Reklama

Z Hornowa Żuniewa na misje OBWE

- Do wszystkiego musiałem dochodzić własną pracą, nie mogłem liczyć na pomoc jakichś dobrych wujków – mówi Janusz Wawrzyniuk, obecnie przedstawiciel Rzeczypospolitej Polskiej przy UE w Brukseli ds. rozbrojenia, nieproliferacji i zwalczania terroryzmu.

       Przed 20 laty, w czasach kiedy Janusz Wawrzyniuk pełnił funkcję zastępcy Stałego Przedstawiciela RP przy Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej w Hadze, publikowaliśmy rozmowę w Głosie Siemiatycz pt. „Bonanzą do Hagi”, której fragmenty warto przypomnieć:

       (…) - Pochodzi Pan z naszych stron. Zacznijmy więc od początku...

       - Urodziłem się w Grodzisku 15 listopada 1963 r. Od razu muszę jednak dodać, że nie łączą mnie z tą miejscowością jakieś szczególne związki emocjonalne. Byłem tam później chyba tylko dwa razy, kiedy potrzebowałem metryki urodzin. Moi rodzice pochodzili z Czarnej Wielkiej. Izba porodowa w Grodzisku była po prostu najbliżej. Miałem szczęście, bo moje starsze rodzeństwo rodziło się w domu, w czasach, kiedy akcja "rodzić po ludzku" nie była jeszcze wcale w modzie.

Reklama

       - Gdzie się pan wychowywał?

       - W rodzinie chłopskiej, w małej miejscowości Hornowo Żuniewo w gminie Dziadkowice. Właściwie to nawet nie wieś, a kolonia położona jak w serialu "Daleko od szosy". Do najbliższego przystanku autobusowego miałem dwa kilometry, a do szkoły podstawowej pięć. Dowożono nas codziennie ciągnikiem z przyczepą do przewozu osób. Nazywaliśmy ją "bonanzą". Zdarzały się jednak czasami zimą i takie sytuacje, gdy drogę zupełnie zawiało śniegiem i do szkoły w Osmoli dowozili nas na zmianę rodzice saniami. Można więc powiedzieć, że wychowywałem się w dość trudnych warunkach. Ale i tak miałem szczęście, bo - w przeciwieństwie do siostry i brata - nie musiałem się już uczyć przy lampie naftowej. Latem 1970 roku do naszego domu zawitała elektryczność. Pamiętam entuzjazm, z jakim miejscowi chłopi stawiali własnoręcznie słupy elektryczne. Właśnie wtedy zaczynałem uczęszczać do szkoły podstawowej. Zaraz potem pojawił się pierwszy w okolicy telewizor, prawdziwy cud techniki... Dziś są tam nawet wodociągi, telefony.

Reklama

       - Czy te niełatwe początki miały wpływ na dalsze życie?

       - Wspominam to teraz z nostalgią, chociaż przez długi czas pochodzenie ze wsi stanowiło dla mnie pewien problem. Miałem na tym punkcie kompleksy. Teraz oceniam to inaczej. Fakt, że - mimo tak trudnego punktu startowego - udało mi się w życiu coś osiągnąć (wyższe wykształcenie, ciekawa i atrakcyjna praca), daje mi olbrzymią satysfakcję i poczucie własnej wartości. Do wszystkiego musiałem dochodzić własną pracą, nie mogłem liczyć na pomoc jakichś dobrych wujków. Nawet rodzice odeszli przedwcześnie, kiedy byłem na II i III roku studiów. Wydaje mi się, że moje dotychczasowe losy życiowe mogą być doskonałym przykładem tzw. awansu społecznego w dobrym znaczeniu tego słowa. Pokazują, że niekoniecznie trzeba pochodzić z Warszawy i niekoniecznie trzeba mieć jakieś układy czy znajomości, aby coś w życiu osiągnąć. Takich przykładów mógłbym zresztą przytoczyć więcej - chociażby Zdzisław Raczyński, także absolwent LO w Siemiatyczach, wieloletni korespondent PAP w Moskwie, a obecnie ceniony ekspert ds. polityki wschodniej, doradca szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego w Kancelarii Prezydenta, Marek Antoni Nowicki, znany prawnik, obecnie ombudsman w Kosowie, mjr Roman Szymaniuk z Departamentu Administracyjno - Koordynacyjnego MON, ppłk Janusz Osmólski ze Sztabu Generalnego, czy też kolega z klasy licealnej, Darek Kowalski, aktor Teatru Nowego w Łodzi, można go teraz oglądać w popularnym serialu telewizyjnym "Plebania".

Reklama

       - Jak z perspektywy lat, wspomina pan okres nauki w liceum w Siemiatyczach?

       - Z dużym sentymentem. Nie tylko dlatego, że to bliskie każdemu czasy młodości. Także ze względu na wysoki poziom nauczania i dobrą, rodzinną niemal, atmosferę. Do dziś pamiętam np. lekcje pani prof. Błockiej, dzięki której nawet w czasach przed powstaniem "Solidarności" poznawaliśmy historię bez tzw. białych plam w rodzaju zbrodni katyńskiej czy IV rozbioru Polski. O wysokim poziomie nauczania niech świadczy fakt, że w roku 1982 udało mi się zakwalifikować do ogólnopolskiego finału Olimpiady Wiedzy o Polsce i Świecie Współczesnym. I to praktycznie z marszu, bez jakichś specjalnych przygotowań. Do finału awansował wtedy też kolega z klasy Jurek Danilewicz, w późniejszych czasach dziennikarz "Kuriera Podlaskiego".

Reklama

       - Jakie studia pan wybrał po ogólniaku i co zadecydowało o ich wyborze?

       - Właściwie to przez długi czas nie miałem jasno sprecyzowanych planów, co do kierunku przyszłych studiów. W szkole byłem omnibusem, dobrym zarówno z przedmiotów ścisłych, jaki humanistycznych. W podstawówce byłem laureatem olimpiad matematycznej i polonistycznej. Jeszcze tuż przed maturą zamierzałem studiować historię w Białymstoku. To, że zdecydowałem się na studia na SGPiS, było w dużej mierze zasługą polonistki z liceum, pani prof. Oniszczuk, która w pewien sposób mnie ukierunkowała, odradziła historię i zachęciła do ponownego przemyślenia sprawy. Decyzja o wyborze kierunku i miejsca studiów jest na pewno sprawą ważną i może mieć wpływ na całe dalsze życie. Na studia w Szkole Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie (obecnie Szkoła Główna Handlowa) dostałem się bez trudu. Wyszedłem nawet na prymusa, bo egzaminy wstępne zdałem ze średnią 5,0, jako jedna z zaledwie siedmiu osób na kilka tysięcy kandydatów. Indeks wręczał mi rektor uczelni podczas uroczystej inauguracji roku akademickiego. Po roku przeniosłem się na stosunki międzynarodowe, które ukończyłem z wyróżnieniem, a na III roku studiów zostałem uhonorowany Odznaką im. Mikołaja Kopernika "Primus Inter Pares" za wybitne osiągnięcia w nauce i pracy społecznej. Bardzo sobie to wyróżnienie cenię.

Reklama

       - A potem od razu praca w MSZ?

       - Tak, po ukończeniu studiów zdałem, przeprowadzane wtedy po raz pierwszy, egzaminy konkursowe do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Pracuję w tej instytucji do dnia dzisiejszego, już ponad 12 lat. W ramach podnoszenia kwalifikacji, ukończyłem Podyplomowe Studium Służby Zagranicznej w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych i trzy kursy dyplomatyczne na Zachodzie - w Anglii, Niemczech i Holandii. Myślę więc, że jestem do tej pracy odpowiednio przygotowany. Rok temu zdałem egzaminy do służby cywilnej. Było to dużym wyczynem, bo poprzeczkę wymagań zawieszono wysoko i przebrnęły przez nią zaledwie 42 osoby. Akt mianowania na urzędnika służby cywilnej wręczał mi sam premier Jerzy Buzek.

Reklama

       - Czy może pan opowiedzieć o ciekawszych momentach pana pracy w MSZ?

       - Za najciekawsze ze swoich dotychczasowych doświadczeń zawodowych uważam pracę w misji OBWE w Tadżykistanie. Wyjeżdżałem do Duszanbe w marcu 1994 r. Z pewnymi obawami, bo był to kraj w stanie wojny domowej, a ludzie umierali tam także z głodu. Praca w misji szybko mnie jednak wciągnęła. Był to przykład dyplomacji niekonwencjonalnej, obliczonej w dużej mierze na samodzielność, aktywność, inicjatywę własną. Praca ta dawała dużą satysfakcję i możliwości rozwoju zawodowego. Tak więc, choć wyjeżdżałem początkowo na trzy miesiące, spędziłem w Tadżykistanie aż półtora roku. Moja delegacja była przedłużana aż czterokrotnie. Wróciłem ze znakomitą opinią ambasadora RP przy OBWE w Wiedniu J. Nowaka, którą zacytuję: "W czasie pobytu w misji p. Wawrzyniuk bardzo szybko poznał podejmowaną przez nią tematykę oraz wykazał się dużą odwagą osobistą w pracy w Duszanbe, jak i przy wyjazdach w teren, w bardzo trudnych i niebezpiecznych warunkach. W uznaniu jego umiejętności awansował stosunkowo szybko na stanowisko zastępcy szefa misji. W związku z długotrwałą chorobą szefa, pełnił przez wiele miesięcy jego obowiązki, zdobywając sobie dobre oceny Sekretariatu OBWE i przedstawicieli przewodniczącego OBWE. Misja RP przy OBWE wysoko ocenia solidną i rzetelną współpracę p. Wawrzyniuka z naszą Placówką. Wykazując dużo inicjatywy osobistej, nadsyłał liczne materiały, które - jak się orientujemy - mogły być przydatne zarówno dla rozeznania sytuacji w Tadżykistanie, jak i spraw związanych z polityką rosyjską na obszarze b. ZSRR. Notatki p. Wawrzyniuka odznaczały się nie tylko znajomością rzeczy i dużą precyzją, ale również stanowiły wyraz umiejętności analitycznych".

Reklama

       Ambasador Nowak uważał, że mam prawdziwy talent do pracy w misjach. W listopadzie 1996 r. rozważano więc ponownie moją kandydaturę, tym razem do pracy w misji OBWE w Czeczenii. Miałem tam zastąpić kolegę ze studiów Zenka Kuchciaka. Wylądowałem wtedy ostatecznie w sąsiedniej Gruzji, gdzie zajmowałem się problematyką politycznego uregulowania konfliktu gruzińsko - abchaskiego. A Kuchciak zasłynął potem z akcji odbicia pięciu Polaków porwanych w Czeczenii, zyskując miano polskiego Jamesa Bonda. Obserwując z podziwem jego dokonania, zastanawiałem się, że niewiele brakowało, abym znalazł się na jego miejscu.

       - Na czym polega funkcja, która pełni pan dzisiaj?

Reklama

       - Otóż, po powrocie z misji OBWE w Gruzji, otrzymałem propozycję pracy w Departamencie Systemu Narodów Zjednoczonych na stanowisku ds. rozbrojenia i nieproliferacji. Przyjąłem tę propozycję jako nowe wyzwanie i szansę dalszego rozwoju zawodowego. Choć nigdy wcześniej nawet nie przypuszczałem, że mogę zostać ekspertem ds. broni masowego rażenia. Ale - ponieważ z natury jestem perfekcjonistą i jeśli już coś robię, to staram się to robić jak najlepiej - poradziłem sobie i na tym odpowiedzialnym stanowisku pracy. Bardzo pomocny był tu udział w dwumiesięcznym stypendium rozbrojeniowym ONZ na trasie Genewa - Haga - Wiedeń - Tokio - Nowy Jork jesienią 1998 r. Logicznym następstwem ówczesnej zmiany specjalizacji jest też moja obecna praca w Ambasadzie RP w Hadze, gdzie zostałem akredytowany w charakterze zastępcy Stałego Przedstawiciela RP przy OPCW - Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej. Głównym zadaniem OPCW jest nadzór nad realizacją Konwencji o zakazie broni chemicznej, podpisanej w Paryżu 13 stycznia 1993 r. Jest to unikalny instrument rozbrojeniowy, zakładający całkowite zniszczenie jednej z trzech kategorii broni masowego rażenia - broni chemicznej - w terminie 10 lat od wejścia Konwencji w życie, co nastąpiło 29 kwietnia 1997 r. Wtedy też powstała Organizacja, zrzeszająca obecnie 143 państwa członkowskie. Polska odgrywa w niej znaczącą rolę, świadectwem czego jest ponowny wybór na dwuletnią kadencję w skład Rady Wykonawczej OPCW, głównego organu politycznego Organizacji. W Hadze pracuję od października 2000 r. i, jeśli nie stanie się nic nieprzewidzianego, powinienem spędzić tutaj najbliższe cztery lata.

       - Marzenia z lat szkolnych - czy się spełniły?

Reklama

       - Na pewno praca w służbie zagranicznej stanowi dla wielu przedmiot marzeń. W moim przypadku było trochę inaczej. Jako dziecko nawet o tym nie myślałem. Można powiedzieć, że życie przerosło marzenia. Chciałem być dziennikarzem sportowym. Pasjonowałem się sportem, a zwłaszcza piłką nożną. Miałem to szczęście, że dorastałem w okresie największych sukcesów Złotej Jedenastki Kazimierza Górskiego. Przeżywałem każdy mecz. Pamiętam, że płakałem po porażce z Walią w eliminacjach Mistrzostw Świata w 1973 r. Miałem wtedy 10 lat. Potem jednak był pamiętny mecz z Anglią na Wembley i cudowne występy na mistrzostwach w RFN.

       - Polskie MSZ zasłynęło w latach 90. z dobrej drużyny piłkarskiej. Czy to miało coś wspólnego z panem?

Reklama

       - No właśnie. Dziennikarzem sportowym nie zostałem, ale moje dziecięce marzenia spełniły się po latach w inny sposób. W 1991 r. wpadłem na pomysł zorganizowania drużyny piłkarskiej MSZ. Był to strzał w dziesiątkę. W naszej drużynie grali m.in. ówczesny premier Jan Krzysztof Bielecki, obecny sekretarz stanu w MSZ Andrzej Ananicz, ambasador RP na Białorusi Mariusz Maszkiewicz i dziennikarz TVP Jacek Banasikowski. Do występów w kadrze MSZ udało mi się także namówić legendarnego bramkarza, człowieka, który zatrzymał Anglię, Jana Tomaszewskiego, mistrzów olimpijskich Lesława Ćmikiewicza i Jerzego Kraskę. Naszą drużynę trenował sam Kazimierz Górski, a mecze sędziował Michał Listkiewicz. Graliśmy przedmecze na stadionie Polonii Warszawa, obecnego mistrza Polski, wtedy jeszcze drużyny II-ligowej. Miałem olbrzymią satysfakcję, zwłaszcza, że musiałem wtedy zadbać o wszystko: zebrać drużynę, załatwić boisko i stroje, sędziego, a nawet znaleźć przeciwnika. Graliśmy głównie z ambasadami, ale też z Ministerstwem Przekształceń Własnościowych (ten mecz wygraliśmy 2:1, m.in. dzięki samobójczej bramce strzelonej przez ministra Janusza Lewandowskiego), Radiem "Solidarność", oldbojami Polonii i Warszawianki. Relacje z meczów pojawiały się w prasie, radiu i telewizji. "Gazeta Wyborcza" napisała, że "pod względem umiejętności piłkarskich mamy z pewnością najlepszy MSZ na świecie". I to po pechowo przegranym w końcówce meczu z oldbojami Polonii. Piękne to były czasy. Kapitanem drużyny MSZ byłem przez 5 lat. W 1996 r. uczestniczyliśmy w turnieju o Środkowoeuropejski Puchar Dyplomatyczny, rozgrywanym na stadionie Strahow w Pradze, z udziałem drużyn MSZ Austrii, Czech, Niemiec, Polski, Słowacji i Węgier. Nie wypadliśmy tam wprawdzie najlepiej, ale i tak w pamięci pozostała mi ceremonia zakończenia zawodów. Puchar za zajęcie V miejsca w turnieju wręczał mi minister spraw zagranicznych Czech Józef Zieleniec.

       - Plany na przyszłość?

       - W tej chwili nie mam jakichś wygórowanych planów i ambicji. Zupełnie satysfakcjonuje mnie obecna sytuacja zarówno zawodowa, jak i rodzinna. Przed dwoma laty ożeniłem się, a 18 września 2000 r. urodził nam się syn. Na imię ma Dominik Janusz i jestem z niego bardzo dumny. Dobry stan zdrowia, atrakcyjna praca i szczęśliwe życie rodzinne. Czegóż więcej od życia wymagać?

       - Jak trafił pan na internetowy serwis informacyjny "Głosu Siemiatycz" i jak go pan ocenia?

       - Witrynę internetową "Głosu Siemiatycz" odwiedzam często i chętnie. O jej istnieniu dowiedziałem się od znajomego jeszcze w Warszawie, przed wyjazdem na placówkę. Oceniam ją bardzo wysoko. To kapitalna sprawa dla ludzi z regionu rozsianych po całym świecie. Gratuluję pomysłu, macie we mnie gorącego zwolennika. Bo chociaż rzadko teraz bywam w Siemiatyczach, to traktuję te okolice jako swoją małą ojczyznę, do której zawsze chętnie wracam. Dużą frajdę sprawił mi np. wywiad z Janem Roleckim, dyrektorem Szkoły Podstawowej w Osmoli. Pamiętam początki jego pracy nauczycielskiej przed 25 laty. Od VI klasy uczył mnie historii, geografii, wychowania obywatelskiego i fizycznego. Cieszę się, że dzięki niemu szkoła tak dobrze sobie radzi w obecnych trudnych warunkach, że pokusiła się nawet o pracownię internetową. Dzięki książce adresowej na stronach internetowych "Głosu Siemiatycz" odnalazłem z kolei po latach kolegę z klasy, który przebywa obecnie w Chicago” (…).

 

     Tyle 20 lat temu. A dzisiaj Janusz Wawrzyniuk dopowiada dalszy ciąg tej historii:

     - W Hadze pracowałem do 2004 r. Po powrocie do Ministerstwa Spraw Zagranicznych zostałem oddelegowany do pracy w charakterze kierownika (chargé d'affaires) Ambasady RP w Taszkencie (2005-06). Następnie pracowałem w Stałym Przedstawicielstwie RP przy OBWE w Wiedniu (2008-13) oraz w Delegaturze UE przy ONZ w Nowym Jorku, jako ekspert narodowy ds. rozbrojenia i nieproliferacji (2013-15). Od 2019 r. jestem zatrudniony w Stałym Przedstawicielstwie RP przy UE w Brukseli, na stanowisku ds. rozbrojenia, nieproliferacji i zwalczania terroryzmu.

 

   Jerzy Nowicki,    (fot ze zbiorów Janusza Wawrzyniuka z czasów pracy w delegaturze EU przy ONZ w Nowym Jorku).

 

 

 

 

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 22/12/2025 17:57
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama