Fragmenty wspomnień byłej mieszkanki Siemiatycz, Rachel Lisogurski wydanych w Kanadzie pt. „Daring to Hope”, (R. Lisogurski, Ch. Broder, The Azrieli Foundation and others, 2020)
„22 czerwca 1941r. o godzinie czwartej rano Niemcy rozpoczęli atak zza rzeki Bug. Wszystkie duże pociski spadły na ratusz, a następnie z samolotów spadły bomby. Około godziny trzeciej popołudniu budynki doszczętnie spłonęły. Ponad rok zajęło potem robotnikom żydowskim (każdy kto był w stanie stać na nogach był uważany za robotnika) uprzątnięcie wszystkich gruzów. Ja byłam zwolniona z pracy ze względu na to, że miałam małe dziecko, ale chodziłam tam dosyć często, aby uspokoić swoje sumienie. Widziałam jak ciężko każdy pracował i co się działo, gdy robotnik nie dał rady nadążyć.
Nazista i jego pies przez cały czas obserwowali pracujących i jeśli widzieli, że któryś z robotników zwolnił, pies mógł go prawie rozerwać na kawałki. Z mojego okna mogłam widzieć, w jaki sposób „pies" na dwóch nogach uderzał potem pejczem o swoje lśniące buty, zadowolony z tego, że jego czworonożna bestia tak dobrze wykonała swoją robotę.
Starałam się robić wszystko, aby Chanale (córka – przyp. MAN) nie widziała całej tej przemocy. Chciałam, aby żyła w przekonaniu, że ludzie są dobrzy, ale będąc świadkiem wszystkich tych scen, było mi bardzo trudno opowiadać historie o dobrych ludziach. Pewnego razu, zanim jeszcze powstało getto, zostaliśmy złapani za naruszenie godziny policyjnej i ten incydent również sprawił, że byłam przekonana, że lepiej byłoby żyć w getcie.
Godzina policyjna oznaczała, że nie mogliśmy wychodzić poza dom po godzinie piątej popołudniu. W tamtym czasie moi rodzice żyli w mieszkaniu nad mieszkaniem Heni (siostry – przyp. MAN), dwa domy od naszego. Poszłam ich odwiedzić z Chanale i dziadkowie – jak to dziadkowie – bawili się z nią, zwłaszcza mój ojciec. Reagował bardzo serdecznym śmiechem na wszystko, co powiedziała. Córka, widząc taką reakcję dziadka, starała się, aby się czuł szczęśliwy. Zapomniałam, że czas płynął i było już dwie minuty po piątej. Kiedy chwyciłam Chanale i wybiegłam na zewnątrz, zobaczyłam tam wysokiego Niemca. Zakryłam głowę mojej małej córeczki rękami i zaczęłam przepraszać, ale on nie słuchał tego, co mówiłam i uniósł skórzany pejcz nad nami. Nie wiem, w jaki sposób Chanale potrafiła uwolnić głowę z moich rąk, ale patrzyła prosto na niego, bez płaczu. Być może spojrzenie w jej oczy spowodowało, że opuścił rękę, nie uderzając nas, ale zamiast tego krzyczał na nas. Szybko dobiegłam do domu i dopiero tam zaczęłam płakać. Naturalnie, po tym incydencie rzadko wychodziłam z domu z Chanale. Ona to wszystko dobrze zapamiętała. W getcie często mówiła: „Jak to dobrze, że tu jesteśmy. Nie musimy wychodzić na zewnątrz, aby widzieć się z babcią i dziadkiem".
(…) Była środa, 1 lipca 1942r., kiedy przewodniczący Judenratu (rady żydowskiej powołanej przez władze niemieckie dla administrowania społecznością żydowską i wdrażania dotyczących jej zarządzeń i rozkazów- przyp.) Izrael Rosenzweig ogłosił, że do 1 sierpnia wszyscy Żydzi z Siemiatycz mają opuścić swoje domy i znaleźć się w specjalnie w tym celu utworzonym getcie.
Niemcy postanowili, że powstanie ono we wschodniej części Siemiatycz, za rzeką Kamionką. Tam w owym czasie była zlokalizowana większość małych fabryczek i innych zakładów. Wśród nich największe należały do braci Maliniak (fabryka ćwieków drewnianych), Belkesa i Dajcza (obie – fabryki kafli). Z mniejszych zakładów można wymienić fabryczkę Kotlera. Należały one do Żydów uznanych za okupacji sowieckiej za burżujów i w rezultacie w większości wywiezionych w 1940 r. na Syberię. Wedle niemieckich planów, w procesie tworzenia getta chrześcijańscy robotnicy mieszkający w okolicy tych zakładów, w kwadracie ograniczonym ulicami Koszarową (dzisiaj: Kościuszki), Wysoką, Górną i Słowiczyńską, mieli oddać swoje domy Żydom i przenieść się do opróżnionych domów żydowskich w innych częściach miasta.
Rachel Lisogurski w swoich wspomnieniach zwróciła uwagę, że domki polskich robotników fabrycznych były małe, jednorodzinne, z maksymalnie trzema pomieszczeniami i maleńkim ogrodem a w getcie każdy z nich musiał pomieścić kilka rodzin żydowskich. Oddajmy dalej głos autorce tych wspomnień.
„Co mamy jednak zrobić z naszymi meblami? Ja osobiście mniej się o to niepokoiłam niż inni, ponieważ w ubiegłym roku zostałam okradziona już na samym początku okupacji Siemiatycz przez Niemców (po 22 czerwca 1941r. – przyp.). Zadbał o to wyrostek, który uważał, że nie obsłużyliśmy go właściwie, kiedy przyszedł nabyć – bez pieniędzy – jakieś urządzenia elektryczne, które sprzedawaliśmy. Widział nasze meble (które były nowe, bowiem wyszłam za mąż niedawno – trzy lata temu) i gdy Niemcy, zaraz po wejściu, zaczęli gromadzić wyposażenie do swoich biur, pierwszym domem, do którego ich zaprowadził, był nasz. Zabrali wszystko oprócz łóżka.
Prawdziwym kłopotem dla nas było podjęcie decyzji z jaką rodziną mielibyśmy zamieszkać i jaki dom wybrać, gdyby istniał jakiś wybór. Czułam, że przenosiny do getta nie będą naszym ostatnim krokiem prześladowczym z rąk Niemców. Wszyscy jednak byli głównie zajęci tym, w jaki sposób zamienić meble na żywność, złoto lub dolary, nie słuchali więc albo nie chcieli słuchać, że sprawy mogą potoczyć się jeszcze gorzej. Sami się oszukiwaliśmy, wierząc, że mamy być przewiezieni gdzieś do pracy. Dopiero później uzmysłowiliśmy sobie, że getto było w rzeczywistości paszportem na śmierć.
Zastanawiałam się, kto zechce zamieszkać z nami, z naszą małą Chaną (córeczką – przyp.), która nie miała nawet czterech lat. Pewnego dnia mój mąż Avrumeh doniósł, że widział się z Jettą Weinstein, która chciałaby do nas dołączyć. Byłam wzruszona. Była kuzynką mojej szwagierki Chany a równocześnie jedną z najlepiej wykształconych osób mieszkających w Siemiatyczach. Mieli z mężem dwunastoletniego chłopca Chaima i dwie dziewięcioletnie dziewczynki bliźniaczki. Nasze dwie rodziny musiałyby pomieścić się w jednym pokoju. (...)
Getto było w części miasta zwanej „Zamościem". Przebiegały przez nie dwie główne drogi, miało więc trzy odrębne strefy, każda z drewnianym ogrodzeniem i drutem kolczastym na jego szczycie. Kiedy przyszedł czas na przenosiny, Avrumeh przyszedł do domu z nowiną, że pani Rosenzweig zapytała, czy chcielibyśmy zamieszkać z nimi. Rosenzweigowie lubili bardzo naszą Chanę, podobnie jak ich osiemnastoletni syn Chazkel i trzynastoletnia córka Ruzka, którzy często bawili się z nią w swoim domu. Pani Rosenzweig często mówiła: „Moje dzieci są za duże, abym się z nimi bawiła! Przyślijcie waszą Chanę."
Musieliśmy więc zdecydować, z kim zamieszkać i w której części getta. W sytuacji, gdy Rosenzweig stał na czele Judenratu, kiedy jego żona zwróciła się z tą propozycją, pomyślałam najpierw, że zgoda oznaczałaby, iż mielibyśmy lepsze warunki. Głównie jednak nie mogłam odmówić, bowiem oznaczałoby to obrazę a kto chciałby mieć złe relacje z przewodniczącym Judenratu? Wyjaśniłam im jednak, że razem z nami musieliby przenieść się również moi rodzice. W rezultacie w jednym domu znaleźliśmy się wszyscy – ja z Avrumehem i Chaną, moi rodzice, siostra Henia z rodziną i Rosenzweigowie. W dwanaście osób mieliśmy dwa małe pokoje i kuchnię. Mieliśmy też ogródek, w którym rosły kartofle. Kończył się on ogrodzeniem z drutu kolczastego. Zaraz za nim były już wzgórza otaczające miasto.
Pierwszy miesiąc (sierpień – przyp.MAN) byliśmy zajęci porządkowaniem naszego domu. Rosenzweigowie zajęli jeden pokój, Henia i ja z rodzinami mieliśmy drugi, a mój ojciec z matką spali w kuchni. Moja matka przekonywała mnie, że kuchnia bardzo im odpowiadała, bowiem zawsze wstają rano wcześniej od innych a byli za starzy na to, aby przeskakiwać przez nasze posłania, które były poza tym połączone ze sobą tak blisko, że nie było między nimi żadnej przestrzeni.

Na początku naprawdę myśleliśmy, że być może lepiej się stało, że znaleźliśmy się w getcie. Wszyscy potrzebujący byli zgromadzeni w jednym miejscu i łatwiej było chłopom i gospodarzom podchodzić do ogrodzenia i przekazywać jedzenie za rzeczy, jakimi mogliśmy im za nie zapłacić. Niemcy nie pojawiali się w getcie zbyt często. Wszystkie ich polecenia były przekazywane Judenratowi a policja żydowska miała za zadanie je egzekwować. Każdego ranka osoby zmuszone do świadczenia pracy zbierały się i maszerowały w kolumnie poza getto do głównej części miasta, skąd wysyłano ich do pracy w różne miejsca.
Przedtem mieszkaliśmy w centrum miasta, w mieszkaniu wynajmowanym od szewca Chaima, którego nazywano „Pośladki' (prawdopodobnie w rzeczywistości dosadniej – przyp. MAN). Moje okna wychodziły na rynek i „Szczotkę" ( w oryginale w jęz. angielskim - „Broom", chodzi o kompleks budynków zbudowany w miejscu starego ratusza, zniszczony w rezultacie nalotów niemieckich w pierwszym dniu wojny 22 czerwca 1941r. – przyp. MAN), jak nazywaliśmy to miejsce w centrum miasta. Miało kształt kwadratu, z otaczającymi go sklepami - być może było ich ze sto - ponad którymi znajdowały się mieszkania. Zostały zbudowane przed ponad stu laty, ich ściany były kamienne i bardzo grube. Mieszkańcy Siemiatycz byli zwykli mówić, że ta „Szczotka" przetrwała wiele wojen a nawet ogień pożarów nie mógł jej zniszczyć. Jak się jednak później okazało, nie wyobrażali sobie wojny takiej, jak ta, która nadeszła".
(…) „Mijał drugi miesiąc naszego pobytu w getcie, w drugi dzień święta Rosh Hashanah (Święto Trąbek – judaistyczne święto nowego roku - 12 września 1942r. – przyp. MAN), pod koniec modlitwy w małym domku, w którym była zaimprowizowana synagoga, dziesięciu lub więcej żołnierzy niemieckich z psami wtargnęło do getta. Wezwali Rosenzweiga i zaraz potem pojechali z nim do synagogi, gdzie nakazali wszystkim Żydom zebrać się na placu przed fabryką Maliniaka. Niemcy i ich psy złapali wszystkich Żydów, jakich udało im się dopaść i zagnali ich na ten plac.
Byłam wtedy z Chanale (córką – przyp. MAN) i moim siostrzeńcem Shieleh oraz z Henią (siostrą – przyp. MAN) i jej mężem. Zdołałam zrobić dziurę w ogrodzeniu od strony wzgórz i powiedziałam dzieciom, aby szybko pobiegły i znalazły Avrumeha (męża – przyp. MAN), który wtedy pracował dla Niemców jak elektryk w szkole. Szkoła znajdowała się niedaleko, ale po drugiej stronie getta. Kiedy na placu fabryki Maliniaka zgromadziło się tylu Żydów, ilu Niemcom udało się zebrać, zaczęli organizować nas w grupy. Członkowie Judenratu mówili nam, że będziemy wysłani do pracy, być może daleko na terytorium sowieckie. Mój ojciec i matka nie byli ze mną. Nie wiedziałam, czy zostali zastrzeleni czy też uciekli. Nie wiedziałam co może się z nami stać. Być może prawdą było, że mieliśmy być wysłani do pracy. Jedno było jednak pewne – że nigdy nie zobaczyłabym ponownie mojego dziecka. Czułam się sparaliżowana z bólu. Ludzie zaczęli cicho płakać oraz poruszać się wokół, szukając dla siebie grupy, która wydawała się im lepsza. Ja jednak nie patrzyłam na to, co się działo. Miałam przed oczami wyłącznie moją małą Chanałe w czerwonej sukieneczce biegnącą w poszukiwaniu swego ojca. Niemcy trzymali nas tam przez kilka godzin, licząc i selekcjonując ludzi, a następnie krzyknęli „Wracać do domu!".
Zdenerwowani rodzice spotkali nas w drzwiach domu. Nie wiedzieli, co się stało. Dowiedziałam się od nich, że żołnierz niemiecki widział się już z moim ojcem i oznajmił mu, że jest za stary do pracy. (...) Kilka minut później przyszedł Avrumeh z Chanale i Shieleh. Dzieci mogły zostać zabite w strzelaninie wokół getta, ale zdołały znaleźć Avrumeha i powiedziały mu, co się dzieje. Ani my ani Rosenzweig nie wiedzieliśmy, dlaczego wszyscy Żydzi zostali zebrani w jednym miejscu. Czy odbywała się jakaś próba? Czy może rzeczywiście był rozkaz, aby zmobilizować robotników, który został następnie odwołany? Zdarzenie to dało mi wiele do myślenia o tym, jak należy zareagować następnym razem w podobnej sytuacji. Czy jednak ktokolwiek mógł robić plany wtedy podobne plany? Zdecydowałam jednak w jednej kwestii, że nigdy nie pozwolę na utratę Chanale z oczu nawet na sekundę. Mogła zostać łatwo zabita przez zabłąkaną kulę!
Nie wyzwoliliśmy się jeszcze z szoku po tym wydarzeniu, kiedy do getta przybyła nastoletnia dziewczyna z Warszawy i powiedziała, że wraz z rodziną znalazła się w bydlęcych wagonach pociągu do Treblinki. Wtedy usłyszeliśmy po raz pierwszy tę nazwę – Treblinka. Kiedy pociąg przejeżdżał obok zabudowań niedaleko obozu, kobieta na zewnątrz krzyknęła „Wiozą was do Treblinki na śmierć. Są tam specjalne piece, które zbudowali, aby was spalić. Wyskakujcie! Uciekajcie i chowajcie się, gdzie możecie!".
Matka dziewczyny, po usłyszeniu tych słów przekonywała córkę do wyskoczenia z pociągu. Błagała ją, aby uciekła i starała się żyć wśród chrześcijan. Dziewczyna, która była szczupła, prześliznęła się przez niewielki otwór w suficie wagonu, wyskoczyła z pociągu. Szła całą noc, po czym podeszła do jakiegoś domu. Powiedziała ludziom, którzy tam mieszkali, że jest chrześcijanką. Z wyrazu ich twarzy wywnioskowała jednak, że nie uwierzyli w jej kłamstwo i – bojąc się, że mogą ją wydać – poszła dalej. W ciągu dnia ukrywała się. Szła wyłącznie w nocy.
Przyszła w końcu do Siemiatycz i dotarła do biura Judenratu. Dowiedzieliśmy się więc o tym jako pierwsi. Wkrótce już prawie każdy o niej wiedział. Takie wiadomości zwykle szybko się rozchodzą.
Wszyscy jednak twierdzili, że jej nie wierzą. Być może instynktownie nie mogliśmy uwierzyć, że coś tak strasznego mogłoby się wydarzyć. „Świat by na to nie pozwolił" - ludzie upierali się. Ja sama byłam przerażona. Kilka lat wcześniej zaczęłam czytać książkę Hitlera „Mein Kampf". Nie skończyłam jej, bo zbyt okropne było czytanie o tym, co Hitler zamierzał – jak twierdził - zrobić z Żydami. W jaki sposób Niemcy mogli popierać tego maniaka?
Kiedy powiedziałam innym, że przeczytałam dużą część „Mein Kampf" i że Hitler otwarcie pisał o wyniszczeniu wszystkich Żydów – i że dokładnie to czynił – każdy był na mnie zły. Oskarżali mnie o sianie paniki w getcie. Spanikowani ludzie mogliby zacząć robić głupstwa i jeden nieostrożny Żyd mógł spowodować setki śmiertelnych ofiar. Starałam się zachować dla siebie wszystkie moje obawy ale patrzyłam na każdego ze świadomością, że jutro mogliby już nie być wśród żywych. Jednak w przypadku mojej Chanale nie mogłam znieść myśli, że ona również straciłaby życie, bowiem została urodzona z żydowskich rodziców. Co mogłabym zrobić? Z jej ciemnymi włosami i wielkimi czarnymi oczami wyglądała typowo po żydowsku, a więc nie mogłabym nawet prosić kogokolwiek spośród nie –Żydów, aby ją do siebie wzięli.
Nawet, jeśli ludzie nie rozmawiali bardzo otwarcie o wiadomościach, z jakimi przybyła dziewczyna z Warszawy, - a wielu usiłowało je odrzucać jako coś, co się działo tylko w Warszawie, gdzie być może było zbytnie zagęszczenie, choroby oraz brak wystarczającej ilości żywności – niektórzy zaczęli się jednak obawiać, że to samo może stać się i tu, i możemy naprawdę zostać wysłani na śmierć. Nasza rodzina rozpoczęła budowę podwójnej ściany na strychu naszej małej stodoły, aby tam się ukryć. Później dowiedzieliśmy się, że inni, kierując się tą samą ideą, również przygotowali podobne kryjówki w piwnicach lub stodołach, chociaż miejsca takie mogły służyć tylko przez bardzo krótki czas.
Pewnego wczesnego niedzielnego poranka na początku października do naszego domu przybyła moja ciotka Tsippe, która wyszła za mąż za brata mamy Velvela, oraz dwaj jej synowie Jankiel i Herszke, a także żona Herszke i ich dwoje dzieci. W jak sposób się tu dostali? Dlaczego tu przyjechali? Ich cała rodzina żyła w dużym gospodarstwie w miejscowości Wieska, wsi po drugiej stronie Bugu (dzisiaj: w gminie Jabłonna Lacka, pow. Sokołów Podlaski – przyp. MAN). Twierdzili, że miesiąc wcześniej zostali wyciągnięci ze swoich domów w Wiesce Wsi i zabrani do getta w Sterdyni, tydzień temu Żydzi zostali przetransportowani do Treblinki. Najgorsze dla mojej matki było to, że przywieźli ze sobą wiadomość o śmierci jej ukochanego brata Velvela.
Velvel Lewin żył w Wiesce Wsi od urodzenia. Cieszył się szacunkiem wśród sąsiadów i zawsze, kiedy moja mama sugerowała, aby sprzedawał im jakieś towary, bowiem w okolicy nie było żadnego sklepu, zawsze odpowiadał: - „Nie chcę się odróżniać. Chcę żyć tak, jak moi sąsiedzi". Żył ze swoją dużą rodziną - czwórką synów i czwórką córek – w gospodarstwie. Jego najstarszy syn Herszke opowiedział nam o tym, co się stało z jego ojcem: po otrzymaniu wiadomości od swego dobrego sąsiada, że wszyscy Żydzi ze Sterdyni mają być wysłani do Treblinki, Herszke zabrał ojca do miejsca, które uważał za bezpieczne - pracy dla Niemców. Krążyły bowiem plotki, że Żydzi zatrudnieni przez Niemców nie zostaną wywiezieni. Tak rzeczywiście się stało – Velvel nie został wywieziony ale zamiast tego on i kilku innych zostało zastrzelonych na miejscu właśnie tam, gdzie pracowali". (...).
Tłumaczenie i opracowanie: Marek Antoni Nowicki, współpraca Eleni Kryńska
Inne fragmenty wspomnień znajdziesz tutaj https://kurierpodlaski.pl/artykul/gorzka-wolnosc-niechciani/1335733?fbclid=IwAR24JWVSHlwv7BTTht1qdSY2ANUVVSXXtVQTiXBtN1ZIMUyns62aPOZdDQU
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze