Reklama

Z redakcyjnej poczty - Festyny, imprezy i imprezki

18/08/2011 21:45

Sezon lokalnych imprez plenerowych powoli dobiega końca, więc kilka refleksji i przemyśleń na ten temat. Na znacznej większości tych imprez, z takich czy innych powodów, bywałam. Ale jaki by nie był ten powód, moje rozczarowanie prawie za każdym razem było podobne.


          Przez całe lato czułam się niemal tak, jakbym mieszkała gdzieś za wschodnią granicą – Białoruś, Ukraina czy nawet Rosja. Gdzie się nie pojawisz, wszędzie dominowała muzyka i język tych narodowości. Usłyszeć coś w języku polskim, graniczyło niemal z cudem. A w końcu gdzie my żyjemy? To nic, że są to wschodnie tereny, ale o polskiej kulturze nie należy zapominać, organizując święta naszych miejscowości. Daleka jestem też od marginalizowania jednych na rzecz innych. Więc nie oczekuję tego, że nagle przestaniemy promować białoruskie czy też polskie, ale śpiewające nie po polsku zespoły. Czysty, autentyczny folklor, wszystko jedno jakiej narodowości, może być interesujący, ale pod warunkiem, że jest prawdziwy, a nie na siłę imitowany. Więc rozwiązaniem wydaje się być po prostu zachowanie proporcji. By nie było tak, że na kilka występujących zespołów, może jeden śpiewa po polsku.
          Druga sprawa dotyczy jakości tych występów i ich powtarzalności. Czy naprawdę już poza tymi kilkoma zespołami, które w pewnych miejscowościach pojawiają się niemal każdego roku, nie istnieje nic innego? Ile można karmić ludzi tym samym? Przecież wszystko, nawet jeśli najlepsze, przy zbyt dużej częstotliwości i powtarzalności znudzi się i „przeje”. Tym bardziej, kiedy poziom tych występów jest taki, jaki jest. Ludzie się zmieniają, dojrzewają, interesują się nowymi rzeczami. Nie można wciąż oferować im tego samego, wychodząc z założenia, że „i tak nic innego poza disco polo nie spotka się z zainteresowaniem”. Wypadałoby pomyśleć również o tych, którzy mają trochę bardziej wyrafinowane upodobania muzyczne niż wschodnie discopolo i playback. Trzeba pomyśleć też o tych, którzy chcą muzyki płynącej wprost z instrumentów. Nie tej, która znika nagle wtedy, gdy np. zabraknie prądu. A tacy ludzie znajdują się na pewno w każdej społeczności, bez względu na to, czy to Siemiatycze, Baciki czy Milejczyce. Trzeba pokazywać ludziom jakie są możliwości, czego jeszcze można słuchać.
          Nie znaczy to jednak, że podczas tegorocznych imprez i festynów nie było ciekawszych wydarzeń muzycznych. Z pewnością do takich należał występ Orkiestry Reprezentacyjnej Wojska Polskiego podczas Dni Drohiczyna. Moim zdaniem w dobrą stronę poszły również tegoroczne mielnickie Muzyczne Dialogi, dając widowni do wyboru dość szerokie spektrum przeróżnej muzyki. Oby więcej takich pereł.
          Skąd bierze się ta powtarzalność? Gdzie nie zajedziesz, niemal wszędzie te same twarze, te same często fałszywe dźwięki, ci sami pseudo artyści. Czy dlatego, że odpowiedzialni są za to od lat ci sami ludzie, z tymi samymi kontaktami i znajomościami? Jeśli tak, to czy jedyną szansą na zmiany w organizacji i repertuarze tych imprez będą zmiany personalne?
          Święto danej miejscowości powinno być jedyne, niepowtarzalne, a przynajmniej mieć coś w swojej ofercie, czym będzie się różniło od pozostałych, niemal identycznych imprez w okolicach. Ten jeden charakterystyczny rys niepowtarzalności. Tego niestety brakuje naszym imprezom. Hołdowanie przekonaniu, że ludziom wystarczy kilka zespołów, hektolitry piwa i tony kiełbasy – do żadnego sukcesu na pewno nie doprowadzi. A przecież po co organizowane są te imprezy? Czy nie mają być one podstawową formą promocji regionu, gminy, wsi? Więc jakaż to promocja, jeśli wszędzie jest to samo. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Wiadomo, że dobra muzyka czy prawdziwa gwiazda kosztuje. I nie chodzi tu o gwiazdę przebrzmiałą, która święciła triumfy swojej świetności 30 lat temu (bo takie najczęściej pojawiają się na naszych imprezach). Więc może warto by w jednym sezonie odpuścić sobie owe „dni” po to, by np. za rok, mając do dyspozycji podwójną pulę pieniędzy, móc zorganizować koncert prawdziwej gwiazdy. Takiej, której występ spowoduje, (nawet gdyby to miała być jedyna atrakcja imprezy) że zjadą się ludzie zewsząd i długo będą o tym pamiętać i mówić. To będzie promocja.
          Większość jednak naszych imprez jest powielaniem tego, co dzieje się gdzieś w pobliżu. O oryginalności decydują może konkursy w rzutach „czymś” do jakiegoś celu - im bardziej idiotyczny przedmiot lub cel, tym impreza bardziej niepowtarzalna. Warto jeszcze dodać, że czasem nawet najlepszą imprezę położy konferansjer. Większość tych, którzy pojawiają się na naszych scenach festynowych, swoimi „wyszukanymi” żartami przyprawia niejednego widza o mdłości. Więc najlepiej pod tym względem wypadają te festyny, gdzie prowadzącymi są sami swoi, ludzie z danej miejscowości, zaangażowani w organizację. Są wówczas w takiej roli na tyle zestresowani, ale przez to też rzeczowi, że nie w głowie im błaznowanie. Wychodzą na scenę, krótko i na temat mówią to, co potrzeba i nie udają kogoś, kim nie są.
          Podsumowując powyższe kwestie, wydaje się, że na chwilę obecną imprezami w naszym regionie, niepowtarzalnymi, bo mającymi to coś, co odróżnia je od innych, są Nadbużańskie Ziołowe Spotkania w Korycinach i Zlot Wojowników Słowian i Wikingów w Drohiczynie. Pod względem muzycznym zaś zdecydowanie na przód wybiły się Dialogi.
          A tak już poza oceną samych imprez. Zupełnie inaczej odbierane są te festyny, w których lokalne władze są wśród zwykłych ludzi. Z nimi oglądają, z nimi rozmawiają, na bieżąco komentują i oceniają. Razem z widownią mokną. Dużo mniej korzystnie na ogólny odbiór imprezy wpływają te władze, które są na początku, oficjalnie otwierają, po czym znikają gdzieś razem z lokalnymi oficjelami, by za kilka godzin znów się pokazać z wesołymi rumieńcami na twarzy.

          Czytelniczka (personalia znane redakcji)
        

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama