Reklama

Bruksela - Nie mam po co wracać

02/01/2013 21:54

Edward Dąbski ma 64 lata i od 20. lat mieszka w Brukseli. Jest akordeonistą. Przez lata pobytu w stolicy Belgii, pan Edward nagrał trzy płyty, zagrał w filmie oraz sztuce teatralnej. Gra również w orkiestrze. Można go też posłuchać na stacjach brukselskiego metra, gdzie wygrywa polskie melodie.

- Pochodzi pan z małej wioski na Lubelszczyźnie, z Krzczonowa. Ma pan bogaty życiorys. Przed wyjazdem do Belgii był pan zaangażowany politycznie i artystycznie.

- W Polsce pracowałem w Gminnym Ośrodku Kultury jako instruktor muzyki i oprócz tego prowadziłem 8-hektarowe gospodarstwo rolne. Działałem w samorządach, byłem radnym i członkiem zarządu gminy Krzczonowo, radnym sejmiku oraz przewodniczącym komisji rewizyjnej sejmiku lubelskiego. Założyłem Solidarność Chłopską Ziemi Lubelskiej, działałem w Krajowej Radzie Solidarności Rolniczej „NSZZ Rolników Indywidualnych”. Później byłem członkiem lubelskiego prezydium „PSL-Porozumienie Ludowe”. W 1991 r. kandydowałem do Sejmu, a w 1993 r. do Senatu. Dzięki Bogu, że się nie dostałem. Byłem redaktorem naczelnym „Gazety Krzczonowskiej”.

Reklama

- Poza licznymi pełnionymi funkcjami, działał pan również w kabarecie.

- Występowałem w kabarecie „Rzep”, był to w owym czasie bardzo znany kabaret. Objeździliśmy z nim całą Polskę. WFD w Warszawie nakręciła o nas film krótkometrażowy „Rzep”. W radiu Lublin, w każdą sobotę i niedzielę w audycji „Pod kogutkiem” puszczano nasze piosenki. Od władz Lublina dostałem odznakę „Zasłużony Działacz Kultury”.

- Co się stało, że wyjechał pan do Belgii?

- Kiedy pracowałem w Gminnym Ośrodku Kultury, byłem też członkiem rady gminy, w której mieliśmy przewagę jednego głosu nad Zjednoczonym Stronnictwem Ludowym. ZSL chciało ograniczyć nasz budżet, a nawet padł pomysł, by zlikwidować dom kultury. Gmina nie dokładała ani grosza do naszego utrzymania, a to my z dyrektorem GOK-u doprowadziliśmy do tego, że GOK wypracowywał pieniądze na swoją działalność. Ukończyłem nawet kurs kamerzysty w lubelskiej telewizji i nagrywałem wesela. Robiłem to społecznie, wszystkie pieniądze przeznaczałem na dom kultury.

Reklama

Kiedy tak nas atakowano, że nie ma pieniędzy, postanowiłem na kilka miesięcy pojechać do Belgii, po to, by zarobić na GOK. Wziąłem bezpłatny, trzymiesięczny urlop.

Kiedy przyjechałem do Brukseli, jeden z naszych radnych zachorował i podjęta została uchwała o likwidacji GOK-u. Wszystkich pracowników zwolnili. Dyrektor do mnie zadzwonił i mówi, Edek jak masz pracę to nie przyjeżdżaj, bo tu już pracy nie masz, więc nie masz do czego wracać. Wkrótce dostałem pismo, że zostałem zwolniony dyscyplinarnie, bo nie stawiłem się po urlopie do pracy, której i tak już nie było. Zostałem więc w Brukseli. Pracowałem na budowach jako pomocnik, a w wolnym czasie grywałem na ulicy i na stacjach metra oraz w kabarecie w jednej z restauracji. Grałem przy Rogier, na rue Neuve, była to ulica artystów, pełna muzyków i malarzy. Z całego świata.

Reklama

- Aż pewnego dnia przyszła policja i zabrała na komisariat.

- Akurat grałem przy Gare Centrale, czyli dworcu centralnym. Podeszło trzech funkcjonariuszy i kazali mi iść za nimi. Już wyobrażałem sobie, że będę deportowany, bo znajomy muzyk powiedział mi wcześniej, że prawie wszystkich muzyków odsyłają do swoich krajów. Na komisariacie jeden z policjantów zobaczył, że stoi koło mnie akordeon i kazał mi grać. Rozciągnąłem akordeon do granic możliwości i zacząłem grać. Pracownicy innych działów wyskoczyli ze swoich pokoi, żeby zobaczyć co się dzieje. Potem postawili mnie pod ścianą, porobili zdjęcia i podsunęli pismo po niderlandzku do podpisania. Mówiłem, że nie podpiszę, bo nic nie rozumiem i że chcę się skontaktować z polskim konsulatem. Oni, gestykulując próbowali mi wytłumaczyć, że jest to pismo, które jak pokażę przy następnej kontroli policji, to nie będę miał żadnych problemów. Swego rodzaju pozwolenie na publiczne granie. Uwierzyłem i w końcu podpisałem. Zapytałem jeszcze dlaczego dali mi to pozwolenie, odparli – „bo ładnie grasz”. Opuściłem komisariat i bliski zawału wróciłem do domu.

Reklama

- Następnego dnia, grał pan na stacji metra Simonis i przyszła ponowna kontrola.

- Na szczęście byli to dobrze mi znani policjanci, bo ci sami, którzy dali mi ten dokument dzień wcześniej. Najpierw mi zasalutowali i poprosili o stosowne dokumenty, ale już z uśmiechem na twarzy. Jeden policjant pokazał nawet drugiemu, że to on mi je wydał. Na koniec wrzucili mi kilka franków i odeszli. Potem mój znajomy, profesor z Odessy, również muzyk, powiedział mi, że ponad setkę grajków deportowano i zostało tylko kilku szczęściarzy, którym dano pozwolenie.

Reklama

- Od kiedy gra pan na akordeonie?

- Naukę zacząłem w szkole podstawowej. Moja mama śpiewała i grała na mandolinie. Prawie wszyscy mieli akordeony, ja nie miałem, ale za jakiś czas udało mi się go kupić. Grywałem na zabawach, weselach, dożynkach.

- Obecnie, w Brukseli również jest pan zapraszany na podobne imprezy.

- Jestem zapraszany na polskie i belgijskie imprezy. Gram na polskich chrzcinach czy weselach, natomiast często uczestniczę w imprezach organizowanych przez brukselskie gminy, z okazji choinki, święta ulicy, zdarza się, że też na Sylwestra.

Reklama

- Przez 15 lat, jako jedyny Polak, grał pan w Brukseli w międzynarodowej orkiestrze „Jour de fêtê”.

- W orkiestrze jeszcze grywam, ale sporadycznie. Mam problemy ze zdrowiem i próby są już dla mnie męczące. To prawda, jestem jedynym Polakiem w tej orkiestrze, gra tam sześćdziesięcioro muzyków z całego świata. Z koncertami objeździliśmy całą Belgię i południową Francję. W orkiestrze gra mój serdeczny przyjaciel Olivier Deleuze, szef partii ekologicznej „Ecolo”, niedawno został burmistrzem gminy Watermael-Boitsfort. Wcześniej był ministrem energetyki.

Reklama

- Ciekawostką jest, że wystąpił pan w filmie, a przez pół roku grał pan w sztuce teatralnej.

- Zagrałem w filmie Alexa Stockmana „In de Vlucht”. Była to historia o młodym chłopaku, któremu się śpieszy. Zagrałem akordeonistę i wykonałem w filmie polską piosenkę „Wesele”. Ze sztuką teatralną wiąże się dłuższa historia. Powstała ona w 2007 roku w teatrze de la place w Liege, tam dojeżdżałem na próby. Sztuka była pastiszem na Parlament Europejski, a dokładnie na komisję kultury, wszystko przedstawione w krzywym zwierciadle. Grałem w niej polskiego muzyka. Sztukę graliśmy przez pół roku, we Francji, w Luxemburgu, w Brukseli, w Niemczech. We Francji graliśmy w małej wiosce Bussang, położonej w górach, gdzie jest tylko kościół, szpital i teatr. Teatr otwarty jedynie przez dwa miesiące w roku, w czasie wakacji, ze względu na brak ogrzewania. Proszę sobie wyobrazić, że teatr ma 800 miejsc i podczas naszych spektakli nie było wolnych miejsc. Ludzie pokonywali kilkaset kilometrów, żeby obejrzeć przedstawienie.

Reklama

- By grać na stacjach metra potrzebne jest pozwolenie poprzedzone egzaminem. Jak wyglądał pana egzamin?

- Trzeba złożyć podanie o akredytację. Któregoś dnia dostałem telefon ze STIB-u, czyli przedsiębiorstwa transportu publicznego, żeby się zgłosić do ich siedziby na egzamin. STIB ma zawartą umowę z profesorami konserwatorium muzycznego w Paryżu i ci profesorowie egzaminowali swoich studentów, którzy podczas wakacji chcieli zarobić grając w metrze w Brukseli. Ja tego dnia byłem po próbie teatralnej w Liege, wróciłem bardzo zmęczony, a tu mi każą grać utwór za utworem. Powiedziałem, że nie będę więcej grał, bo nie mam sił i jeśli nie chcą mi dać pozwolenia, to nie. Oczywiście dali mi.

Reklama

- W Brukseli ma pan swoją działkę, którą odwiedza codziennie.

- Tak, jestem działkowcem, mam swój ogródek działkowy, który dostałem od gminy Jette. Taka działka to olbrzymia przyjemność, zwłaszcza jeśli się pochodzi ze wsi. Mam tam mnóstwo kwiatów, sieję warzywa, rosną drzewa owocowe, maliny, truskawki, porzeczki, a nawet figi. Co roku ogłaszany jest konkurs na najładniejszy ogródek i co roku jakąś nagrodę otrzymuję. Na działkę jeżdżę codziennie, a zajmuje mi to godzinę w jedną stronę. Jednak te kilka godzin na działce, gdzie jest świeże powietrze, to świetny odpoczynek i regeneracja.

Reklama

- Czy planuje pan wrócić do Polski?

- Ale ja nie mam po co wracać. Co prawda mam już tam przygotowany grobowiec, więc jak wrócę, to chyba tylko, żeby się w nim położyć. Kilkanaście lat temu miałem zawał, więc teraz muszę uważać na zdrowie i pilnować leków. Kiedy rozmawiam z moimi kolegami w Polsce, ile tam trzeba czekać na wizytę do kardiologa, to nie mogę uwierzyć. Tutaj, w Brukseli chodzę do wspaniałego polskiego kardiologa, pana Waśkiewicza. Kiedy tylko muszę pójść na spotkanie, dzwonię i za kilka dni mam wizytę, za którą potem dostaję zwrot z ubezpieczalni. Opieka zdrowotna w Belgii i Polsce to niebo a ziemia. Do Polski jeżdżę każdego roku. W tym roku jadę na święta i planuję zostać kilka miesięcy. Mam tam mamę, która ma 88 lat i której muszę pomóc, zwłaszcza zimą.

- Czego życzy pan sobie i Polakom w Nowym Roku?

- Dla mamy i dla siebie zdrowia, dla moich dzieci i wszystkim rodakom pracy oraz poprawy sytuacji ekonomicznej w kraju.

Iwona Sawicka, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz fot. IS

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Romek z Lublina - niezalogowany 2024-05-18 08:02:14

    Znam Edka od najmłodszych lat. Prawdziwy artysta - multiinstrumentalista.. Nauczył mnie gry na akordeonie.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama