Rozmowa z Franceską Michalską - W swej książce „Cała radość życia” prawie nie poświęca pani uwagi Siemiatyczom, dlaczego? - Celem mojej książki było ukazanie mojego życia jako dziecka i dorastającej dziewczyny w okresie trudnych zawirowań historii, zarazem wpływu tej historii na życie zwykłych ludzi, w tym i moje. Siemiatycze zaś zasługują na odrębną książkę i opisanie w niej następnych moich 60 lat.
- Jak to się stało, że z Wrocławia trafiła Pani do Siemiatycz? - Dyplom uzyskałam w 1950 we Wrocławiu. Wówczas po studiach obowiązywał nakaz pracy – mnie skierowano do Kłodzka. Z różnych przyczyn, w tym rodzinnych, wolałam mieszkać na wschodzie niż na zachodzie Polski. Po wojnie brakowało wszystkiego. W Siemiatyczach potrzebowano lekarza pediatry i gwarantowano mieszkanie. O Siemiatyczach wiedziałam z historii i dobrze mi się kojarzyły. I tak w 1954 roku przyjechałam do Siemiatycz. - Jakie były pierwsze pani wrażenia po przyjeździe do Siemiatycz? - Zniszczenia po wojnie nie rzucały się za bardzo w oczy. W rynku były pozostałości ratusza - podmurówka i kawałki murów. Na ul. Ciechanowieckiej funkcjonowała jeszcze wówczas łaźnia – bania. Jak przyjechaliśmy, to sporo osób z tej łaźni korzystało, gdyż wodociągów nie było. Tu, gdzie teraz jest starostwo i szpital był bardzo duży zielony park z piękną lipową aleją, drzewa miały ponad 200 lat i miały w obwodzie 2-2,5 metra. Wycięto je. Pytałam jedną z pań, ile dostała za te ścięte drzewa. To powiedziała mi, że tylko tapczan za to wyszedł. Gdyby ktoś pomyślał wtedy o tym, mielibyśmy piękną atrakcję turystyczną. Prosiło się, by tych drzew nie wycinać, ale taka była tendencja, że co „magnatów”, to należy niszczyć. Charakterystyczne na ul. Pałacowej były studnie - było ich 10 od rynku do sfinksów. Były w dobrym stanie, a woda w nich była dobra i zdrowa. Ludzie z nich korzystali, nawet wtedy, jak wodociąg wybudowano oraz gdy w blokach były awarie wody. Potem te studnie zniszczono. Ludzie w Siemiatyczach byli życzliwi i skorzy do rozmowy, opowiadali, jak tu się mieszkało przed wojną i w trakcie wojny. - Siemiatycze mają tradycje położnicze - Dawniej Siemiatycze zajmowały znaczną pozycję na Podlasiu – były jednym z pierwszych miast. Księżna Anna Jabłonowska sprowadziła do miasta dobrych fachowców i rzemieślników - w dużej mierze ludność narodowości żydowskiej. Siemiatycze były znane z garncarstwa i kaflarstwa. Księżna Jabłonowska zwracała uwagę na higienę i zdrowie mieszkańców. W tamtych latach była duża śmiertelność noworodków, w kraju było tylko pięć szkół położnych: w Lwowie, Wilnie, Grodnie, Krakowie i piąta właśnie w Siemiatyczach. - Szpital mieścił się w budynkach poklasztornych - Szpital nie miał centralnego ogrzewania, paliło się w piecach. Było zatrudnionych dwóch woźnych, którzy na plecach w workach nosili drewno i rozpalali w piecach. Plecy woźnych wyglądały tak jak stopy ludzi, którzy przez całe życie chodzili boso. Personel był mało liczny i miał dużo pracy. Narzędzia chirurgiczne gotowało się w zwykłych sterylizatorach. Panowały jeszcze przedwojenne zasady, że pielęgniarka na oddziale dziecięcym musi mieć swoje dzieci i nie może być młoda, nie mogła też palić papierosów - było to nawet zapisane w ustawie. Jedna pielęgniarka była na oddział. Nie było oddziału dziecięcego z prawdziwego zdarzenia, tylko sala na piętrze dla chorych dzieci, a obok sala położnicza. Były to warunki nie do pogodzenia - noworodki i dzieci chore były obok siebie. W krótkim czasie udało się nam wygospodarować na parterze trzy sale plus szeroki korytarz. Od razu sytuacja stała się lepsza. Organizacja wyglądała wówczas tak, że była sala dla chłopców, sala dla dziewczynek i sala dla niemowlaków. To już było coś, ale lekarzy było mało, zresztą po wojnie w całym kraju lekarzy brakowało. Sytuację tę poprawiło dopiero otwarcie Akademii Medycznej w Białymstoku. Szpital w Siemiatyczach rozlokowany był w taki sposób, że na górze na piętrze był odział chirurgiczny i położniczy. Na dole był oddział dziecięcy, który powstał przy mnie. Po drugiej stronie korytarza był oddział wewnętrzny, który był uznawany także jako oddział zakaźny. Ale potem zakaźnie chorych odwoziło się do Białegostoku, a jeszcze później do Hajnówki. Nie było samochodu - karetki w szpitalu, a potrzebne były wizyty domowe. Na przykład przychodzi matka i mówi, że dziecko ma 11 lat i w domu leży chore, nie przyniesie go, a samo nie jest w stanie przyjść. Wynajmowaliśmy furmanki (zimą sanie), a na nich słoma i kapa, i tak się jechało do chorego. Nowy szpital został oddany do użytku w latach 1974-75 i zaczęły się lepsze czasy dla mieszkańców, jeśli chodzi o dostęp do opieki medycznej. - Czy pamięta Pani ówczesnych pracowników szpitala? - Przed naszym przyjazdem do Siemiatycz dyrektorem szpitala był Mazurkiewicz - nie poznałam go, ale ludzie wspominali go dobrze. Dyrektorzy często się zmieniali, ale na pewno warto wspomnieć dyrektora Franciszka Lisowskiego, który dużo zrobił dla szpitala, m.in. w starym szpitalu w 1960 roku założył centralne ogrzewanie i zrobił łazienki. A w latach 70-tych rozpoczął budowę nowego szpitala. Pamiętam pielęgniarkę Marię Wardzińską, mieszkała na ul. Głowackiego. Była dobrą i oddaną pielęgniarką, bardzo dbała o dzieci – strzygła im włosy, obcinała paznokcie, każde dziecko było przez nią codziennie kąpane. Kierownikiem wydziału zdrowia był dr Kasprzak, internista. Chirurgiem był doktor Pawłowski. Doktor Iwaniuk, chirurg był przez dłuższy czas w siemiatyckim szpitalu. - Jakie schorzenia występowały u dzieci w tamtych czasach? - Schorzenia dróg oddechowych były częste oraz różnego rodzaju wypadki przy pracach polowych. Ale były i dziwne przypadki z winy dorosłych. Razu pewnego matka przyprowadziła dwuletnie dziecko i mówi, że pali ono papierosy. Okazało się, że gdy rodzice wychodzili do pracy w pole, dziadek pilnował je i dawał dziecku pociągnąć papierosy, by zasypiało szybciej. Inny przypadek był taki, że dziewczynka trzyletnia trafiła z niewydolnością nerki. Okazało się, że na weselu dziecko nie opuściło żadnej kolejki przy toastach. Nie było wówczas czegoś takiego jak sztuczna nerka, dziewczynka zmarła po kilku dniach w Białymstoku. Rankiem innego dnia przywieziono chłopczyka, 6-letniego, z podejrzeniem zapalenia opon mózgowych. Po odzyskaniu przytomności dziecko przyznało się, że z pustych butelek na weselu spijało to, co zostało na dnie. Ten chłopak na szczęście wyzdrowiał. Po co panu to mówię? By uzmysłowić, jakie było środowisko i jaki brak wyobraźni u dorosłych. Dużo było też przypadków zatrucia mięsem po świniobiciu. Ludzie nie wozili do weterynarza badać mięsa i efektem było to, że zatruwała się cała rodzina, a nieraz prawie wieś, w tym i dzieci, u których zdarzały się zgony spowodowane włośnicą. - Dobrze znała Pani doktor Irenę Białównę z Białegostoku? - W latach 1957-61 była ona posłem na sejm i w Białymstoku po wojnie bardzo dużo zdziałała. Siemiatycze oraz ja dużo jej zawdzięczany. Trudno było coś przeprowadzić z miejscową władzą, gdyby nie poparcie dr Białówny z Białegostoku. Nigdy nie odmawiała przyjmowania dzieci chorych do szpitala do Białegostoku. Uczestniczyliśmy jako pediatrzy w szkoleniach w Białymstoku, w tzw. „domku szwedzkim”. Były tam dobre warunki, pokoje jednoosobowe, stołówka. Szkolenia trwały dwa dni w miesiącu. Przypadki, które były nie do rozwiązania w Siemiatyczach, tam były rozwiązywane. Człowiek dużo się uczył, ale też i zbierał pochwały za zmniejszanie śmiertelności wśród noworodków w Siemiatyczach. Jeśli się zdarzało, że brakowało personelu w Siemiatyczach, to dr Białówna przysyłała z Wojewódzkiego Ośrodka Zdrowia lekarza do Siemiatycz na 3 miesiące. Podobnie było, gdy jeździłam robić specjalizację do Warszawy. Na zastępstwo byli przysyłani lekarze z Białegostoku. Dziadek dr Białówny jest pochowany na starym cmentarzu w Siemiatyczach. - Co Pani najmilej wspomniana ze swej pracy w Siemiatyczach? - Sporo dzieci przyjmowaliśmy do szpitala w bardzo ciężkim stanie, a nieraz w agonii. Najsympatyczniej, najradośniej wspominam te chwile, kiedy dziecko, które trafiło do szpitala oddawało się dla rodziców zdrowe i roześmiane. - Dziękuję za rozmowę.
Marcin Korniluk, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. MK
Doktor Franceska Michalska, lekarz pediatra I stopnia (1957) i II stopnia (1966). Z siemiatyckim szpitalem związana od 1954 roku. Ordynator oddziału dziecięcego w Siemiatyczach w latach 1971-83.
Komentarze