Sylwetki Żydów siemiatyckich z przełomu wieków XIX-XX

14/08/2001 15:00

Fragment „Pamiętników” Henryka Ciecierskiego

Hersz Belkes

Hersz Belkes, bogaty siemiatycki właściciel fabryki kafli, brzozowych ćwieków do butów i szewskich kopyt, a prócz tego właściciel domu i składów w Warszawie - nie zawsze był wielki. Pamiętam go jeszcze w 1888 roku, jak Żydzi mawiali mizernym łapserdakiem, kapcanem, który się zgodził u mnie z paroma jeszcze wspólnikami, do malowania w Słowiczynie drzwi, okien, wytapetowania pokoi itp. robót we dworze. Własnoręcznie wtedy Herszek pędzlem farbą chlapał i klajstrem paćkał po tapetach. Obdarł mnie wtenczas, niedoświadczonego młodzika, haniebnie.

Bawił się on także w owych czasach i drobniutkimi, lokalnymi dostawami, czego kto w śpiących wówczas, zapadłych Siemiatyczach potrzebował. Raz na przykład dostarczył popu Hereminowiczowi trochę owsa i otrzymał od niego kwit na piętnaście rubli. Lecz, że batiuszka nie wypisał należnej sumy literami, więc zmyślny Herszek, by go na przyszłość nauczyć rozumu, dopisał do cyfry zero i z piętnastu urosła należność do stu pięćdziesięciu.

Gdy później przy ogólnym obrachunku batiuszka rozbudowany ten kwit zobaczył, zrobił się z tego zera wielki harmider i gewałt. Reb Hersz został szpetnie aresztowany, a sąd przysięgłych w Bielsku uznał go winnym fałszerstwa w celach zysku i artysta trafił do więzienia.

To stanowiło przełom w jego życiu. Hersz, jakby los wielki wygrał na loterii: koza stała się dla niego szczęściem. I jak ongi mądry, dobry prałat Faria kształcił w ponurych podziemiach zamku If więzionego tam hrabiego de Monte Christo, tak za jakieś łajdactwo skazany kaflarz, towarzysz niedoli przez zły los prześladowanego Herszka, siedzący z nim w jednej celi, z nudów stał się jego mistrzem i twórcą późniejszej jego fortuny. Wyjaśniał mu kaflarz fachowo technikę roboty kafli i we wszystkie potrzebne do dobrej ich produkcji wtajemniczał wiadomości. Herszunio był pojętny jak jamnik i - strzygąc swymi szpiczastymi uszami satyra - wchłaniał w siebie dawane mu przez kolegę nauki.

Wyszedłszy wreszcie z więzienia, rozejrzał się po Siemiatyczach, od których najbliższe trzy stacje kolei (Wysokie Litewskie, Bielsk Podlaski i Sokołów) o całe sześć mil były odległe, a i sąsiednie miasteczka leżały również od kolei daleko i zrozumiał, że popyt na kafle w tych miasteczkach i licznych jeszcze wtedy okolicznych dworach ma zapewniony i on tylko będzie stanowić cenę.

Glina pod Siemiatyczami okazała się doskonała. Zaczął od ręcznego wyrobu kafli z paroma tylko majstrami. Kafle rozchwytano prosto z pieca. Rozwijał szybko przedsiębiorstwo, które rosło jak na drożdżach. Dołączył do niego wkrótce fabryczkę kołków do butów, a wreszcie i szewskich kopyt i po latach kilku stanęła pokaźna, pierwsza w Siemiatyczach fabryka parowa.

Pan Hersz Belkes na starość obrastał w pierze, jak dobrze utrzymana gęś na zimę i rosła jego pozycja u współziomków. Został - zdaje się - stałym członkiem rady kahalnej. Także i w mieście, honorowany ogólnie, już za polskich czasów został wybrany na członka rady miejskiej. Ale bądźmy sprawiedliwi: nie wszyscy też goje warci byli u nas być jej członkami. Gdy ktoś o lepszej pamięci zwracał któremuś siemiatyckiemu Żydowi uwagę, że Herszek był przecież skazany za fałszerstwo kwitu i siedział w więzieniu, a teraz Żydzi go szanują i wybierają na odpowiedzialne stanowiska - to współplemiennik jego uśmiechał się tylko drwiąco i pobłażliwie i odpowiadał zwykle tak mniej więcej: po pierwszego - kiedy to tam było?! Kto to teraz takie stare rzeczy pamięta? A po drugiego: za co jego posadzili te ruskie, te grube ludzie? Za jaki tryf? Za jakie pfe?

- Jak to za co? Za dopisanie zera do kwitu batiuszki.

- O!... Nu, a teraz powiedz pan sam: co jest zero? Zero to jest nul. A co jest nul? Jedno z drugim całkiem nic!... Un siedział za nic! Na to może Herszek teraz z ramieniem sobie kiwać: das Gewesene ist fur den Juden Nichts! (To, co było, jest dla Żyda niczym - żydowskie przysłowie, odpowiadające naszemu "co było, a nie jest..").

„Belkes, Belkes... Prawda, un był kiedyś łapserdak, całkiem bidny kapcan... Ale teraz, teraz, chwalić Pana Boga, un bałabaste jest, szejne morejne, un cały pan, osoba!... Un już dzisiaj wie co to mandarynki i radio. Azoj!”

By dać świadectwo prawdzie, dodać trzeba, że owo dopisanie zera było ostatnim epizodem tego rodzaju w życiu mizernego Herszka, a fortunę swą zdobył, wyszedłszy z kozy, inteligencją i pracą.

 

Moszko Możewańczyk

Rozmawiałem dzisiaj (jesień 1930 roku) ze starym Żydem siemiatyckim, który ode mnie partię jabłek z piwnicy zakupił i wiózł je do Brześcia: - Mośku, my chyba w jednych latach, jakże zdrowie? Jakże się jeszcze Mośko trzyma?

- Uj, niech lepiej Jasny Pan nie pita! Nie darmo po naszemu człowiek nazywa się Mensch. Nu, bo un szie musi cięgiem tilko męczyć! Jeden stary, to prziszedł raz do doktora i prosi: uj, ja taki kiepski. Niech mi pan doktor da jaki lek, jakie kraple na te moje słaboszcz.

- Ny - mówi doktor - co ja tu mogę pomóc? Ja panu te lata nie zdejme, co ich jest cyfił za dużo. Ja pańskie starość nie zabiore. - I to wielga prawda jest... Jak czlowiek młody, to jemu wszistko dobre i smaczne. Un wypije szabasówki. Zji bajgełe. Un sobie zji kokoszieczke. Un zji ribke, zji cymes, makagige... I gładzi szie z ręką po pierszi i po brziuchu: oj, jak dobrzie! Oj, jak dobry smak! A na staroszć? Aj, waj mir!... Un widzi szmierć, un widzi piekło (niech jemu diabli!). Gewałt, co sze tam wirabia!...

- Stary Boruch, krawiec, Jasny Pan go dobrze znał i pewnie pamięta, to un jak był młodszy, to po rynku chodził, wypuczał pierszi i wystawiał brodę i taki chodził dufny, jak ten żidowski hrabia, ten gruby Abram Cukier - chociaż wiadomo, że szewcy i krawcy to nie ludzie. Un ciągle gadał: oj, jak dobrzie, jak dobrzie!

Ja jemu nieraz mówił: pamiętaj, Boruchleben, to dobrzie, to nie zawsze tak będzie, to sze kiedyś skończy ten śpas. Ja tobie to powiadam, ja, Mośko Możewańczyk!

I prziszedł na niego ten czas... I Boruch sze raptem stał ze wszistkim słaby, całkiem jak mały bachór i już nie gadał: oj, jak dobrzie! - tilko troche a bisełe sobie postękał i w jedne małe chwilke zrobiuł gestorben, kapores... Młodemu to tylko Majufes śpiwać, ale staremu, staremu... oj!.

Ny, co robić? Co będzie, to będzie, a wszistko od Pana Boga! - zakończył stary Mośko, westchnąwszy ze smutną rezygnacją .

Panie ogrodnik, będziem dalej jabłki ważyć…

 

Josel Rodzynnik

Josel Rodzynnik to siemiatycki malarz, tapeciarz i introligator, a w ostatnich, powojennych (chodzi o I wojnę światową – przyp.red.) latach, dostawca i obrabiacz żydowskich kamieni grobowych. Średniego wzrostu, szczupły, ciemny szatyn o podłużnej twarzy i rysach jakby trochę murzyńskich. Głowa nieco kędzierzawa, nos rozpłaszczony i wydatne wargi. Ale tę niezbyt ładną fizjonomię zdobiły i ożywiały dobre, pogodne i wesołe oczy. Całe życie był biedny, ale nigdy nikt mu nie zarzucił najmniejszej nawet nieuczciwości lub złośliwości. Mieszka w nędznym, wynajętym mieszkaniu, a jedynym jego szyldem na frontowej ścianie są różnobarwne plamy po wytartych pędzlach.

Wielokrotnie, z całą ufnością, załatwiałem przez niego różne interesa w Warszawie, powierzając mu pieniądze bez kwitu i samodzielne, zależne wyłącznie od jego rozsądku i uczciwości, zamówienia. I nigdy się na nim nie zawiodłem.

Podczas jednej takiej delegacji zdarzyło się z nim zabawne qui pro quo. Posłałem go z listem do malarza Łukaszewicza po obraz dany do odrestaurowania. W liście prosiłem, by go artysta wręczył panu J. Rodzynnikowi, malarzowi.

Josel był przyzwoicie ogarnięty. Artysta prosi go siadać i bada dyskretnie: "Czy można zapytać, co kolega najczęściej maluje?" - "Drzwiów, oknów, podłogi. Różnie, jak się trafi" - odpowiedział skromnie Josel. Artysta się zdetonował, a Josel, zorientowawszy się w sytuacji, mówi: "Pan pewno miszli, że ja i na płótnie maluję landszafty tak, jak pan? Timczasem nie, bo tego u nas nikt nie potrziebuje. Siemiatycze to nie Warszawa! U nas na ten towar nie ma odchód."

I gospodarz z gościem roześmieli się wesoło.

Nieraz brał Josel u mnie na kredyt, bez kwitu, opał lub cegłę na detaliczną sprzedaż w miasteczku i zawsze się uczciwie wypłacał. Także przy pracy, poza dawaniem mu specjalnych wskazówek, nigdy go nie trzeba było pilnować, bo robił, jak potrafił, ale zawsze sumiennie i życzliwie.

Zawsze pogodny i w dobrym humorze, jeżeli i miał kiedy jakie zmartwienie, to nie dawał tego po sobie poznać. Nigdy nie próbował mnie naciągać i raz tylko, przed weselem starszej córki, poprosił mnie o drobną pożyczkę. Pieniądze mi uczciwie zwrócił, nie przynaglany do tego upomnieniami.

Żydowskie wesele w Siemiatyczech

W pierwszych dniach stycznia 1929 roku zaprosił mnie Josel na ślub i wesele swej najmłodszej córki, którą wydawał za czeladnika stolarskiego. Jeszcze w dzień ślubu prosił nieśmiało służbę moją w mieście, by mi przypomniano o tej inwitacji: "Bo choć ja bidny Żyd, ale ja bardzo Dziedzica proszę, żeby przijechał."

Pojechałem, naturalnie, z przyjemnością. Josel był rozczulony moim przyjazdem, delikatnie i troskliwie pomógł mi wysiąść i zaprowadził nie do swojego, a do sąsiedniego, na wieczór ten odstąpionego mu domu. Siedziało w nim kilkadziesiąt Żydóweczek przy stole zastawionym cukierkami, jabłkami, słodkim, lekkim ciastem jajecznym pokrojonym w kostki, a także kilkoma flakonami krajowych likierów.

Byli tam i państwo młodzi. Panna młoda Chane, wysmukła, o regularnych rysach, bardzo ładna brunetka, odznaczała się wspaniałymi, wschodnimi, czarnymi, trochę tragicznymi oczami Judyty. W sukience jasno szafirowej z białym wyglądała prześlicznie. Pan młody, Chaim Wyssak, już w europejskim ubraniu, przedstawiał się przyzwoicie. Był to wesoło uśmiechnięty blondynek, bez wyraźnych cech semickich. Robił dodatnie wrażenie.

Przywitałem zebranych słowami: "Niech będzie pochwalony Pan Bóg!". Złożyłem życzenia młodej parze i siadłem śród barwnego bukietu cór siemiatyckiego światka rzemieślniczego i biedniejszego kupiectwa. Wszyscy byli dla mnie bardzo uprzejmi i gościnnie częstowano mnie czym chata bogata. Jedna panienka obierała jabłuszka i, nadziane na koniec noża, podawała mi je uprzejmie, z gracją, przez stół, z wdzięcznym uśmiechem i milutkim dygiem.

Raptem rozległ się śpiew. To jedna z siedzących przy stole dziewic zaczęła nucić żydowskie piosenki po hebrajsku i w żargonie, nie wstając, bez ruchu, rzadko nawet podnosząc powieki. Szkoły jej było mocno brak, ale głos był ładny i ciepły. Śpiew ten przypominał przeważnie smętne (powiedziałbym po rosyjsku: zaunywnyje) melodie tureckie i arabskie, których tak lubiłem słuchać na Wschodzie. W niektórych piosenkach chór dziewiczy podchwytywał refrain, zwłaszcza w śpiewkach o wesołym, jakby skandowanym, bachicznym tempie.

Poprosiłem, by zaśpiewano Majufes. Po odrobince zażenowania i wstydliwych ceregieli (że to niby ośmieszona, typowo żydowska staroświecczyzna), usłyszałem nareszcie tę pieśń w całości, przez właściwe, rasowe śpiewaczki zaprodukowaną. Jest ona dla mnie naprawdę ładna i ma dużo w sobie południowo-wschodniego temperamentu i charakteru.

Niezmordowana owa śpiewaczka zapytała mnie nieśmiało, czy pozwolę zaśpiewać "Chrysanthemes" po rosyjsku - "bo ja, przepraszam bardzo, ale tego po polsku nie znam." Odpowiedziałem, że proszę bardzo, bo przecież pani tu rosyjskiej demonstracji chyba nie robi. - Ach, nie! Niech Bóg zabroni! - i zaśpiewała głębokim głosem, wcale ładnie i z uczuciem, ten utwór pełen melancholii.

Ubrano w welon pannę młodą i na krótko posadzono ją na krzesełku obok narzeczonego. Po przyjeździe rabina (po którego kazałem posłać konie) wyprowadzono państwa młodych śród szpaleru dziewic na podwórko pod baldachim. Przed opuszczeniem izby rzucano na nich confetti na szczęście, a jeden z usługujących tragarzy obchodził z talerzem gości, zbierając nikle, jako datki.

Po drugiej stronie sieni czekał w izbie rabin z asystą. Rabin, był to człowiek przyzwoity i rozumny. Powiedzieliśmy sobie parę komplementów i wielebny rebe zaprowadził mnie na podwórko, gdzie obok niego, naprzeciw państwa młodych, stanąłem pod baldachimem. Asysta przyświecała paroma bez lichtarzy, wprost w ręku trzymanymi świecami. Dość długo trwały czytane śpiewnym głosem modlitwy rabina i asysty, podczas których parokrotnie podawano nowożeńcom w szklance czerwone wino. Po ceremonii, która trwała chyba z pół godziny, że to było ciemno, śnieżno i nierówno pod nogami, wracałem z rebem do mieszkania pod rękę.

Aż tu nagle, jak nie zaczną goście i gawiedź prażyć w nas śnieżkami! Myślałem, że nas zbombardują! Asysta rabina i poważniejsi Żydzi wrzasnęli groźnie: Jingern, ir zołt niszt uf den rebe und uf den puryc szmejsen! Sza! Sza! I prawda: bombardowanie zaraz ustało.

Tłumaczono mi z zakłopotaniem, że - W zimowy ślub tak musi być "na szczęście" i że ta zabawka przeznaczona była właściwie dla państwa młodych, ale te łobuzy po cziemku źle trafiali." Zapytałem ciekawie, czym się rzuca "na szczęście", gdy jest błoto? Odpowiedziano mi monosylabowym dźwiękiem: "Nnu!"..., który miał chyba wyrażać wszelkie możliwości.

Gdym już siadał do sanek, kochany Josel, żegnając mnie, podał mi spory jakiś pakiet, mówiąc: "To ciasto weselne dla Panienki" (niby dla naszej córki). Było to owo smaczne, słodkie ciasto jajeczne, po żydowsku "lejheh" zwane. Córka była rozczulona pamięcią starego, poczciwego Żyda, którego wszyscy lubimy i szanujemy.

Chciałbym, żeby mnie on przeżył, bo gdyby mnie wyprzedził, to bym z pewnością bardzo odczuwał brak tego starego rówieśnika, tego poczciwego Żyda, którego niedzisiejsza umysłowość już się tak rzadko śród jego współplemieńców spotyka.

 

Socjalista Moszko Bonda

W 1904 roku żył w Siemiatyczach chuderlawy Żyd, mizerny szewc, Mośko Bonda. Miał on wojowniczy temperament (nu, on takoj bojkij maładiec!) i rewolucyjne młodziaki żydowskie wynajmowały go czasem do robienia w bóżnicy "całkiem paskidnych" awantur niektórym swoim matadorom, wymigującym się od dawania haraczu na ukryte cele. Chodziło, np. o wymyślanie im od burżujów i bicie "po pisku". Nie darmo Żydzi mówią, że szewcy i krawcy to nie ludzie, więc i nasz Mośko załatwiał te opłacane awantury specjalnie ordynarnie i grubo.

Kiedyś, w owych rewolucyjnych czasach, brał mi Mośko miarę na buty. A że to wtedy, po japońskiej wojnie, społeczeństwo było rozkołysane i zaczęła się moda na partie, pytam majsterka: - „Reb Moszek, co pan jest?” Żydek spojrzał na mnie nieufnie i powiada: - Ny, timczasem to ja sziewc... A co ja mam bić drugiego?

- Pytam czy pan sjonista, czy bundysta?

- Ja? Prziepraszam, proszę łaski Pana – powiada, pierś zapadniętą bohatersko wypinając, a zadartego noska i rudą kozią bródkę groźnie zadzierając - ja cycjalist!

Ponieważ szył on żonie mej - nie tyle ładne, ile bardzo wygodne obuwie, więc żona, mieszkając parę lat we Francji, prosiła mnie czasem listownie, bym kazał zrobić dla niej trzewiki i wysłał je do Paryża. Szewc siemiatycki strasznie z tego powodu zhardział i urósł w dumę. Gdy mu ktoś zarzucał, że partoli i że lepiej kupować buty w Warszawie, to Bonda pogardliwie przerywał, wykrzykując z lekceważeniem: W Warszawie!... w Warszawie! Co pan gada? Nu, co to jest Warszawa? Wielkie mecyje... Gubernskij gorod, tilko a bisełe większy od Grodna. Jasna Pani z Bacik mieszka sobie w samym Pariżu, a każe robić sobie trzewiki gdzie? W Siemiatyczach! A u kogo? Tilko u Mośka Bondy!

 

Koniokrady

O trzech słyszałem u nas znakomitych - de nomine koniuchach, a - jak vox populi głosił - de professione occulta: koniokradach- paserach.

W Ciechanowcu był Żyd, niejaki Dówke, w Boćkach Ićko Zelman, Kowalikiem zwany, w Siemiatyczach Kapłan, znany wszystkim pod nazwiskiem Bobel. Sprawców tego rzemiosła było u nas i więcej, jak np. uważny, wolno mówiący, chudy, jednooki Lejzor Szerszenowski i drobny, ruchliwy, z czarną krótką bródką, o twardym, złym spojrzeniu bezczelnego żulika Ićko Marmur, ale to już nie były szczupaki, a tylko płotki mizerne minorum gentium.

Zdaje mi się, że działalność Dówki skończyła się między rokiem 1875 a 1880. Pobierał on od licznych wtedy okolicznych dworów i dworków roczną pensję lub ordynarię w ziarnie, czy opale, jako haracz za zapewnienie nietykalności danej stajni. Zamożniejsza szlachta zagonowa, atawistycznie i tradycyjnie kochająca się w dobrych koniach, również mu się opłacała.

I nasz ojciec także odstawiał temu hersztowi stałą ordynarię i choć nie znaliśmy co to stróż nocny i nikt u nas w stajniach nie sypiał, nigdy koni na noc nie zamykano. Kiedyś nam jednak z nocnego pastwiska koń zginął. Oburzony plenipotent, pan Tomasz Czarkowski (przydomek "Sęk Ten") zaraz pojechał do Ciechanowca, do sławetnego Dówki i gorzko mu wyrzucał jego nielojalność.

- Iii, po jakiemu to? Toć odstawiamy Dówce rzetelnie i akuratnie ordynarię i dzięki pobikrowskiemu drzewu Dówke surowego nie jada zimą i nie marznie, a to chyba dlatego, żebyśmy mieli spokój?! A tu nam teraz koń zginął. Co to za cygańska sprawiedliwość? To powiedziawszy, splunął rozsierdzony hersztowi pogardliwie pod nogi: tfu!... do diabła z taką robotą, kapcanie!

- Ja bardzo psziepraszam wielmożnego Pana - sumituje się zawstydzony Żyd - ale to sze widno z tym kuniem zrobiuła miłka, aszibka. Mnie to samemu bardzo nieprzijemnie jest i wielgi wstyd... Ale kuń sze znajdzie... Ja to mówie - Dówke! Straty z tego trafunku dla dworu nie będzie. Un zginął w nocy z pastwiska przez cziste aszibke: nie poznali, że to dworski kuń i z tego wiszedł ten cały szmej-drej. Ale Dówke swoj honor trzima... Rzeczywiście, w parę dni później, raniutko, znalazł się koń za folwarkiem, widać w nocy u zagrody uczepiony. Był tylko bardzo głodny i widocznie zgoniony.

Rozpasanie ówczesnych koniokradów doszło wreszcie u nas do zenitu. Nie było jeszcze telefonów. Po miasteczkach włóczył się tylko jeden pijanica uriadnik, zajęty przeważnie śledzeniem niebłahonadiożnych polskich pamieszczyków i tajnych polskich szkółek dla dzieci wiejskich, po dworach przez żony i córki ziemian, pod grozą kar surowych skrycie prowadzonych. Poza tym uriadnik oddany był cały zgarnianiu chaborów [łapówek]. Raz, chyba w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym siódmym roku, znalazł jeden z naszych leśników w swoim obchodzie, o niecałe pół wiorsty od naszego myśliwskiego dworu w Słowiczynie, uwiązanego w gąszczu przy bagienku konia, któremu złodziej widać znosił zrzynaną w polu koniczynę. Sądząc z ilości nawozu i stopnia wyleżenia miejsca, koń ten musiał tam chyba nie mniej niż tydzień na dalsze przepędzenie go oczekiwać. Prawdopodobnie złodziej chciał pierwsze pogonie i poszukiwania przeczekać.

W 1903 roku leśnik znalazł u nas latem w gąszczu parę pięknych, mocno zgonionych, uwiązanych u drzewa kasztanów. Miały najpewniej z nastaniem nocy dalej być pognane. Stały u nas z tydzień w stajni, póki się nie zgłosił ich właściciel, obywatel zza Buga, z Siedleckiego.

W 1922 roku, gdym wracał pewnej nocy majowej z Siemiatycz, spostrzegłem jak jakiś konny, siedząc na oklep i na kantarze prowadząc drugiego konia, pomknął leśną dróżką ku Boćkom, to w kłus , to w galop wpadając. Domyśliwszy się, że to koniokrad, krzyknąłem "stój", lecz ten puścił wtedy konie w cwał. Kazałem i ja furmanowi batem po koniach smagać i gnać za nim galopem.

Gdym go już doganiał, dobyłem rewolwer i zagroziłem strzałami. Złodziej skręcił momentalnie w młodniak, lecz luzak, nie biegnąc tuż przy nim, zaraz sznurem o drzewo zawadził, a koń, na którym jeździec siedział, łbem w gałęzie się wparłszy, również stanął. Wtedy koniokrad luzaka puścił, z konia zeskoczył i dał nura w karcze.

Okazało się, że konie te skradziono w nocy dwóm młodym chłopom czartajewskim.

W końcu nie pomagały już i sztaby żelazne, zakładane w poprzek wejść stajennych i umocowywane specjalnymi kluczami, bo złodzieje w niepilnowanej stajni konia przy wejściu przewracali i pod sztabą, za łeb i za ogon, na dwór przeciągali. A gdy siadł już koniokrad na konia, to – szukaj wiatru w polu!

Pierwszy złodziej, najczęściej rozpróżniaczony, wiejski pijaczyna (czasem w zmowie z kimś z miejscowej służby), który brał konia ze stajni lub z pastwiska i najwięcej się bezpośrednio narażał, dostawał zwykle od Żyda, herszta i pasera, około pięciu rubli za przyprowadzenie mu konia. Zdarzało się, choć rzadko, że było to 10 do 15 rubli.

Po kilku dniach, po uspokojeniu się gorączki poszukiwań i pogoni, po podkuciu szkap (często "bosych"), po zrobieniu toalety przy grzywie i ogonie - wyprawiał paser "towar" w dalszą okolicę i tam nabierał już koń prawdziwej wartości. Świadectwa końskie?... Gdy się szkapę od koniucha nabywało, to wyciągał on nagryzmolonych kilkanaście świadectw z pieczęcią wioskowych starostów, czyli sołtysów i mówił: niech już wielmożny pan sam sobie świadectwo wybierze, które sze spodoba i które pod tego kuń najbardziej będzie podchodiaszcze...

Starostowie, nie widząc wcale szkap, za dwadzieścia czy trzydzieści kopiejek przykładali pieczęcie do każdego przedstawionego im świstka. Dygnitarz wioskowy najczęściej bywał "niegramotnyj", czyli niepiśmienny. Na pieczęć chuchnął, nad lampką lub nad palącą się drzazgą ją okopcił, do świstka z powagą przycisnął, nagryzmolił coś w rodzaju podpisu, pieniądze za fatygę zgarnął i koniec... W żadnej księdze się tego „cennego” dokumentu nie odnotowywało.

Kiedyś (20 sierpnia 1891 roku) posłałem (dla facecji) staroście [sołtysowi] w Bacikach Średnich, ś.p.Małachwiejowi Turczukowi, świadectwo końskie do podpisu. Świadectwo to, podpisane przez niego i urzędową pieczęcią zaopatrzone, przytaczam tu dosłownie:

"Mierin (wałach) wosiemdiesiatiletnij, czetyre arszyna i diesiatj werszkow wyszyny (wysokości), masti zielonoj z krasnoj griwoj i chwostom. Na łbu żełtaja zwiezda. Kluk (dziób), kak u kuricy, kopyta, kak u karowy. Wiediotsia na jarmarku. (Miejsce pieczęci): (podpisane): Małachwiej Turczuk Baciko-Srednij Sielskij Starosta".

Nic więc dziwnego, że wobec ciągłych kradzieży wielu doszło do przekonania, że najlepiej opłacać koniokradom daninę, by spać o swe konie spokojnie i tak ułożyły się u nas iście arkadyjskie stosunki. Ale licho nadało, że raptem nastał w Bielsku pewien sędzia śledczy (Rosjanin, nazwiska nie pamiętam), który postanowił sobie koniokradztwo, ową szlachetną kirgiską "barantę" wytępić. Przyjeżdżał on, np. do Ciechanowca, dociekał, węszył, doskwierał różnym Żydkom i ich podkomendnym gojom z wiejskiego proletariatu, nękając ich niedyskretnymi, podstępnymi pytaniami:

- Ciekawe, na czyim koniu, gołąbku, przyjechał do ciebie w tę nieszczęsną noc Bazyluk Jan? Na własnym, powiadasz? Tak... doskonale... A on mnie zeznał, gołąbku, że nigdy u ciebie nie był, a sąsiedzi jego, wystaw sobie, zeznali, że Bazyluk konia takiego nigdy nie posiadał... Słyszysz? To czyja tu prawda, gołąbku? Twoja, Bazyluka czy sąsiadów, a?...Ale co tobie? Coś się tak spocił? Mnie chłodno, a tobie gołąbku, gorąco się zrobiło?

I nagle, porzucając słodki ton, wzywał policjanta i nakazywał surowo: - Wywiedi mierzawca, a zawtra otprawitj jewo w bielskuju tiurmu pod konwojem...

Dzielny "śledowatiel", a jak się o nim mawiało: "śledziowaty", tak zaczął po piętach koniokradom u nas deptać, tak ich nękać, że chociaż szlachetnego zawodu tego w naszym powiecie całkowicie nie wytępił, to go jednak znacznie na jakiś czas ukrócił.

Gdy objąłem, po dzierżawcy, folwark Czartajew, zaprowadziłem w nim hodowlę zbliżonych do arabów koni i wkrótce dość ładną zebrałem stajnię. W styczniu 1898 roku otrzymałem list od znanego koniucha i koniokrada, wspomnianego już tu Ićki Zelmana, w którym bez ceremonii prosi o przysłanie mu stu rubli, które: "ostatecznie - jak pisze - sam mógłby gdzieś pożyczyć, ale się nie chce osławiać..." Kończy, że mogę mu dać sposób "dla podtrzymania własnych interesów i zabezpieczenia potrzeb..."

Ićko mieszkał w Boćkach, blisko mostu na Nurcu. Nad drzwiami od ulicy wisiała na jego domku uździenica, żeby jego klienci i dalsi zawodowi kamraci, bez wypytywania postronnych ludzi, w dzień i w nocy łatwo do niego trafić mogli. W Boćkach właśnie była okoliczna centralna zdawcza stacja koniokradów. Zapewniano mnie wielokrotnie, że były tam, podobno, w zaułkach ukryte podziemne stajnie, w których skradzione w okolicy konie przetrzymywano aż do uspokojenia się pogoni.

W ukrytych owych złodziejskich melinach dokonywano także różnych zabiegów, dzięki którym ulegały szkapy mniejszym lub większym przeobrażeniom. Więc je podkuwano, wyczesywano i strzyżono, skracano im grzywy i ogony, wypalano im niekiedy rondlami na udach "tawro", by im nadać pozór ruskich koni i podobno je nawet czasem farbowano. Pogonie odbywały się zwykle niedołężnie i bezskutecznie. Zrozpaczony gospodarz biegał po okolicznych wioskach piechotą lub jechał na pożyczonym od sąsiada koniu i wypytywał ludzi: czyście nie widzieli mojej szkapy? Tak a tak wyglądała. Może kto na niej tędy przejeżdżał?...

Złodziej, oczywiście, zwykle wioski mijał, polami, lasami i karczami chytrze się przemykając, a jeśli już musiał przez jakąś wieś koniecznie przejechać, to się w nocnych mrokach przez takową cicho i nieznacznie, jak złodziej, przesmyknął. Mowy więc być nie mogło, by ktoś w obcej wsi, po nocy, konia w biegu pod złodziejem rozpoznał jako własność takiego a takiego gospodarza. (...)

Na list jego (Zelman) bezczelny nic mu nie odpowiedziałem. W jakiś czas po otrzymaniu listu przyjechałem przedpołudniem do Czartajewa i zobaczyłem kręcącego się po podwórzu Żyda, o bardzo niemiłym wyrazie twarzy. Pytam: kim pan jest i jaki ma pan tu interes?

- Ja jestem Ićko Zelman z Bociek - odpowiada z przeświadczeniem, że nazwisko jego sprawi na mnie właściwe wrażenie. - Ja chciałem się dowiedzieć czy kupię tu niedrogo parę dobrych koni?

- Nie mam teraz koni na sprzedaż.

- Nie? To szkoda. A ja miślał, że ja stąd taki parę koniaków wiprowadzę.

- Jedź pan sobie do Siemiatycz, do Mendla Szapiry. On ma w sklepie dobre koniaki i szabasówkę też...

Pokłusowałem do domu, a wieczorem wybraliśmy się z gośćmi sankami w noc księżycową na długi spacer w nasze piękne, dzikie lasy. (...) Ale zaczęła się zrywać dymka i trzeba było powracać. Koło dziesiątej stanęliśmy przed domem.

Nim wysiedliśmy z sań, stary nasz rezydent, kulawy pan Kiliński, usłyszawszy brzęk janczarów, wyszedł na ganek i powiada stroskany: dziś wieczór ukradli panu w Siemiatyczach parę klaczy z czartajewskich koni.

Wyjaśnił zaraz, że rządca posłał konie po doktora i że furman, nie zastawszy go, wprowadził chwilowo konie na nie zamknięte podwórze, a sam poszedł jeszcze do miasta. Gdy wkrótce do domu doktora powrócił, zastał bramę podwórza przymkniętą, ale konie i sanki przepadły jak kamień w wodę. Po daremnym bieganiu i przepytywaniu, zrozpaczony fornal wrócił do Czartajewa, a rządca pchnął zaraz posłańca z miłą wiadomością do dworu.

Goście wysiedli z żoną z sanek, a ja natychmiast kazałem zawrócić i pojechałem do Siemiatycz. Dostukałem się do śpiącego już "stanowowo pristawa", czyli komisarza policji, którego zastałem już w łóżku. Powiedziałem mu o kradzieży, o znamiennym liście koniokrada i o dzisiejszej z nim rozmowie. Dodałem: gdyby ukradli mi konie z folwarku, to nie miałbym do pana pretensji, ale jeżeli w środku miasta, o niezbyt późnej godzinie, z zamkniętego podwórka kradną konie tuż pod pańskim bokiem, to jeśli się one do jutrzejszego południa nie znajdą - wyślę o tym barwną depeszę do gubernatora i śmiem zapewnić, że niedługo zabawi pan na tym miejscu. Jeśli zaś konie się znajdą, dam policji pięćdziesiąt rubli nagrody. Tłusty, ciężki pijanica, pristaw Sankowskij (zresztą z ówczesnej kolekcji okupantów człowiek jeszcze nie najgorszy) posłał zaraz po uriadnika, czyli strażnika.

Wchodzi zastrachany uriadnik, ot taka sobie "sołdatskaja morda". - Ach, ty bałwan - sobaczy mu pristaw - tak u tiebia pod nosom kradut gaspadinu pamieszczyku łoszadki? Wot, kak! Eto uż prosto skandał! Ty schadi niemiedlenno i obojdi wsiech koniuchow: schadi k"Bobelu, k"Marmoru, k"odnogłazomu Lejzoru i uż k"kamu tam znajesz i skaży im ot mienia, czto eto nahalstwo i czto łoszadki dołżny bytj niepremienno otdany. Poniał, gałubczyk, a?... Nu, tak stupaj! Biegom!...

Wróciłem do domu, a na drugi dzień budzi mnie służący wiadomością, że przyszedł uriadnik i melduje, że konie z sankami już się znalazły i są już w Czartajewie. Prosi w imieniu pristawa, by nie wysyłać depeszy do gubernatora. Dostał pięćdziesiąt rubli i odmaszerował uszczęśliwiony. Ani bat, ani derki, ani nawet pozostawione w sankach pakunki nie zginęły. Przetrzymali konie w stajni jednego z koniuchów. Była to nieudana represja Ićka Zelmana, Kowalikiem zwanego, za odmowę złożenia przeze mnie haraczu, wykonana przez siemiatyckich jego kamratów, bo koniuchy, to jedna, solidarna "hewra".

Jeżeli naszym koniuchom wpadł koń w oko w jakimś zaścianku i spodziewali się, że kupiwszy go dobrze na nim zarobią, a szlachcic szkapy sprzedać nie chciał, to koniuch zaczynał go dręczyć i straszyć: - Słuchajcie, panie Krasowski - mówił taki koniuch tonem przestrogi i groźby. - Ja panu powiadam, że ten kuń może panu w prędce całkiem zachorować i zrobić kapores. I co wtedy będzie? Taki teraz paskudny czias na szwiecie, tak kunie dookoła wiprowadzają, że uj! Ta szkapa może zginąć też, ojoj... Na mój rozum, ja bym panu nie radził jej trzimać...

Co miał biedny szlachcic począć? Jesienią noce ciemne, a w zimę sypiać w stajni niepodobna. Więc umiłowanego konia, choć z żalem - sprzedawał. Byli tacy, co nie tylko na pastwiskach nakładali koniom żelazne, zamykane na klucz pęta, ale i w stajni na noc je w takich zostawiali okowach, w których biednym szkapom było bardzo źle stać, a położyć się było niepodobieństwem. Niemieccy okupanci, rozumiejąc wielką szkodliwość żelaznych pęt, zabronili nakładania takowych, a nawet zabronili i pęt sznurkowych. Ludność się jednak, u nas przynajmniej, do tego zakazu nie stosowała. Bała się bardziej końskich złodziei niż Niemców. Z czasem nawet żelazne pęta przestały być pewnym zabezpieczeniem, bo koniokrady nauczyły się takowe otwierać albo przecinać. Co do złośliwych przepowiedni, zachorowań i zmarnowania się koni, gdy właściciele odmawiali ich sprzedaży koniuchom, to te się aż nazbyt często spełniały. Czasem we własnej stajni – obrok koniowi zaszkodził, czasem znów w miasteczku, na rynku, koń raptem zasłabł i padł... Od czego arszenik, szkło tłuczone i inne tego rodzaju smakołyki?

Pan Franciszek W., z Zabłocia, był (jeszcze przed erą samochodów) wielkim amatorem koni, a znał się na nich jak żaba na akuszerstwie. Kiedyś Bobel kupił w Tołwinie, zaścianku szlacheckim, od któregoś z panów Tołwińskich (Czudziaka, Pająka albo Zająca) ot, takiego sobie podjezdka za sto pięćdziesiąt rubli. Po kupnie, na poczekaniu obciął klaczce ogon i grzywę i oprowadził szkapkę do Zabłocia, odległego o kilka wiorst. Przed folwarkiem wlepił jej kilka batów, żeby życia, fajeru i ruchu nabrała i przeganiając ją przed dworem, potrafił tę klaczkę tak zaprezentować, że ją zachwyconemu panu Franusiowi jako importowaną szmuglem węgierską kobyłę za pięćset rubli wsadził.

Pan Franciszek, mimo że go Bobel nie raz na koniach dobrze oskubał, był uzależniony od jego... dyskrecji, gdyż zdarzało im się i wspólnie szachrować. Fama głosiła i sam Bobel mi to kiedyś przy świadkach powiedział, że "Pan Franusz", przy jego pomocy, długozębnych swych starców, zasłużonych końskich weteranów, na jarmarkach za Bugiem (w Łosicach) ze swej stajni, jako krótkozębnych młodziaków wypychał.

Zdarzyło się, że pewnej nocy, w zaścianku Wiercień, któryś z panów Wiercieńskich usłyszał na podwórzu podejrzane szmery. Zerwał się z pościeli i wybiegłszy na gumna, natknął się w stajni na gospodarującego już przy swej szkapie nocnego marka, w którym, mimo mroku, rozpoznał Bobla. Nieproszony gość, pojmany już za kraj szaty, szarpnął się i dał drapaka. Sprawa oparła się o policję i sąd przysięgłych. I wówczas, ku ogólnemu zgorszeniu, "Franusz" zeznał w sądzie, że noc ową krytyczną Bobel spędził spokojnie w jego obejściu. I tym alibi oskarżonego grzesznika - rozgrzeszył. Coś za coś.

Czarny diabeł wyszedł z tej łaźni gorącej na białego wymyty anioła, ale łaziebnik, wybielając brudną jego skórę, szpetnie się wtedy umazał...

 

Pani Szajkowa Ochrymowska

Bywając w Bielsku Podlaskim, często zatrzymywałem się w zajeździe pani Szajkowej Ochrymowskiej, Żydówki dawnej daty, osiemdziesięciokilkuletniej staruszki. Gdy była panną, jeździła konno i jak sama mówiła – parlowała po francusku, bo była "z wielgiej familii" białowieskich kupców leśnych.

Bardzo grzeczna, w starym stylu, wiedziała jak z kim rozmawiać, zawsze też zachowywała się z pewną godnością i taktem, rzekłbym nawet: z dystynkcją. Ceny numerów zależne były od pozycji, stopnia zamożności i miękkości lub twardości gościa. Za jeden i ten sam pokój zamożniejszy ziemianin płacił więcej, a mizerniejszy – wiele mniej. Jak tam z kogo dało się zedrzeć.

Jednak trzeba przyznać, że gdy gość wyjeżdżając nie zgadzał się zapłacić zbyt wygórowanego rachunku i stawał okoniem, to pani Szajkowa bez gniewu z ceny spuszczała: „Nu, cóż robić? Za drogo? Niech wielmożny Pan zapłaci po swojemu. Niech będzie moja krziwda. Niech będzie tak!”

Czasem przekomarzałem się, mówiąc że zdziera, że za ten sam pokój pan Dziubandowski i pan Zadarnoski mniej płacili.

- Pan Dziubandowski z Biszewa i pan Zadarnoski z Mierzynówki? To co innego. To półpanki. Całkiem inny gatunek. Nu, a z kogo brać, jak nie z pana? Taki gość, taka osoba, to nie co dzień się trafi. Ja mam takiego gościa jak pan tylko jednego na cały powiat! Nieboszczyk ojciec nie był taki skąpy. To był Pan! On był zawsze dla Szajkowej taki grzieczny. Pan się gniewa? Nu, to co ja mam robić? Proszę dać trochę mniej”.

I w taki oto sposób kołatała pani Szajkowa do próżności i innych swych klientów. Nawet za życia pana Szajki, króla małżonka, który zmarł przed Wielką Wojną, mówiło się zawsze zajazd, czy hotel "pani Szajkowej". Duszą bowiem zajazdu była pani Szajkowa, a mąż się tylko po domu i po podwórzu plątał.

 

Był to blady, suchy, zgryźliwy Żyd, o ostrych rysach, spode łba spoglądający milczkiem na gości. Kiedyś, w końcu 1904 roku, gdy zaczęło rewolucyjnie grzmieć w spodach Rosji, Żydzi lgnęli do tych podziemnych ruchów (Gdy w 1905 r. byłem wybrany z powiatu Bielskiego do Grodna, na wyborcę do Dumy, zaszedłem raz do Domu Ludowego (Narodnyj Dom) w Grodnie. Tam, tyłem do mnie odwrócony, koślawy Żydek, Gruensztejn z Brześcia, o minie żulika, perorował wobec pogardliwie nań spoglądających Rusinów: Słuszajtie, gaspada, bratja, ruskije krestjanje, pamieszczyki eto naszi i waszi krowopijcy! A któryś z mądrzejszych Rusinów na to: tfu, wriot, kak Brechun, durnyj, podłyj Żydionok! - i splunąwszy, odszedł), podsycając fermenty, ale się w pierwsze, bojowe szeregi, przez ostrożność, nie wysuwając.

Pan Szajko chadzał wówczas po hotelu, groźny jak gradowa chmura i jak złowrogi prorok przebąkiwał, błyskając złymi oczami: „Ny, już grzmi, pan słyszy? Trzięszie szie szwiat!... Wszistko szie teraz odmieni! Kto był na dole, ten będzie na górże. A kto był na górze, ten pójdzie całkiem na spód, on na dole będzie!” - i pan Szajko robił palcem gwałtowny ruch z góry na dół, wyrażający spadanie czyjeś w otchłań, a nogami naśladował zawzięte, wściekłe rozdeptywanie spadającego z wyższych szczebli drabiny społecznej pod jego nogi nieszczęśnika.

Ten niedoszły Trocki, będący w porównaniu z tamtym, płomiennym - kurzącą tylko smrodliwie trociczką, przecenił, na szczęście, ówczesne siły rewolucyjne. Zrozumiawszy to, już się później od podobnych miłych proroctw, dla bezpieczeństwa, powstrzymywał.

Z panią Szajkową pogniewałem się raz i trwałem długo w gniewie, omijając jej zajazd. Poprosiłem ją kiedyś, by kupiła dla mych koni pud owsa. I nie miałbym pretensji, gdyby mi podała w rachunku tyle a tyle za owies, a tyle dla siebie, za fatygę kupna. Byłoby to dopuszczalne, a nawet słuszne. Ale ona oszukała mnie po prostu na cenie, podając o dziesięć kopiejek więcej niż zapłaciła. Ta drobna nieuczciwość, po tylu latach znajomości, doprowadziła do zerwania między nami dyplomatycznych stosunków. Teraz, po latach dziesięciu od tego zdarzenia, znowu kwitnie między nami filadelfia i arkadyjskie panują stosunki. Tyle, ze nie "flirtuję" z panią Szajkową jak naiwny Daphnis z niewinną Chloe, lecz jak zgrzybiały Filemon z matroną Baucydą.

Pani Szajkowa jest zdeklarowanym wrogiem nowinek. Niedawno wpadłem na parę godzin do Bielska (naturalnie – do Urzędu Skarbowego!) i załatwiwszy interes, odwiedziłem staruszkę.

- Dzień dobry pani Szajkowo. Jak widzę, trzymamy się jeszcze oboje dobrze na tym świecie...

- Aj, daj Pan pokój. Już mnie starej ciężko żyć. Nie to, co dawniej. A jak pan przijechał? Z masziną, koleją?

- Nie, autobusem i zaraz wracam do domu.

- Żieby on ręce i nogi połamał!

- Kto? Kto ma ręce i nogi połamać?

- Ten autobus! Bo prziez te diabelskie nowość, to teraz nikt u mnie nie nocuje. Każdy pan wpadnie tylko do Bielska, jak po ogień, na jedną minutkę, a najwięcej na wojnę z Urziędem Skarbowym, niech jego kaduches! Jest stare przysłowie żydowskie: "er denkt dus ist a tuches und dus ist a kaduches") i raz dwa ucieka do domu, a mój hotel i moja stajnia pustkami stoją, a moje samowary, to już czarne i zielone od brudu, bo ich nie ma dla kogo czyścić i nastawiać. Niech te autobusy ręce i nogi połamią!

 

Fragment „Pamiętników” Henryka Ciecierskiego z Bacik, za aprobatą jego wnuczki Teresy Ciecierskiej-Chłapowej. (Przedruk z ARCANA, Kraków nr 50(2/2003) s.177191.­­­­­­­­­­)­

opr. Adam Wołk.

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 12/03/2025 10:01

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.