Reklama

Belgijskie historie

12/12/2008 19:36
Bracia Adam i Tomasz oraz ich przyjaciel Janusz mają po 27 lat. Pochodzą z Mielnika, ale kilka lat temu wyemigrowali do Belgii. Opowiadają o pracy i życiu na emigracji.
          „Trzej przyjaciele z...” - może nie z boiska, przywołując znaną piosenkę, ale na pewno z dzieciństwa. Razem chodzili do przedszkola, później do mielnickiej podstawówki. Nie spodziewali się, że ich dorosłe życie również potoczy się (przynajmniej na razie) tym samym torem. Cieszy ich ten fakt, bo przecież nie ma to jak sprawdzony kumpel w pobliżu.
          - Kiedy przyjechaliście do Belgii?
          Janusz:
          - Pamiętam dokładanie tę wiekopomną chwilę - to było 23 maja 2003 roku, godzina 5 rano.
          Adam:
          - Za kilka dni będę obchodził pierwszą rocznicę. Przyjechałem na początku grudnia ubiegłego roku. Dokładnie w rok po przyjeździe brata.
          Tomek:
          - Tak jak Adam powiedział, byłem tu rok przed nim, czyli w grudniu 2006 r.
          - Jestem ciekawa waszych historii związanych z przyjazdem do Belgii. Jak to było?
          Tomek:
          - Studiowałem mechanikę na Politechnice Białostockiej i po skończeniu studiów zacząłem szukać pracy. Objeździłem wtedy chyba wszystkie możliwe firmy, odbyłem wiele rozmów, jednak wszystkie oferty nie były takie, jakich bym oczekiwał. To znaczy praca była, ale zarobki proponowane były naprawdę marne. Na pracę w Belgii trafiłem przez przypadek. Pamiętam, że będąc na wakacjach u rodziny nad morzem, wpadła mi w ręce „Gazeta Wyborcza”, gdzie w rubryce „praca” znalazłem ogłoszenie, że poszukują ludzi do pracy w Belgii. Wysłałem bez namysłu swoje CV i po dwóch miesiącach dostałem odpowiedź od pośrednika z Holandii. Potem odbyłem dwie rozmowy w Warszawie. Poszło mi chyba dobrze, bo zostałem przyjęty. W taki to sposób jestem dzisiaj w Belgii.
          Janusz:
          - Moja historia jest inna. Studiowałem w Polsce i jednocześnie pracowałem. Miałem własną działalność, zajmowałem się wykończeniówką. Miałem w Brukseli znajomego, który mieszkał już tutaj 15 lat. Podczas jego pobytu w Mielniku, zapytał mnie czy nie chciałbym do niego przyjechać. Z czystej ciekawości pojechałem, ale nie po to, żeby pracować, tylko zobaczyć jak to jest za granicą. Oczywiście trochę zarobiłem, bo przez cztery miesiące nie można tylko zwiedzać. Kiedy jechałem wówczas do Belgii, nie miałem nawet takiej myśli, żeby mieszkać i pracować poza krajem. Dobrze sobie radziłem w Polsce, sam się utrzymywałem, kupiłem samochód. Nie narzekałem. Lekko nie było, ale radziłem sobie. Podczas tego czteromiesięcznego pobytu w Brukseli spotkałem się też z drugim przyjacielem, który namawiał mnie, żeby tutaj zostać, jednak nie zdecydowałem się. Wróciłem do Polski. Po trzech miesiącach, zadzwonił ten mój drugi kolega i zapytał czy nie chciałbym jednak zjechać do Belgii. Odpowiedziałem, że dobrze mi w Polsce. Miałem swoją własną klientelę i trochę ciężko było zostawić to, do czego się doszło przez jakiś okres i również sporo zainwestowało. Wciąż jednak wracałem myślami do Belgii. Pamiętam, że podczas pierwszego pobytu bardzo mi się Belgia spodobała. To znaczy spodobał mi się klimat weekendowych spotkań Polaków, tzn. jest weekend, ludzie się zbierają, grillują, odreagowują cały tydzień pracy. W podjęciu decyzji o wyjeździe do Belgii pomógł mi fakt, że właśnie rozstaliśmy się z dziewczyną i to mnie przybliżyło do decyzji o wyjeździe.
          Adam:
          - Przed przyjazdem do Belgii, przez dwa lata pracowałem w Polsce, w firmie zajmującej się przetwarzaniem kamienia dla sektora budowlanego. Firma mieściła się koło Sandomierza, byłem tam szefem utrzymania ruchu. Z zarobków byłem zadowolony. Pewnego dnia Tomek zaproponował mi, żebym złożył podanie do tej jego belgijskiej firmy, w której już pracował. Wysłałem swoje CV. Po pół roku, zaskoczony, dostałem telefon z tej firmy, że są mną zainteresowani. Oznajmiłem więc mojemu ówczesnemu szefowi, że nastał mój koniec w tej firmie.
          - Czy pracodawcy próbowali was zatrzymać?
          Adam:
          - Mnie zatrzymywali, jednak ja już postanowiłem i wiedziałem, że jeśli będą mnie namawiać do tego, aby zostać, kusić podwyżkami, to i tak odmówię. Dwa lata to był taki okres, po którym czułem chęć zmiany środowiska, spróbowania czegoś nowego. Poza tym, moja pierwsza praca nie może trwać np. 10 lat, nie mogę być uwiązany tylko jednej gałęzi i pewnego dnia szef mi powie - jesteś niewydajny, zwalniam cię. Chciałbym zdobyć bardziej wszechstronne doświadczenie w innych gałęziach przemysłu, bardziej zbliżone do kierunku moich studiów.
          Tomek:
          - Jak odchodziłem z pierwszej belgijskiej firmy, miałem propozycję awansu na stanowisko menadżera ruchu, ale w filii w Polsce, która miała powstać w Stargardzie Szczecińskim. Z tego co wiem, to na razie została kupiona tylko ziemia pod tą inwestycję.
          - Szukając pracy w Polsce, brałeś pod uwagę każde miasto czy kierowałeś się tym, żeby było bliżej domu?
          Tomek:
          - Szukałem pracy w całej Polsce, byłem na rozmowie we Wrześni, w Warszawie, w Olsztynie, w Rybniku i kilka razy w Gdańsku. W 2006 roku były bardzo niskie zarobki i żeby się utrzymać w mieście, to naprawdę trzeba było zarabiać sporo. Mnie na przykład oferowali w Warszawie 1.500 zł. 1.000 zł trzeba było wydać na mieszkanie i 500 zł na życie. Poszaleć z tą sumą to jednak ciężko by było.
          - Czyli o wyjeździe z kraju zdecydowały zarobki?
          Tomek:
          - Jeśli ci przysyłają kilka ofert pracy, to wybierasz tę najbardziej atrakcyjną finansowo. Jeśli masz wybór - dostać 1.500 zł w Polsce czy 6.000 zł za granicą, plus możliwość rozwoju, podszkolenie języka, to co wybierasz? Dla mnie wybór był prosty.
          - Niektórym jest ciężko wyjechać z kraju, opuścić rodzinę. Są tacy, którzy wolą zarobić mniej, żyć skromniej, ale w swoim kraju i przy najbliższych.
          - Zgadza się. Każdy człowiek ma inne plany na życie, inne priorytety itd. Ja też tak myślałem. Chciałem pracować w kraju. Jeśli za granicą, to może przez rok, nie dłużej. Zresztą w tym samym czasie, kiedy odezwali się do mnie pracodawcy z Belgii, odezwały się też dwie firmy z Polski, m.in. z Rybnika. Proponowali chyba 2.000 zł. Ja jednak chciałem spróbować swoich możliwości za granicą. Przecież w każdej chwili mogę wrócić do Polski.
          - W jakich firmach pracujecie w Belgii?
          Tomek:
          - Pierwszą firmą, w której byłem zatrudniony była Van Heyghen Staal w Gandawie, zajmująca się produkcją płyt metalowych dla przemysłu samochodowego. Początkowo pracowałem jako mechanik, potem byłem asystentem inżyniera. Kilka miesięcy temu zmieniłem pracę i obecnie jestem projektantem w LS Project, firmie projektującej linie produkcyjne oraz systemy dźwigowe.
          Adam:
          - Pracuję w poprzedniej firmie brata, ale w innym oddziale. Jestem mechanikiem utrzymania ruchu.
          Janusz:
          - Ja pracuję w firmie z branży budowlanej J.W bati-decor., specjalizującej się w zakresie budownictwa mieszkaniowego i infrastruktury zewnętrznej.
          - Powiedzcie, jakie wynagrodzenie zaoferowane w Polsce, byłoby na tyle dla was satysfakcjonujące, że skusiłoby was do powrotu do kraju?
          Tomek:
          - Za 3.500 zł netto wróciłbym do kraju już dziś.
          Adam:
          - Podobnie jak Tomek i wracam do dowolnego miasta w Polsce.
          Janusz:
          - Gdybym miał robić w Polsce to samo co tutaj, czyli praca w sektorze budowlanym, to musiałoby to być ok. 4.000 zł netto.
          Tomek:
          - Oczywiście poza zarobkami liczy się firma i jej prestiż. Pracuję obecnie jako projektant linii produkcyjnych i jest to moja wymarzona praca. Gdybym pracował za takie same pieniądze w Polsce to czułbym się spełniony w 100 procentach. Teraz zdobywam doświadczenie w pracy za granicą i chcę się ukierunkować.
          - Jak długo planujecie zostać w Belgii?
          Tomek:
          - Obecnie pracuję w firmie, która pozwala mi zdobywać cenne doświadczenie w zawodzie, niezbędne do uzyskania atrakcyjnej pracy w Polsce. Minimalny okres doświadczenia, liczący się na rynku pracy, to rok.
          Adam:
          - To zależy od rynku pracy w Polsce. Tutaj w Belgii mam możliwość rozpoczęcia pracy jako projektant, dlatego myślę, że spędzę jeszcze tutaj przynajmniej rok.
          Janusz:
          - Sądzę, że minimalny okres to około 3-4 lata. Mieszkam już tutaj dość długo i przyzwyczaiłem się do Brukseli. Być może za jakiś czas, jak zmienią się okoliczności, to wrócę do Polski i tam będę szukał pracy lub otworzę własną działalność.
          - Adam i Janusz, wy przed przyjazdem do Belgii, pracowaliście w Polsce. Czy zauważyliście różnice w podejściu do pracownika?
          Adam:
          - Niestety, różnice są zauważalne. Jest zupełnie inne podejście przełożonych do pracowników, przynajmniej z mojego doświadczenia. Atmosfera jest inna. Nie ma nacisku, wszystko jest bardziej na luzie i na pewno nie można dostać siwych włosów. Sądzę, że związane jest to z tym, że w Belgii, w porównywalnym dziale, np. utrzymania ruchu, pracuje przynajmniej dwa razy więcej pracowników, co na pewno pomaga w bezstresowej pracy.
          Janek:
          - Potwierdzę opinię Adama, że różnice są duże. Jak pracowałem w Polsce, to każdy chciał, żebym jak najszybciej skończył i najwięcej błędów zrobił, żeby później mi potrącić z wypłaty. A kiedy przychodził dzień wypłaty za pracę, to była w tym dniu grobowa cisza, nikt się nie odzywał. Tutaj jest odwrotnie. Kawą cię poczęstują, do obiadu zaproszą. Uszanują to, co zrobiłeś, pochwalą. Docenią twoją pracę jeszcze w taki sposób, że wszystkim znajomym pokażą to, co zrobiłeś, powiedzą, że ta osoba to porządny człowiek i tak ci się szybko powiększa klientela. Belg nie zatrudni nikogo bez polecenia. Zdecydowanie wolę pracować dla Belgów.
          - Jak było z językiem? Pracujecie we Flandrii, gdzie mówi się po niderlandzku, a to język mało popularny w Polsce.
          Adam:
          - Język niemiecki i angielski zdecydowanie wystarczy.
          Janusz:
          - Ja mieszkam w tej części Belgii, gdzie mówi się po francusku, więc język którym się posługuję to francuski.
          Tomek:
          - W północnej części Belgii nie ma problemu w komunikowaniu się w języku angielskim.
          - Chodzicie na polskie dyskoteki?
          Janusz:
          - Bardzo rzadko.
          - Dlaczego?
          Janusz:
          - Na polską dyskotekę trzeba pójść na „dopalaczu”, wtedy można by się jakoś pobawić i nie zwracać dużej uwagi na muzykę. We wszystkich panuje disco-polo. Takie potupajki, tak je czasem nazywamy. Dlatego wybieramy zagraniczne.
          - Czego brakuje wam w Belgii, co mieliście w Polsce?
          Adam:
          - Na pewno brakuje atmosfery świąt, szczególnie Bożego Narodzenia. Po pierwsze nie ma śniegu, po drugie nie ma tej świątecznej gorączki, przygotowywania potraw, śpiewania kolęd. Niby sklepy udekorują, postawią choinkę, ale to nie to. Rok temu przed wigilią, coś tam szybko, w biegu kupiliśmy w supermarkecie. No i nie było z nami rodziny. Wigilię spędziliśmy we czworo ze znajomymi.
          - A co wam się podoba w Belgii, czego nie mieliście w Polsce?
          Adam:
          - Na pewno jest tu świetnie rozwinięta komunikacja. Nie tylko pomiędzy miastami, ale krajami. Pamiętam, któregoś sobotniego wieczoru przyjechał do nas kolega Norbert i rzucił „skoczmy jutro do Paryża”. Pomyśleliśmy czemu nie i po kilkunastu godzinach wspinaliśmy się już na wieżę Eiffla. Równie szybko można się znaleźć np. w Amsterdamie, Waterloo. Po wielu latach doświadczeń z naszym PKP, tu można rzeczywiście poczuć się jak w XXI wieku.
          - Byliście na Kubicy podczas Grand Prix Belgii?
          Janusz:
          - Jak na zagorzałych kibiców Formuły 1 przystało, nie mogło nas tam nie być.
          - Czy to zainteresowanie F1 zaczęło się wraz z udziałem Polaka?
          Janusz:
          - Ja jestem fanem F1 od dawna - pamiętam walki Alaina Prosta i Ayrtona Senny, a poźniej znakomitego Szumigo. Teraz mamy naszego Kubicę. Jak jechał w Kanadzie, to siedzieliśmy przed telewizorem, z szampanem w ręku. No i wówczas wygrał, to taki był hałas w naszym mieszkaniu, że z pierwszego piętra przychodzili i nas uciszali. Kiedy już oglądaliśmy Kubicę na żywo w SPA, to było to wspaniałe. Klimat wyścigu F1 jest bardzo kulturalny, są kibice Ferrari, Maclarena, BMW, wszystkim chodzi o dobre widowisko i dużo walki. Po każdym wygranym pojedynku na torze słychać wrzawę i oklaski od wszystkich fanów, niezależnie komu kibicują.
          - Śledzicie to, co się dzieje w Polsce?
          Janek:
          - Naturalnie, ze wszystkim jesteśmy na bieżąco. TVN24 ogladamy właściwie non stop, poza tym Wiadomości, Fakty, serwisy internetowe i portal nasza-klasa, to tak, na bieżąco z informacjami o znajomych.
          - Wasze ulubione miejsce w Brukseli?
          Adam:
          - Grand Place, czyli Stare Miasto.
          Tomek:
          - Atomium.
          Janusz:
          - Lubię brukselskie parki i klimat kafejkowych wieczorów.
          - Na święta wyjeżdżacie do Polski?
          Adam:
          - My z Jankiem zostajemy niestety w Belgii.
          Tomek:
          - Ja jadę do Polski na dwa tygodnie.
          - Dziękuję za rozmowę

          Iwona Sawicka, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. IS
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama