Reklama

Gorzka wolność. Niechciani w rodzinnym miasteczku. 1944

Fragmenty siemiatyckich wspomnień Rachel Lisogurski cz. 2 (1942-1944).

     W getcie mieliśmy zakaz używania oświetlenia po godz. siódmej wieczorem. Tej nocy jednak (1-2 listopada 1942 – przyp MAN), tylko przyciemniliśmy światło i zasłoniliśmy okna. Niewiele mówiliśmy. Wszyscy byli zdenerwowani. Ktoś zasugerował, że powinniśmy położyć się spać.  Poradziłam jednak, że lepiej będzie pozostać na nogach na wypadek, gdybyśmy dowiedzieli się, dlaczego do miasta przybyło więcej Niemców. Uważałam również, że tej nocy nie powinniśmy w ogóle rozbierać się do spania. Każdy się z tym zgodził. Przed północą, około godz. jedenastej, wszyscy już byli zmęczeni i chcieli zasnąć. Prosiłam jednak, aby nie spali. Starałam się zachęcić ich do gry w karty, aby w ten sposób zapanować nad snem. Mężczyźni, w tym mój kuzyn Hertzke, zaczęli grać.

    Położyłam Chanale do snu ale zdjęłam jej tylko sukienkę i położyłam tuż obok łóżka wraz z zimowym paltem i białą czapką z angory. Mama leżała w ubraniu. Ojciec przyglądał się grze w karty. O godzinie pierwszej w nocy pan Rosenzweig (mieszkający w tym samym domu przewodniczący Judenratu – przyp. MAN) , który miał zgodę na wychodzenie z domu w nocy, powiedział, że pójdzie pod bramę, aby zobaczyć, czy wszystko wygląda jak zwykle.

Reklama

    Po dziesięciu minutach od jego wyjścia, żydowski chłopak z policji getta wpadł do naszego domu i powiedział, sapiąc, „ Komendant niemiecki natychmiast chce widzieć Rosenzweiga w swoim biurze!". Pani Rosenzweig powiedziała mu, że mąż jest przy bramie i powinien go tam znaleźć.

     Zbudziliśmy moją mamę, a Hertzke pobiegł zbudzić swoją a także żonę i dzieci, które tego samego dnia przeniosły się do nowej małej szopy w ogrodzie, oraz braci - Jankela i Szymona - którzy nie mieli nawet czasu odpocząć po przybyciu z Ciechanowca. Ubrałam Chanale w palto, białą czapeczkę i szalik, podprowadziłam pod drzwi i kazałam czekać, aż po nią wrócę. Założyłam na siebie na drugą sukienkę a na to jeszcze palto i wełniany szal. Ojciec wspiął się na strych, aby zabrać stamtąd palto ciotki Tsippe. Znalezienie go w ciemności zabrało mu dużo czasu.  

Reklama

      Kiedy się szykowaliśmy,  pan Rosenzweig wbiegł spocony i oznajmił nam: "Komendant wezwał mnie, abym natychmiast zwołał wszystkich członków Judenratu i policję żydowską. Kiedy go zapytałem, "dlaczego teraz, czy zwykle nie budzi Żydów do pracy o godzinie szóstej?",  krzyknął na mnie, „Rozkazuję natychmiast!" Odpowiedziałem:  „dobrze, wezwę ich wszystkich teraz. Ucieszyłem się, że pozwolił mi się oddalić". Przy opuszczaniu domu odwrócił się w drzwiach i powiedział: „Ja uciekam, i myślę, że wy wszyscy również powinniście to zrobić. To wszystko!".

     Avrumeh (mąż autorki – przyp. MAN) podbiegł za nim do drzwi, chwycił Chanale za rękę i zniknął w ciemności nocy. Zawołałam ojca, który ciągle szukał palta ciotki Tsippe. „Ojcze, idziemy! Natychmiast się pośpiesz!". Nie mógł jednak pozwolić, aby Tsippe uciekała bez palta. Mama była ubrana w czarne palto zimowe. Jej twarz była biała jak kartka papieru. Odwróciłam się, aby odejść. W ciemności byłam w stanie zauważyć białą czapeczkę Chanale. Dogoniłam ją i Avrumeha jeszcze na podwórzu. Wzięłam córkę za drugą rękę. „ Cokolwiek się zdarzy, nieważne co", wyszeptałam do niej, „musisz być absolutnie cicho".

Reklama

     Wydostając się przez druty kolczaste widzieliśmy innych, którzy też uciekali. Chcieliśmy uciekać w kierunku wzgórz, ale tuż przed dostaniem się tam usłyszeliśmy strzały z tego kierunku. Prowadził nas pan Rosenzweig wraz z moim szwagrem Srulehem biegnącym zaraz za nim. Skierowali się w kierunku lasu. Wzięłam Chanale na plecy i powiedziałam Avrumehowi, aby biegł za Rosenzweigiem. Kiedy był o dwa kroki od nas, między nas padła kula. Chanale usiłowała zeskoczyć. Trzymałam ją więc jeszcze mocniej i upomniałam ją, by była cicho. W sercu jednak byłam pewna, że nigdy by tego nie zrobiła. Miałam nadzieję, że gdyby przyszło umrzeć, zostałybyśmy ugodzeni tą samą kulą.  

    Wtem ktoś w ciemności próbował mnie minąć i dotknął mego łokcia. Odwróciłam się i poznałam mojego bratanka Shieleha. Powiedziałam mu, że jego ojciec biegnie przed nami. Ale gdzie była jego matka? Powiedział, że matka nadal czeka na dziadka, którzy nie zszedł jeszcze ze strychu. Widziałam też mojego kuzyna Jankiela niosącego swojego bratanka, 2,5–roczne dziecko, którego rodzice zostali zabrani na ulicach Warszawy.

Reklama

    -„Ruchl, weź również to dziecko", powiedział do mnie szeptem, „Myślisz, że jestem w stanie nieść na plecach dwoje dzieci?" odpowiedziałam. Odszedł bez odpowiedzi.

    Byłam mokra od potu, ubrana w dwie wełniane sukienki, sweter i palto  a poza tym niosłam na plecach Chanale.  Na początku biegłam, ale kiedy już nie dałam rady, błagałam Avrumeha, aby biegł za Rosenzweigiem, podczas gdy ja postawię Chanale i będę szła z nią i Shielehem. Zapomniałam założyć Chanale rajstopy, żaliła się więc, że jej nogi były zimne. Nie rozumiała, co się dzieje, ale młody Shieleh, która wiedział, co się dzieje, drżał z zimna i strachu.

Reklama

    Kiedy Rosenzweig i Avrumeh dobiegli do lasu, nastał świt. (...) Zaczeło wychodzić słońce. Wokół był spokój. Jedyne głosy, jakie można było usłyszeć, to śpiew ptaków. Nie było tu żadnych oznak tego, co pozostawiliśmy za sobą w Siemiatyczach. Naraz, kiedy biegliśmy dalej, usłyszeliśmy następujące po sobie serie strzałów. Każdy zaczął myśleć o swoich rodzinach. (...)

    Około godziny drugiej popołudniu zauważyliśmy z daleka mężczyznę idącego przez las. W odróżnieniu od nas niczego ze sobą nie niósł. Rosenzweig postanowił z nim porozmawiać. Mężczyzna, Polak, powiedział, że Niemcy rozmieścili karabiny maszynowe na wzgórzach naprzeciwko getta i wokół niego. Żydzi, którzy uciekali, byli zabijani, a teraz wszystkie ciała są wrzucane do jednej wielkiej mogiły.  (...)

Reklama

    Gorzka wolność. Niechciani w rodzinnym miasteczku

     Wolność (latem 1944 – przyp. man)  nie była tak słodka jak sobie wymarzyliśmy. Kiedy dotarliśmy ostatecznie do Siemiatycz, a po drodze udało się nam połączyć z Shieh, Henią, Sruleh i Shieleh, zdaliśmy sobie sprawę z ogromu naszej tragedii.

    Aby dotrzeć do domu rodziców Avrumeha (męża autorki – przyp. MAN) – nasz własny był wynajętym przez nas mieszkaniem i nie mogliśmy do niego wrócić – musieliśmy przejść przez dzielnicę Zaszkole, w której przed wojną żyła większość Żydów.  

Reklama

     Nogi mocno się pod nami uginały z emocji i chcieliśmy stamtąd uciekać. Wydawało mi się, że z każdego okna i z każdych drzwi, patrzyły na nas duchy ludzi, którzy kiedyś tu mieszkali - z zazdrością, a ich oczy pytały: „Jak się uratowaliście? Że mieliście tyle szczęścia? Dlaczego i za co trzeba było nas spalić?".  Miałam poczucie wstydu, że żyję.  

     Ale najgorszą rzeczą było przyjście do domu teściów. Musieliśmy czekać cały dzień aż ludzie, którzy w nim zamieszkali, zostaną w końcu zmuszeni przez nowe władze do zgody na to, abyśmy zajęli jeden pokój – dla nas ośmiorga w domu z dziesięcioma pokojami, w którym jedenastoosobowa rodzina Avrumeha żyła przez lata. Nie widziałam, jak umierali i nie mogłam myśleć o nich jako o zmarłych. W mojej świadomości oni wszyscy nadali byli wśród żywych. Wydawało mi się, że w każdym kącie w domu i poza nim widzę i słyszę ich rozmowy. Ciągle zadawałam sobie to samo pytanie, „Dlaczego?". I znów zazdrościłam wszystkim, którzy zginęli. Żałowałam, że nie byłam z nimi i myślałem o mojej szwagierce Chanie. Jak bardzo miała rację, że nie warto walczyć o takie życie.

Reklama

    Spotkaliśmy kilkoro innych Żydów,  którzy przeżyli. Wszyscy byliśmy słabi i upadaliśmy na duchu. Przed wyzwoleniem, nadzieja i ogromna wola przeżycia pozwalały nam wytrwać, ale przyjście do miasta i świadomość tego, co się stało ze wszystkimi naszymi Żydami, naszą  społecznością, załamały nasze siły. My, młodsi, musieliśmy teraz martwić się o znalezienie do jedzenia kawałka chleba albo jakichś kartofli.

     Mama nie była w stanie swobodnie poruszać się. Najbardziej cierpiał Shieh. Zostaliśmy wyzwoleni. On żył. Ale gdzie jest jego rodzina? A tu musiał patrzeć na mnie i Henię z naszymi dziećmi, którym pomógł się uratować. Jego oczy były ciągle czerwone od płaczu. Stracił cała wolę życia. Wiedziałam doskonale, co działo się w jego umyśle i sercu. Musieliśmy bez przerwy go obserwować, aby nie pozostał sam – baliśmy się bowiem, że może odebrać sobie życie.

Reklama

     Wśród kilku Żydów, których spotkaliśmy w Siemiatyczach, byli Ben Lev i jego nastoletni syn. Żona Bena, Malta, została zastrzelona razem z moim ojcem tej nocy, kiedy uciekaliśmy z getta. Przed wojną Ben był właścicielem dużego młyna zbożowego. Po powrocie do Siemiatycz dostał w nim pracę (od nowych władz – przyp. MAN) i zgodę na zamieszkanie w domu obok młyna. Pewnej nocy,  zaledwie kilka miesięcy po wyzwoleniu, jego syn przyszedł do domu wieczorem o jedenastej. Zastał drzwi otwarte i łóżko ojca puste ale nadal ciepłe. Kilku młodych żydowskich chłopców pomogło mu znalazł ciało ojca – leżało niedaleko budynku.  

      Nie mam słów, aby opisać ból, jaki wszyscy wtedy czuli.  Ben ukrywał się przez prawie dwa lata i niedługo po wyzwoleniu został zamordowany przez młodego Polaka, który zamiast walczyć z rzeczywistym wrogiem, Niemcami, szukał Żydów, którzy przeżyli, aby ich zabić w imię „czystej polskiej ziemi".

Reklama

      Znów więc zaczęliśmy żyć w strachu. Bałam się wysyłać Chanale do szkoły, ponieważ dzieci były wywoływane po imionach. Świadomość, że jesteśmy zagrożone, spowodowała, że w Shiehu znowu obudziło się życie. Mieliśmy szczęście, że przebywaliśmy wtedy w Siemiatyczach, blisko stacjonującej tam armii sowieckiej, która budowała swoje siły do ataku na Warszawę. Siemiatycze były pełne sowieckich żołnierzy, którzy stanowili dla nas jakąś ochronę.  

      W końcu grudnia (1944r. – przyp. MAN) rozniosły się pogłoski, że jacyś polscy bandyci planują skończyć z Żydami w Siemiatyczach. W żaden sposób nie mogliśmy się teraz czuć bezpieczni. Baliśmy się nawet iść spać. Prosiliśmy żołnierzy sowieckich, aby u nas nocowali, bowiem mieli broń. Nie zawsze jednak mogliśmy wśród nich znaleźć chętnych na nocleg.

     Pewnej nocy w ostatni tydzień grudnia 1944r. dwaj żołnierze spali na podłodze w naszym domu, nie mieliśmy bowiem jeszcze łóżek. Reszta z nas nadal była na nogach i zastanawiała się, czy przeżyjemy tę noc. Naprzeciwko w tej samej ulicy mieszkały dwie rodziny żydowskie z ich krewną,  młodą dziewczyną z innej miejscowości, która straciła wszystkich swoich bliskich. O północy usłyszeliśmy eksplozję, a następnie dobijanie się do drzwi. Stała w nich ta dziewczyna i krzyczała. Jej twarz była porozrywana i spływała krwią. Wpuściliśmy ją wraz z innymi z ich domu. Opowiedzieli, co się zdarzyło. Kiedy dziewczyna przechodziła naprzeciwko okna, niosąc w drodze do łóżka lampę naftową, ktoś wrzucił ręczny granat.

     W tę noc zdecydowałam, że musimy opuścić Siemiatycze.  Słyszałam, że w Białymstoku organizowała się społeczność żydowska (...). Wyjechaliśmy z Siemiatycz przy pierwszej sposobności (...) w sowieckiej ciężarówce wojskowej. Znów miałam nadzieję, że dobrzy ludzie – tym razem, Żydzi – użyczą nam trochę miejsca. (...)".

     tłum, z jęz. angielskiego: MAN,  współpraca: EK, fot Antoni Nowicki

     (Rachel Lisogurski, „Daring to hope”, R. Lisogurski, Ch. Broder, The Azrieli Foundation and others, Kanada 2020):

Zobacz wcześniejszą część wspomnień tutaj https://kurierpodlaski.pl/artykul/-swiat-by-na-to-nie/1318829

     PS: Trwające w tym roku w Siemiatyczach oficjalne różne formy obchodów 480 rocznicy nadania praw miejskich, pomijają całkowicie fakt, że przez ponad 400 lat Żydzi stanowili znaczą większość mieszkańców Siemiatycz. Od czasów Tęczyńskich, którzy stworzyli to miasto (tak, bo to nie Anna Jabłonowska), Żydzi tworzyli tu lokalny przemysł, handel, usługi. Żydami byli też miejscowi lekarze, radni, urzędnicy, rzemieślnicy, muzykanci. Historia żydowskich mieszkańców Siemiatycz kończy się w listopadzie 1942 roku. Wspomnienia Rachel Lisogurski, których kolejne fragmenty publikujemy, opisują właśnie te ostatnie chwile ponad 400-letniej historii siemiatyckich Żydów.  JN

 

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Maria - niezalogowany 2022-07-30 20:58:27

    Poruszyła mnie ta historia. Każde miasteczko Podlasia ma swoje "Jedwabne". Myślę, że mimo upływu lat nie zmienił się za bardzo tok myślenia ludzi w takich miasteczkach. Wstyd mi za to.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Bstudent - niezalogowany 2022-08-01 11:46:36

    To wstyd , że ludność Siemiatycz i okolic zgotowała taki los dla swoich sąsiadów , mój sąsiad za opublikowanie artykółu o Siemiatyckich żydyach pomordowanych w Siemiatyczach i ich sąsiadach którzy przywłaszyli sobie ich domy został zasztyletowany . Prawdy o tych czasach nie da sie zafałszować i widzimy , że jeżeli w Polsce nie można opisać tych wydarzeń to będą one opisane i wydane za granicą . Coraz mnie żyje nacznych świadków tych wydażeń i coraz łatwie możemy zmanipulować fakty , ale nie zniszczymy tych publikacji które sa i które będą nam przypominać oprawdzie i o tym co naprawdę spowodowało , że Żydzi którzy byli w Siemiatyczach przez 400 lat już w tych siemiatyczach nie mieszkają ..................... Zastanówmy się czy tak powinno być i czy jednak powinniśmy poznać i mówić o tym kto prześladował Żydów w Siemityczach po 1944 roku .

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama