Reklama

Co wydarzyło się na bagnach Siemianówki? Ratowanie życia czy "medialne show"?

7 stycznia aktywiści Grupy Granica i Klubu Inteligencji Katolickiej przez kilka godzin, wspólnie ze strażakami starali się uratować trzech mężczyzn z Afganistanu w wieku 21-26 lat. Straż Graniczna ratowanie życia nazwała "medialnym show". Oskarżyła aktywistów o "utrudnianie pomocy".

        Z oburzeniem zareagowała dr Paulina Bownik, nagradzana za niesienie pomocy lekarka, współpracująca ze stowarzyszeniem Egala. Pisaliśmy już o pani Paulinie na naszych łamach. Niżej jej opis interwencji na bagnach:

        "Co się naprawdę wydarzyło na bagnach Siemianówki w pierwszy dzień świąt prawosławnego Bożego Narodzenia?

        Na bagnach jest drzewo, a wokół drzewa malutka wyspa. Na tej wyspie rozegrał się dramat trojga ludzi.

        Afgańscy Uchodźcy są na wysepce, otoczeni lodowatą wodą. To fakt, nie przenośnia - w brudnej, sięgającej kolan cieczy wokół skrawka pochylonej do wody pod katem 45 stopni ziemi pływają kawały lodu. Od kilku godzin towarzyszy im dwóch wolontariuszy, Z. i J. z KIK - Klub Inteligencji Katolickiej. Szliśmy do nich od drogi do pinezki około godziny, chociaż to tylko 800 metrów. Teren jest koszmarny, Z. i J. są wykończeni, przemoczeni, wystraszeni. Niepokoi ich zwłaszcza stan mężczyzny prawie bez kontaktu. Młody Afgańczyk leży na ziemi, nie dygocze - zły znak. Jego kuzyn mówi po angielsku, ale jest w stanie histerii - płacze, opowiada o biciu przez Białorusinów, o szczuciu psami, błaga "No Bielarus, no Bielarus". Oddaję mu swoją kurtkę i czapkę (i tak czuję się zgrzana po przeprawie przez bagna) i usiłuję wyciągnąć od niego informacje - podaje że grupa błąka się po lasach od 3 dni, piła wodę z bagien, od dawna nie ma jedzenia ani picia. Mężczyzna choruje na nadczynność tarczycy, nie ma swoich leków. Temp. na błonie bębenkowej 34,3 stopnia, suche popękane wargi, język wyschnięty na wiór, tętno około 160-170/minutę, HBG 16,5 g/dl, glikemia 71 mg%. Tyle jestem w stanie stwierdzić - nie mogę rozebrać człowieka do badania, bo nie ma na to miejsca. Mężczyzna ciągle ześlizguje się do wody, a wolontariusz go z niej wyciąga, i tak kilka tysięcy razy w trakcie naszego "medialnego show". Próbujemy go poić małymi łykami, ale wymiotuje śliną. Typowe przy skrajnym odwodnieniu.

Reklama

        Zakładam motylka na dłoni (brak dostępu do żył zgięcia łokciowego) i podaję 500 ml ciepłej glukozy+ lek przeciwwymiotny. Rozłożenie sprzętu na naszej wysepce, założenie wkłucia i podanie leków w taki sposób, żeby nie wyrwać mężczyźnie kroplówki, okazuje się pioruńsko trudne i zajmuje co najmniej 1,5 h. Kroplówka kapie, mężczyzna na mnie dosłownie leży - zresztą nie ma innej możliwości na tej przestrzeni. Ma zaburzenia świadomości - wykonuje gwałtowne ruchy, obija sobie głowę o ziemię i korzenie drzewa. Próbuję ją podtrzymywać i owijam go folią NRC, ale drze ją na kawałki. Najbardziej jednak skupiam się na tym, żeby mocno trzymać go za kurtkę, aby nie wpadł znowu do lodowatej wody. Po podaniu leków stan mężczyzny się nieco poprawia - mamy z nim kontakt, po angielsku mówi, że potrzebuje oddać mocz. Nie jest jednak w stanie wstać. Wolo z trudem przekładają go na bok i pomagają mu załatwić się pod siebie.

        Podejmujemy wspólną decyzję o wezwaniu karetki. Komuś kto nigdy nie był w lesie może się to wydawać oczywiste, ale uwierzcie mi, że to jedna z najtrudniejszych dywagacji pomagaczy. Pierwsi uchodźcy którzy trafili do mojego szpitala poszli za drut, tak jak wielu innych przed nimi, i wielu po nich. Dyspozytor pogotowia zawiadamia SG, a my nigdy nie wiemy co SG zrobi. Pozwoli zabrać ludzi do szpitala czy wypchnie na Białoruś przez bramkę dla zwierząt? A może wywiezie do lasu prosto z izby przyjęć, kiedy będą już w stanie sami ogarnąć potrzeby fizjologiczne?

Reklama

        Tak czy inaczej, nie ma wyjścia. Mężczyźni sami z tego lasu nie wyjdą, z naszą pomocą też nie, a jeśli tu zostaną, umrą z wychłodzenia.

        Kiedy Pacjent 1 się poprawia, Pacjent 2 pogarsza. Zbadałam go pobieżnie do triażu zanim zajęłam się Pacjentem 1 - zgłaszał wychłodzenie i ból nogi, jego temp. wynosiła 35.08 stopnia. Dla uchodźcy w podlaskim bagnie to tak jak dla człowieka pod dachem 36,6. Teraz leży bez ruchu, przestaje odpowiadać na pytania, temp. wynosi 33,8 - spadek o 1,2 stopnia w ciągu godziny. Konstatujemy z przerażeniem, że człowiek ześlizgnął się do lodowatej wody i był w niej po kolana zanurzony, a my tego nie zauważyliśmy, zajęci Pacjentem 1. Pośpiesz-nie zakładam wkłucie i podłączam ciepły płyn. Niestety temperatura otoczenia spada, dren od kroplówki zamarza, kroplówka przestaje kapać. Z. chucha na "jeziorko", ogrzewa dłońmi, pilnuje infuzji.

Reklama

        Mija kolejna godzina, potem następna. Znajduje nas bez trudu dziennikarz stacji XYZ. Jest sam, ma tylko kamerę na podczerwień. Za to służ-by nie są w stanie nas odnaleźć. Nie wiem ile razy dzwonimy pod 112 i do straży pożarnej, podając nasze koordynaty i domagając się pomocy - może 5, może 10. W pewnym momencie zaczynam krzyczeć na dyspozytora kiedy każe mi "zabezpieczyć pacjentów" z bezsilności i zmęczenia. Ci ludzie zginą jeśli tu zostaną, a my zaczynamy opadać z sił. Jeśli tak straż graniczna szuka ludzi, to rozumiem jak to się dzieje że dziesiątki tysięcy uchodźców dostają się na zachód przez Polskę.

        Konsultujemy się zdalnie z wolontariuszką która kilka razy zawiadamiała SG o uchodźcach w lesie, kiedy chcieli prosić o azyl w pl. Tłumaczy nam że to tak nie działa, służby nas nie znajdą. SG mniej orientuje się w terenie niż my, wielu funkcjonariuszy nie potrafi korzystać z google maps, które doprowadziły nas i dziennikarza na miejsce. Jeśli chcemy żeby ktokolwiek w mundurze nam pomógł, musimy sami sobie ktosia przyprowadzić.

Reklama

        W końcu podejmujemy decyzję żeby się rozdzielić. Nie jesteśmy nią zachwyceni - jest nas czworo, tylko jedna osoba może ruszyć przez bagna i przyprowadzić służby, reszta musi zabezpieczyć osoby uchodźcze. W podlaskich lasach staramy się nigdy nie rozdzielać. Puszcza potrafi zabijać, zwłaszcza osoby samotne.

        Wolo rusza, media filmują, ja idę do trzeciego uchodźcy. On również się pogorszył. Już nie krzyczy i nie płacze, tylko leży oparty o drzewo, owinięty moją kurtką. I wtedy, po prawie trzech godzinach oczekiwania, widzimy w oddali światła. Wolontariusze prowadzą strażaków i dwóch funkcjonariuszy SG.

Reklama

        Szybko mówię wywiad medyczny i pięciokrotnie powtarzam strażakom jakie leki podałam (Ciepłe płyny? Tutaj? Jak? To się nazywa ogrzewacze, panowie). Są chyba oszołomieni sytuacją - nas sześcioro na wysepce po środku bagien to niecodzienny widok. Są jednak mili, pytają mnie jak się czuję, czy wszystko ze mną w porządku, oprócz jednego - napastliwie dopytuje czy stan uchodźców pozwala na transport (???), mówi że to ja biorę odpowiedzialność za nich w trakcie ewakuacji, każe mi zdecydować ilu z naszej trójki wynieść na deskach ratowniczych, bo są tylko dwie. Kiedy się waham, krzyczy na mnie "no już Paulina!! Nie ma czasu, szybka decyzja!!" Gryzę się w język że czekałam na nich prawie trzy godziny, a to dopiero strata czasu, i kładę na deski Pacjenta 1 i 2. Trzeci na moich oczach jako jedyny był w stanie samodzielnie chodzić - ale to było kilka godzin i stopni temu.

        Raz, dwa, trzy. Wspólnie ze strażakami przenosimy mężczyzn na deski i stabilizujemy pasami. Deska pacjenta 1 jest bez pasa do zabezpieczenia głowy - bardzo niebezpieczne na tym grząskim terenie. Przywiązuję mu głowę do deski bandażem elastycznym.

Reklama

        Ruszamy. Na początku strażacy dwa razy upuszczają nosze. Nie dziwię się temu. Teren jest koszmarny. Co chwila przystajemy żeby mogli odpocząć. W pewnym momencie kładą deskę na pniu drzewa. Pacjent 1 razem z deską zsuwa się z pnia, prawie spada do rzeki. Ostrzegawczy krzyk wolontariuszy ratuje mężczyznę przed kąpielą w bagnie.

        Woda, błoto, wykroty. Najgorszy moment - przejście ba-gna które sięgało mi do pasa. Otyły Esgiek utyka, trzeba go wyciągać. Jeden ze strażaków traci but, idzie dalej w skarpetach.

Reklama

        W końcu dochodzimy do pola. Widzimy już światła karetki pogotowia i OSP, są 750 metrów od nas. Pytam czy jest szansa na śmigłowiec LPR? Niestety nie. Dowódca OSP podejmuje decyzję że czekamy. Strażacy są zmęczeni, twierdzą że dalej nie pójdą, ktoś musi ich zmienić przy deskach. Czekamy więc na kolejny zastęp OSP.

        Czekamy więc. Badam temperaturę Pacjenta 2 - podniosła się, znów wynosi ponad 35 stopni. Niemiły mówi do mnie żebym oznaczyła tętno i ciśnienie. Pytam jak to sobie wyobraża skoro mężczyźni są zawinięci w folię NRC, przypięci pasami do deski, na polu gdzie hula wiatr, a odczuwalna temp. wynosi -12.

Reklama

        Mija 10 minut, 20, 30, 40. W końcu mówię do dowódcy że tak być nie może, uchodźcy znów się wychłodzą, musimy iść. Ruszamy. Na ostatnich 200 metrach strażaków zmieniają koledzy. To się nazywa refleks.

        Uchodźcy trafiają do karetek, ratownik informuje mnie że jadą do szpitala w Hajnówce, a ja zaczynam dygotać. Dopiero teraz czuję że nie mam czapki ani kurtki, tylko za duży komin na głowie. Adrenalina opada, cała się trzęsę. Próbuję powiedzieć lekarzowi z karetki wywiad medyczny, ale nie chce mnie słuchać, zatrzaskuje drzwi przed nosem. Widzę swoje odbicie w szybie i świetle kogutów. Wyglądam jak siedem nieszczęść, trzęsąca się jak osika i zabłocona od stóp do głów, człowieka nie przypominam. Na miejscu tego lekarza chyba sama siebie bym nie wysłuchała.

Reklama

        Pytam SG czy możemy już iść. Mówi że owszem, musi tylko spisać nasze dowody.

        Następnego dnia budzę się, biorę do ręki telefon i widzę to (tu Pani Paulina wrzuca linki do informacji, które ukazały się na stronie Straży Granicznej, Interii, Porannego i isokolka - przedstawiające obraz interwencji "oczami" SG, przedstawimy ją na końcu- ak).

        Już opisałam, co jest prawdą.

        A co nią nie jest?

        1. Nie utrudnialiśmy akcji ratowniczej, nie przedłużaliśmy jej, w żaden sposób nie sabotowaliśmy. Myśmy ją zainicjowali, a następnie wielokrotnie żądali, co jest udokumentowane dzięki dziennikarzowi XYZ. (na profilu lekarki jest film z nagraniem rozmów ze służbami - ak).

Reklama

        2. Nie odmówiliśmy podania koordynatów (film - ak). Dwukrotnie je dyktowano. Rzecznik SG stwierdziła że owszem, powiedzieliśmy, że uchodźcy są, ale nie powiedzieliśmy gdzie. To po co ją o tym informować, dla krotochwili?

        3. Koordynaty, które podaliśmy były właściwe, nie jest prawdą informacja o 2 kilometrach różnicy. Ta sama pinezka doprowadziła do uchodźców 3 grupy wolontariuszy i jednego dziennikarza stacji XYZ. Ja sama słabo orientuję się w terenie, ale google maps użyć potrafię.

        4. Kiedy chcę zrobić na kimś wrażenie, idę do fryzjera, wkładam sukienkę i się maluję. Nie przeprawiam się przez bagna i nie spędzam tam wielu godzin, bezskutecznie domagając się pomocy. Nikt z wolontariuszy nie poświęca własnego czasu i nie ryzykuje hipotermii czy utonięcia w błocie dla zrobienia "show". Są na to o wiele przyjemniejsze sposoby.

        5. Absolutnie nie jest prawdą tytuł artykułu (...) - straż graniczna ratuje uchodźców na bagnach, aktywiści odmawiają pomocy. Jedyne co zrobili funkcjonariusze SG - jeden z nich pomógł drobnej wolontariuszce wyprowadzić Pacjenta 3. Jeśli to jest ratowanie, to ok, ratowali, natomiast nikt z aktywistów pomocy nie odmówił.

        Zwracam się do dziennikarzy i redakcji (Interia, iSokolka, Kurier Poranny i inne) które powieliły kłamstwa zawarte w pierwszych 4 punktach. Pisanie nieprawdy jest czasami karalne, ale przede wszystkim z punktu widzenia dziennikarskiej rzetelności nieetyczne. Poza tym, przedstawiliście tylko i wyłącznie punkt widzenia SG, pomimo tego że mówiłam w ogólnokrajowej telewizji że dysponuję dowodami na inną wersję wydarzeń. To również jest nieetyczne.

        Nigdy dotąd tego nie robiłam, ale mam prośbę do wszystkich moich znajomych i przyjaciół, tych o dużych i małych zasięgach. Udostępniajcie, szerujcie, lajkujcie, komentujcie. (...) Mamy szansę udowodnić po raz kolejny, że STRAŻ GRANICZNA KŁAMIE, w ogromnie ważnych (np. pushbacki ciężarnych i dzieci) ale i mniej istotnych sprawach (oczernianie aktywistów).

        Tak więc trzech mężczyzn z Afganistanu żyje, my też żyjemy, a straż graniczna, będąc niezbyt rozgarniętą, podłożyła się pięknie.

        Serdecznie za to dziękuję obu Paniom Rzecznik, Annie Michalskiej i Katarzynie Zdanowicz.

        Dziękuję tym którzy dotrwali do końca. Salam."

        Grupa Granica tak opisała sytuację:

        "7 stycznia, otrzymaliśmy wezwanie o pomoc od trzech mężczyzn z Afganistanu w wieku 21-26 lat.

        Grupa aktywistek i aktywistów Grupy Granica i KIK - Klubu Inteligencji Katolickiej udała się, aby udzielić im pomocy. Po dotarciu na miejsce okazało się, że mężczyźni są w bardzo złym stanie zdrowotnym, w związku z czym wezwano wsparcie medyczne. Na miejsce przybyła Paulina Bownik, lekarka ze Stowarzyszenia Egala. Po zbadaniu mężczyzn uznała, że natychmiast wymagają hospitalizacji. Dwóch z nich co jakiś czas traciło przytomność, a kontakt z nimi był już właściwie niemożliwy. Zgodnie z relacją lekarki, jeden z mężczyzn był w szczególnie złym stanie, chorował na nadczynność tarczycy, od kilku dni nie zażywał leków. Miał obniżoną temperaturę ciała i zaburzone pozostałe parametry zdrowotne i skrajne odwodnienie. Dwukrotnie wymiotował. Drugi mężczyzna również był odwodniony oraz skrajnie wychłodzony. Trzeci pacjent był w stanie histerii, opowiadał o przemocy służb białoruskich i reżimie talibów, potem wpadł w stan, który nie pozwalał na komunikacje i samodzielne poruszanie się. Zgodnie z ich opowieścią przebywali w lesie od 3 dni, przez ten czas pili wodę z bagien. Mówili też, że wcześniej byli kilkakrotnie wywożeni do Białorusi przez Straż Graniczną. Prawdopodobnie bez pomocy nie przetrwaliby tej nocy.

        Osoby udzielające pomocy humanitarnej i medycznej wezwały karetkę. W efekcie w pobliskiej miejscowości pojawili się przedstawiciele OSP KSRG Siemianówka i PSP Hajnówka oraz przedstawiciele Straży Granicznej. Ze względu na trudne warunki dotarcie na miejsce zajęło im 3,5 godziny, byli prowadzeni przez aktywistów i aktywistki. Strażacy następnie wynieśli dwóch mężczyzn na desce ratowniczej, a jedna osoba została wyprowadzona przy pomocy wielu osób. Wyprowadzenie poszkodowanych z tego trudnego bagnistego terenu zajęło około 3 godzin przy pomocy kilkudziesięciu strażaków. Po dojściu do drogi poszkodowani trafili do karetek pogotowia, gdzie udzielono im czynności ratunkowych pomocy medycznej. Następnie zostali zabrani do szpitala w Hajnówce. Zgodnie z relacją aktywistki działającej w szpitalu, są w stabilnym stanie, pacjent z nadczynnością tarczycy jest jeszcze mocno osłabiony.

        Wszyscy trzej mężczyźni zostali objęci wsparciem prawnym przez prawniczkę współpracującą z Grupą Granica. Mamy nadzieję, że dzięki temu uda się uniknąć ich ponownej wywózki, która naraziłaby ich życie i zdrowie. Z doświadczenia wiemy, że wiele osób, których życie i zdrowie było zagrożone, zostało wywiezionych bezpośrednio ze szpitala lub wcale do tego szpitala nie trafiło. Zdarza się, że na miejsce nie przyjeżdża ambulans, lecz samochód Straży Granicznej bez personelu medycznego. Z tego względu wezwanie karetki jest zazwyczaj ostatecznością, na którą decydujemy się, gdy nie ma innego wyjścia, aby uratować życie migrantów i migrantek. Bardzo często osoby przekraczające granicę mimo słabego stanu wolą zostać w lesie niż narazić się na wywózkę do Białorusi lub zamknięcie w ośrodku dla cudzoziemców.

        Bardzo dziękujemy za współpracę zespołom Straży Pożarnej, dzięki którym udało się ewakuować poszkodowanych. Mamy nadzieję, że ich stan zdrowia się poprawi. Apelujemy też do Straży Granicznej o zgodne z prawem działania w stosunku do Afgańczyków. Wszystko wskazuje na to, że wczoraj udało się uratować im życie, ale ponowna wywózka mogłaby stanowić dla nich śmiertelne zagrożenie."

 

        Relacja wspomnianej mjr Katarzyny Zdanowicz, rzeczniczki Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej z 9 stycznia:

        "W miniony weekend przeprowadzono akcję ratowniczą w okolicach Zalewu Siemianówka. W terenie bagiennym, trudno dostępnym utknęło trzech obywateli Afganistanu. Wszystko skończyło się dobrze, ale akcja przeprowadzona byłaby szybciej, gdyba osoby powiadamiające o zdarzeniu chciały współpracować ze Strażą Graniczną.

        W nocy z soboty na niedzielę (07-08.01.2023 r.) dyżurny Placówki SG w Narewce otrzymał około godz. 20.40 informację od strażaków w Hajnówce o zgłoszeniu z Centrum Powiadamiania Ratunkowego dotyczącym trzech migrantów, którzy znajdują się prawdopodobnie w ciężkim stanie na terenie bagnistym w rejonie miejscowości Babia Góra.

        We wskazany rejon natychmiast wysłano patrol Straży Granicznej z Narewki, który wspólnie z OSP z Siemianówki, OSP z Lewkowa i PSP z Hajnówki rozpoczął poszukiwania osób potrzebujących pomocy. Około godz. 21:30 na miejsce dotarła również karetka, która wyjechała dwie minuty po otrzymanym zgłoszeniu. Osób potrzebujących pomocy szukano na podstawie koordynatów i zdjęcia pinezki z lokalizacją przekazanych przez osobę dzwoniąca na numer alarmowy. Około pół godziny później w związku z nieodnalezieniem osób we wskazanym miejscu dyżurny z placówki SG wykonał telefon do osoby zgłaszającej miejsce pobytu cudzoziemców z prośbą o doprecyzowanie rejonu poszukiwań. Rozmówca oznajmił, że nie widzi potrzeby przekazywania informacji Straży Granicznej. W związku z nieodnalezieniem migrantów we wskazanym rejonie w celu wsparcia poszukiwań do akcji zaangażowano patrol z dronem. Postawiono w gotowość także śmigłowiec z Mińska Mazowieckiego. W trakcie prowadzonej akcji po około 2 godzinach od pierwszej informacji do współdziałających ze sobą służb (Straży Granicznej, Straży Pożarnej, służb medycznych) na drogę w okolicach w miejscowości Babia Góra wyszedł mężczyzna, który oznajmił, że prowadzimy poszukiwania w niewłaściwym rejonie i wskaże miejsce prze-bywania cudzoziemców. Po kilkudziesięciu minutach funkcjonariusze Straży Granicznej i Straży Pożarnej wraz z mężczyzną dotarli do miejsca przebywania migrantów. Okazało się, że było one oddalone o około 2 km na południe od miejsca wskazanego wcześniejszą pinezką. Przy migrantach dodatkowo znajdowało się pięć osób wśród nich dziennikarze jednej ze stacji tv. Dwaj migranci byli nieprzytomni, jeden był świadomy, ale w złym stanie zdrowia. Podjęto decyzję o ewakuacji osób lądem. Dwie osoby były niesione przez służby na noszach, jedna prowadzona. Około godziny 1.00 obywatele Afganistanu zostali przekazani służbom medycznym. Mężczyźni zostali przewiezieni do szpitala w Hajnówce. Są przytomni ich życiu i zdrowiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Cała akcja trwała około 6 godzin.

        Przy prowadzeniu akcji ratowniczych dla osób potrzebujących pomocy liczy się każda minuta. Informacje o tym, gdzie przebywają osoby, do których jest wzywana pomoc powinny być przekazywane bezwzględnie wszystkim służbom zaangażowanym w działania. Chodzi przecież o to by bezpiecznie dotrzeć do tych osób i jak najszybciej ratować ich zdrowie, a przede wszystkim życie."

        Jeden z wpisów z Twittera SG: "Czy bagna i rzeki graniczne, gdzie nie ma bariery, to miejsce spotkań nielegalnych imigrantów z aktywistami? Czy warto ryzykować zdrowie i życie cudzoziemców oraz funkcjonariuszy dla medialnego show?"

        Po komunikatach SG aktywiści Grupy Granica napisali:

        "Żądamy poniesienia odpowiedzialności przez Straż Graniczną za niezgodne z prawdą zarzuty wobec aktywistów i aktywistek, w tym w szczególności za naruszanie dobrego imienia Pauliny Bownik, lekarki udzielającej pomocy humanitarnej na pograniczu polsko-białoruskim.

        Wczoraj, czyli w niedzielę 8 stycznia, Straż Graniczna oskarżyła osoby uczestniczące w interwencji humanitarnej o utrudnianie procesu udzielania pomocy trzem obywatelom Afganistanu. Na Twitterze napisano: "skandaliczne zachowanie aktywistów, wspieranych przez jedną ze stacji tv. Nie chcieli podać lokalizacji nielegalnych imigrantów". Komunikat ten stanowi pomówienie: w rzeczywistości aktywistki i aktywiści dwukrotnie podali współrzędne geograficzne centrum kryzysowemu, by ostatecznie samemu przyprowadzić na miejsce nie mogących odnaleźć drogi przedstawicieli służb. Dodatkowo, przypominamy funkcjonariuszom Straży Granicznej, że żaden człowiek nie jest nielegalny.

        Mowa o interwencji z soboty, 7 stycznia, podczas której aktywiści i aktywistki KIK - Klub Inteligencji Katolickiej oraz Grupy Granica udzielili pomocy humanitarnej i medycznej trzem mężczyznom z Afganistanu. Migranci byli w stanie hipotermii, odwodnienia i co jakiś czas tracili przytomność. Po udzieleniu pierwszej pomocy zgodnie z zaleceniem obecnej na miejscu lekarki, Pauliny Bownik, wezwana została karetka pogotowia. Ze względu na to, że interwencja odbywała się na bardzo trudnym terenie bagnistym, konieczne było dodatkowe wsparcie ze strony straży pożarnej. Osoby udzielające pomocy humanitarnej kilkakrotnie podawały centrum kryzysowemu współrzędne geograficzne miejsca, w którym się znajdowały, co wynika z załączonego nagrania.

        Jak mówiła Paulina Bownik w rozmowie z Polsatem: "Sytuacja wyglądała w ten sposób, że te osoby były w bardzo złym stanie zdrowia, w związku z tym po udzieleniu pomocy medycznej natychmiast wezwaliśmy odpowiednie służby, czyli pogotowie ratunkowe i uprzedziliśmy, że niezbędna będzie pomoc straży pożarnej, ponieważ teren był bagienny, bardzo trudny i ciężko było wynieść stamtąd osoby uchodźcze. Niestety odmówiono nam tej pomocy, stwierdzono, że jeżeli wolontariusze nie przyprowadzą odpowiednich służb na miejsce, strażacy nie przyjdą. Również nie pojawią się lekarze, ratownicy, ta pomoc odpowiednia nie zostanie udzielona. Tak więc wolontariusze przyprowadzili na miejsce strażaków, którzy wynieśli te osoby z tego terenu".

        Cała sytuacja była filmowana przez obecnego na miejscu dziennikarza jednej z ogólnopolskich stacji oraz osoby udzielające pomocy humanitarnej. Można więc w prosty sposób udowodnić, że Straż Graniczna naruszyła dobre imię osób udzielających po-mocy, zarzucając aktywistkom i aktywistom utrudnianie udzielania pomocy. Wbrew temu, co twierdzą mundurowi, współrzędne geograficzne zostały przekazane zarówno dyspozytorowi karetek pogotowia, jak i straży pożarnej.

        Niejednokrotnie byliśmy świadkami i świadkiniami pomówień ze strony służb; mają one na celu zdyskredytowanie działań inicjatyw humanitarnych lub ich kryminalizację. Żądamy poniesienia odpowiedzialności przez Straż Graniczną za niezgodne z prawdą zarzuty wobec aktywistów i aktywistek. W tym przypadku szczególnie rażące jest podważanie przez Straż Graniczną dobrego imienia obecnej przy interwencji lekarki.

        Od początku trwania kryzysu humanitarnego celem zarówno Grupy Granica, jak i innych inicjatyw działających na pograniczu, jest ratowanie ludzkiego życia i dążenie do realizacji praw osób przekraczających granicę. Współpracujący z nami lekarze i lekarki działają w bardzo trudnych warunkach, a mimo to nieustannie robią co mogą, by udzielać pomocy medycznej w możliwie najlepszy sposób. Często osoby przekraczające granicę mimo słabego stanu zdrowia nie decydują się na wezwanie karetki - wiedzą, że stanowi to dla nich ryzyko ponownej wywózki do Białorusi przez polskich mundurowych. W tym przypadku podczas interwencji mężczyźni opowiadali o doświadczeniu przemocy ze strony służb białoruskich i kilkukrotnych wywózkach, których doświadczyli ze strony polskich służb. Nieustannie apelujemy do mundurowych przede wszystkim o działania humanitarne, ale też o transparentne i zgodne z prawdą informowanie o swojej działalności."

 

        Joanna Klimowicz z Gazety Wyborczej o nocną interwencję zapytała straż. Opisują akcję jako trudną:

        - Około godz. 20.20 wpłynęło zgłoszenie, że trzej mężczyźni utknęli na podmokłych terenach w okolicy miejscowości Pasieki. Przy zgłoszeniu podana była tzw. pinezka - lokalizacja - relacjonuje mł. bryg. Piotr Chojnowski, rzecznik prasowy podlaskiego komendanta wojewódzkiego Państwowej Straży Pożarnej. - Nasze działania polegały na dotarciu do poszkodowanych osób. Jedna z nich była w poważnym stanie, nieprzytomna. Nasze jednostki ewakuowały je (dwie osoby trzeba było wynieść na noszach) z podmokłego terenu i przekazały służbom medycznym.

        "Piotr Chojnowski dodaje, że akcja we współpracy z SG i pogotowiem była trudna, ze względu na niską temperaturę i podmokły teren. Brało w niej udział osiem zastępów straży pożarnej, około 30 strażaków. Zakończyła się około godz. 2.20-2.25 w nocy (...).

        Prawdziwość relacji wolontariuszy potwierdza Endy Gęsina-Torres, dziennikarz stacji TVN, który wszystko nagrywał kamerą. Dotarł do potrzebujących pomocy samodzielnie, przed służbami. Dostał lokalizację o godz. 20.02, jechał z Hajnówki oddalonej o około 50 minut jazdy, potem przez ponad godzinę przedzierał się przez bagna. Na miejscu był około 22.30.

        Być może to jego obecność podczas interwencji jest odpowiedzią na pytanie, co aż tak rozsierdziło pograniczników, że posunęli się do takiego tweeta. Endy przed 10 laty dał się zamknąć (udając kubańskiego uchodźcę politycznego) w Strzeżonym Ośrodku dla Cudzoziemców w koszarach SG w Białymstoku. Ujawnił, jak są traktowani osadzeni, np. że strażnicy zwracają się do nich po numerach.

        Później, już podczas pracy dla programu TVN Uwaga, Endy wielokrotnie poruszał tematykę łamania praw człowieka, zwłaszcza w odniesieniu do uchodźców i migrantów" - napisała Joanna Klimowicz.

        oprac. ak, fot. Grupa Granica

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama