje bezpośrednio pieniądze firmom, aby utrzymały płynność finansową, co jest najważniejsze w tych okolicznościach. W moim przypadku może załapię się na 3-miesięczne zawieszenie składek ZUS, który też jest formą podatku. Oczywiście zawsze to jakaś pomoc, ale jeśli nie zarabiam, to państwo nie powinno wymagać płacenia stałych kosztów… Wiele firm ma również inne zobowiązania, takie jak kredyty czy leasingi. Mówi się, że instytucje finansowe będą wychodziły naprzeciw potrzebom, że będą zawieszać spłatę bez zbędnych formalności, ale w praktyce okazuje się jednak, że chcą dodatkowo zarobić w czasach kryzysu.
Kosiński próbuje ratować swój biznes dostawami na zamówienie lub odbiorem bezpośrednim. Mimo ograniczonych możliwości ruchu nie oznacza to jednak, że klientów przybywa. Kolejną kwestią obciążającą przedsiębiorcę jest też brak możliwości sprzedaży lodów: - Zamówień na dowóz czy odbiór osobisty jest zdecydowanie mniej. Wydawałoby się, że powinno nie być źle, bo wszyscy siedzą w domu, ale ludzie porobili zapasy i gotują sami. Pewnie nawet z nudów, ci, którzy wcześniej nie gotowali, to właśnie zaczęli. Marzec zamknęliśmy z mniejszym obrotem o ponad 30 proc. mimo że przez połowę miesiąca funkcjonowaliśmy normalnie. To bardzo duży spadek. Za chwilę dodatkowe straty przyniesie lodziarnia, która jest zamknięta. W najlepszym wypadku sytuacja poprawi się może w połowie czerwca, ale jeśli nawet, to już nie będzie to samo, co było.
Czas kryzysu, czas oszczędności
Marcin Baliński, właściciel „Folwarku Księżnej Anny” w Anusinie, ocenia spadek zamówień cateringowych na 95 proc. Nie dziwi go jednak zachowanie ludzi, którzy kilkadziesiąt złotych wydanych na danie restauracyjne, wolą wydać dziś w sklepie. Wśród możliwości pomocy wymienia jak jego poprzednicy, zawieszenie, obniżenie podatków od nieruchomości. Zauważa jednak, że klienci też mogą pomóc firmom gastronomicznym:
- Pomóc może społeczeństwo i to nie jest wyłącznie apel mojej restauracji, ale całej branży restauracyjno-turystycznej. Proszę nie odwoływać rezerwacji, a przełożyć je na późniejsze terminy. Ostatnio miałem trzy takie przypadki, ale wiele osób czeka na to, jak sytuacja będzie wyglądała po świętach. Obawiam się, że jeśli obecne obostrzenia będą obowiązywały nadal, telefony z odwołaniem mogą być częstsze. Życzę przedsiębiorcom przetrwania oraz zdrowia wszystkim ludziom. Jeśli będziemy zdrowi, to wyjdziemy z tego wszyscy.- mówi restaurator.
Sytuacja jest tragiczna
Zbigniew Chrołowski, właściciel „Jadłodajni” mówi bez ogródek, że sytuacja, w której znajduje się jego firma, jest tragiczna. A na wypłacenie wynagrodzeń swoim pracownikom za kwiecień, prawdopodobnie będzie musiał zaciągnąć pożyczki.

- Nie wiem, czy władze samorządowe są w stanie mi pomóc. Po prostu nie ma pieniędzy na wypłatę dla pracowników. Lokal jest zamknięty, catering prowadziliśmy przez dwa dni, ale zawiesiliśmy i tę działalność, bo zainteresowanie było znikome. Czekam na decyzję Zarządu Społem PSS czy przychyli się do mojej prośby o zniesienie 3-miesięcznego czynszu. Zawieszenie nie jest dla mnie rozwiązaniem. W tej chwili moim pracownicy są na urlopach za rok 2020. Pewnie gdzieś otrzymam pożyczki, żeby zapłacić im za kwiecień. Jeżeli od 1 maja nic się nie zmieni, to likwiduję działalność. Po 25 latach.
Wielu przedsiębiorców w Siemiatyczach znalazło się w podobnej sytuacji. Bo sytuacja moich rozmówców, to również sytuacja lokali takich jak „Cezar”, „Peperoni Pizza”, także barów z kebabami np. Doner Kebab czy Asian Kebab&Grill i wielu innych. Nie wspominając już o restauracjach w mniejszych miejscowościach, takich jak Drohiczyn.

System naczyń połączonych
Pierwszy raz od dłuższego czasu widać, że miasto to nie tylko budynki, ulice i trawniki, w które najczęściej inwestowane są pieniądze. Miasto to przede wszystkim żywy organizm złożony z ludzi i ich pracy. Z systemem zależności i powiązań, których nie dostrzegamy w czasach spokoju i dobrobytu lub które mniej lub bardziej świadomie ignorujemy. Widać je choćby na przykładzie Zbigniewa Chrołowskiego. Jeśli zlikwiduje on swoją firmę, ludzie stracą miejsca pracy, Społem PSS nie zarobi na wynajmie, a jeśli Społem PSS nie zarobi, nie będzie w stanie uregulować podatku miejskiego. Miasto traci wpływ do budżetu, tracimy my wszyscy- mieszkańcy.
Zaistniałą sytuację, nie tylko ekonomiczną, ale też międzyludzką podsumowuje Józef Kosiński:
- Obserwując media społecznościowe, widzę, że ci, którzy sami są przedsiębiorcami, rozumieją sytuację i aktualne potrzeby. Druga strona poza niektórymi wyjątkami, strona pracowników, nie rozumie jeszcze, że kiedy przedsiębiorstwo upadnie, to oni stracą pracę. Słyszałem wypowiedzi różnych ludzi nt. sytuacji przedsiębiorców. Czasem padały stwierdzenia, że… to, co się dzieje jest dobre, bo kiedy „bogaci”, w domyśle przedsiębiorcy, zbankrutują, będą mieli więcej szacunku do ludzi biednych. Na pewno trzeba nastawić się na ciężkie czasy i kiedy słyszy się głosy, że: „mnie to nie dotyczy, mam stabilną pracę”, znaczy to tyle, że taka osoba nie jest świadoma tego, co się teraz dzieje.
Eleni Kryńska, fot. jn
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze