Reklama

Spotkanie autorskie w Siemiatyczach. Zdzisław Raczyński - "Mak na powiekach"

- Żeby słuchać gorzkiej prawdy o sobie, trzeba mieć dużo pokory – powiedział na spotkaniu autorskim, promującym swoją nową książkę Zdzisław Raczyński.

     Bywają wydarzenia huczne, kosztowne i gromadzące tłumy, ale bez większego znaczenia. Są też i takie, które mimo niewielkiego grona odbiorców czy nakładów finansowych, poruszają publiczność i co rzadkie w dzisiejszych czasach, pobudzają dyskusję publiczną. Nie przyciągają rzeszy ludzi, ale określone grupy uczestników, a szkoda. Właśnie do tej drugiej kategorii spotkań, można zaliczyć spotkanie ze Zdzisławem Raczyńskim, które odbyło się 19 października w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Siemiatyczach.      

     Choć Zdzisław Raczyński, pochodzi z Werpola, kiedy opowiada o swojej młodości, można odnieść wrażenie, że sercem jest rodowitym siemiatyczaninem. Nic dziwnego, w końcu, jak powiedział na spotkaniu, w Siemiatyczach spędził najbardziej chłonne lata licealne. Zatem miasto zapadło mu w pamięć. Opublikowanie jego książki pt. „Mak na powiekach”, o której dość obszernie informowaliśmy już na łamach gazety, było przyczynkiem do spotkania przyjaciół ze szkolnych lat Raczyńskiego oraz do poważnej rozmowy nt. stanu lokalnej zbiorowej pamięci dotyczącej historii wspólnej Żydów i Polaków, o sposobie konstruowania bohaterów literackich „Maku na powiekach”, muzyce, sztuce, ale nie obyło się też bez anegdot i osobistych wspomnień. Np. tego, że swoją pierwszą powieść Raczyński stworzył już w szkole podstawowej, a posłużył mu do tego kilkudziesięciostronicowy brulion.
    O powodach napisania książki, autor powiedział:

Reklama

    - Pomysł książki narodził się na cmentarzu żydowskim w Mielniku. Byłem tam z przyjaciółmi.  Pomyślałem, że trochę to źle o mnie świadczy i chyba też o moich nauczycielach, że kończąc tutejsze liceum, o dramacie wspólnoty żydowskiej w Siemiatyczach dowiedziałem się już jako dorosły mężczyzna. Nie chodzi o problem winy, chodzi o problem niepamięci. Tkwił we mnie jeszcze inny temat, jeden z krytyków powiedział, że to po części studium życia pokolenia 60-latków z niewielkiego miasta, którzy rozsypali się i próbują odnaleźć się we współczesnym świecie. Inspiracją była pamięć o moich przyjaciołach z liceum. W pewnym sensie to bardzo intymna opowieść – wyjaśnił Raczyński.

    Tropów literackich w „Maku na powiekach” jest wiele, a uważny czytelnik z każdym kolejnym sięgnięciem po lekturę odnajdzie nowy. Jednym z ważniejszych jest nawiązanie do XII Księgi Pana Tadeusza i koncertu Jankiela, będącego inspiracją do początkowej lekkiej konstrukcji fabuły, która stopniowo staje się coraz trudniejsza do czytania pod względem konstrukcyjnym i emocjonalnym.

Reklama

     Pisarz zapytany o opisy przestrzeni, które mogą, ale nie muszą przywodzić na myśl Siemiatycze, podkreślił, że książka nie portretuje dosłownie ani miasta, ani ludzi, którzy byli inspiracją do stworzenia bohaterów książki. Wiele czasu w trakcie spotkania poświęcono tematowi pamięci i odpowiedzialności w związku z II Wojną Światową i śmiercią Żydów. A jakie przesłanie chciał przekazać autor odbiorcom?

     - Nikt z nas nie ponosi żadnej odpowiedzialności politycznej ani prawnej za naszą przeszłość. Pojawia się pytanie, w jakim sensie ponosimy odpowiedzialność moralną, a jeszcze bardziej metafizyczną, religijną, jeśli chcecie, za przeszłość tu żyjących i przeszłość naszych przodków? Na ile jesteśmy dziedzicami? Chętnie szczycimy się zasługami naszych przodków, a za inne rzeczy nie chcemy ponosić odpowiedzialności. Odpowiedzialność za kwestię żydowską jest tylko jednym z elementów tej odpowiedzialności za godzenie się na opowiadanie mitów o historii, za powielenie mitów z większą lub mniejszą gorliwością. Główne przesłanie, jakie chciałem zawrzeć w tej książce, to wezwanie do bycia prawdziwym i stanięcia w prawdzie – opowiadał pisarz.
 

Reklama

     Głos zabrali też słuchacze obecni na sali, poniżej przytaczamy kilka wypowiedzi:

    - Ta książka mnie zawstydziła. Zawstydziła mnie jako człowieka i przypomniała historie z lat 70., kiedy człowiek nie miał zielonego pojęcia i nie zastanawiał się nad tym, że twój kuzyn, dalsza znajoma, sąsiad, sąsiadka… Drwili z takich rzeczy, z których nie powinno się drwić. Ułomność naszego pokolenia polega m.in. na tym, że tę część odnajdujemy w tej chwili, a nie kiedyś – powiedział Roman Panasiuk.
    - Czy dzisiaj na lekcjach historii w siemiatyckim liceum o tym się mówi? Czy w mieście o tym się mówi? Twoja książka wywołuje w nas dyskusję nie tylko o tym, co napisałeś. (…)Ważna jest też refleksja, jaką wynosimy po przeczytaniu książki na tu i na teraz  – zauważyła Elżbieta Jakubiuk.

Reklama

     Emocje wzbudził temat mienia pożydowskiego, ilości domów, jakie przed wojną zamieszkiwali Żydzi i Polacy. Wspomniano o stworzeniu ścieżki zdrowia w latach 70. Okazało się, że obrazy Józefa Charytona oraz publikacje  Kuriera Podlaskiego-Głosu Siemiatycz dla wielu uczestniczących na spotkaniu, były jedynym nośnikiem wiedzy o obecności Żydów w mieście.

    - Nie oceniałbym wszystkiego czarno-biało, ponieważ mieszkam w okolicy tzw. mogiłek, czyli byłego cmentarza mieszkam od 50 lat. Kiedy pojawiła się sprawa transformatora i znaleziono w tamtejszym rejonie kości żydowiskie, spotkałem w okolicy kilku sąsiadów w towarzystwie Naczelnego Rabina Polski. Okazało się, że moi sąsiedzi, nie wiedzieli jak to wszystko wyglądało kiedyś. Poczułem się w obowiązku opowiedzieć im, że jako dziecko biegałem przez mogiłki przynajmniej dwa razy dziennie. Dzieci bawiły się pozostawionymi tam szczątkami, bo były nieświadome i przyzwyczajone, że szczątki tam są. Kiedy budowano PZMOT kości nie zostały wywiezione, a przy kontrowersyjnej budowie ścieżki zdrowia było podobnie. Naczelny Rabin  nalegał jednak, abym przyjął wersję, że kości zostały wywiezione. Nie zależało mu na wyjaśnieniu przeszłości. Nie chciałbym jednoznacznie oceniać, że winę ponosi jedna lub druga strona. Chciałbym jednak powiedzieć, że w XXI w. nasi lokalni włodarze miasta lub powiatu bardzo krytycznie i bezczelnie potrafią wypowiedzieć się o Żydach w bezpośrednich rozmowach, lub na zamkniętych spotkaniach. Nie wymienię nazwisk, ale nie myślcie, że to wszystko jest już za nami. Byłem zszokowany, kiedy znalazłem się w takiej sytuacji – powiedział Dariusz Myhan. 

Reklama

     Dyrektorka Miejskiej Biblioteki Publicznej podkreśliła na zakończenie spotkania, że zawsze podziwiała determinację i konsekwentne dążenie do celu generacji, do której należy Zdzisław Raczyński i jego szkolni koledzy oraz koleżanki.

     - Jesteście wzorem. Mieliście okazję i wykorzystaliście ją. Chcieliście czytać, wiedzieć. Spójrzmy wokół siebie czy mamy takich nastolatków, jakimi byliście wy? Gdybym, mając kilkanaście lat, usłyszała o organizowanym spotkaniu ze Zdzisławem Raczyńskim, z pewnością byłabym na nim – podsumowała Ewa Nowik, dyrektorka MBP.

Reklama

     Czy Zdzisław Raczyński ma pomysły na kolejne książki? A i owszem!  Dowiedzieliśmy się, że pisarz i były dyplomata m.in. kończy właśnie pracę nad powieścią sensacyjną pt. „Janczarzy Kremla”, zamierza też stworzyć kontynuację „Hariba”, który zebrał bardzo pochlebne recenzje, a to tylko niektóre z jego zamierzeń.

    Eleni Kryńska, fot ek

 

 

 

 

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 05/09/2024 19:26
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama