Prawie wszyscy brukselczycy słyszeli o Siemiatyczach. Nawet niektórzy wymieniają nasze miasto jako stolicę Polski. Od pewnego czasu Belgowie zaczynają mówić o innej polskiej miejscowości. O Siemichoczach. Na dzisiejszy dzień w Belgii pracuje kilkudziesięciu mieszkańców tej wsi. Ci, którzy pozostali w Siemichoczach, również żyją dzięki Belgii.
Jeżdżą na zamianę
Z mieszkańcami Siemichocz rozmawiamy przy sklepie. Jest tam kilku mężczyzn. Najbardziej rozmowny jest pan Anatol Wiktoruk. - Nawet połowa Siemichocz w Belgii siedzi - mówi Wiktoruk - To się zaczęło na początku lat 90. Teraz co drugiego rodzic albo syn tam pracuje. Najczęściej na zamianę jeżdżą. Tak, jak moja żona. Żeby nie ta Belgia, to nie dałoby się tutaj żyć. Tam jakieś pieniądze się zarobi i w ten sposób starcza na przeżycie tam, no i tutaj część przysyłają. I tak żyjemy. - Najwcześniej to chyba pojechała moja siostra. Samolotem poleciała wtedy. Sam ją odwoziłem na Okęcie. Jeszcze wtedy wizy były - dodaje.
Wszyscy czekają na przesyłki
Pan Anatol mówi, że jakby wszystkich z Siemichocz pracujących teraz w Belgii zebrać do kupy, to nazbierałby się prawie cały autokar. - Co piątek - mówi - jak autobus z Siemiatycz do Brukseli odjeżdża, to stąd rano samochody jadą na PKS do Siemiatycz. I to samo w poniedziałek. Po przesyłki. Pan Anatol ma na utrzymaniu troje dzieci. Nadal czuje się rolnikiem. - Wcześniej z gospodarstwa jakoś dało się utrzymać - wspomina - A teraz? Tylko ta Belgia nas trzyma. Pracy nie ma. Jak za Stalina. Żeby żona pieniędzy nie przysyłała, to nie wiem, co by było. Ja tak samo jak inni. Tylko poniedziałku czekam. Jak autobus przyjedzie i jakaś przesyłka będzie. Nie ma co ukrywać, na euro czekam, żeby obrobić moje 13 hektarów, bo najwięcej idzie na ropę.
Nie tylko żona przysyła
Naszej rozmowie przysłuchują się pozostali pod sklepem. Każdy wychylił już kilka butelek złotego trunku z pianką. - Duży udział w moim bycie ma pan Małczuk - mówi pan Anatol i wskazuje na mężczyznę obok - On twierdzi, że żyje dzięki mnie, bo ja mu pomagam, ziemię obrabiam. Za to on mi swoją rentę oddaje. Ale ja mówię, że to ja żyję dzięki niemu, bo to przecież on mi płaci. Pan Małczuk kiwa głową, co oznacza, że jest podobnego zdania, jak nasz rozmówca. - Zgadza się. Płacę jak rodzonemu synowi - dodaje pan Małczuk, 79-letni mieszkaniec Siemichocz.
Wniosek jest jeden
- Ja trzy razy byłem w Belgii - kontynuuje Anatol Wiktoruk - Byłem, popatrzyłem i wyciągnąłem z tego jeden wniosek. Jak bym u siebie tak ogródek pielił, jak bym u siebie w domu tak robił, jak nasi tam robią, to by u mnie żadnej trawki na podwórku nie było. - A na czarne dzielnice ty chodził? - wtrąca się do rozmowy pan Małczuk. Po czym i pozostali, również słyszący nasz dialog, wybuchają gromkim śmiechem. - Tam jest wybór - dodaje pan Małczuk. Chodziło im o słynne "okienka".
Dzięki Belgii żyje się lepiej
- Poziom naszych mieszkańców podwyższył się. To widać. Jest kilka ładnych domów, sporo samochodów. Większość żyje na dosyć wysokim poziomie - wspólnie stwierdzają mężczyźni.
- Dzięki Belgii niewątpliwie żyje się lepiej. Ale rozłąka z żoną jest. To dużo kosztuje. Wolałbym, żeby i żona była przy dzieciach i praca - dodaje na zakończenie pan Wiktoruk.
To już 10 lat
Sołtys Siemichocz, Irena Popławska, potwierdza słowa pana Wiktoruka. Mówi, że te eskapady trwają już dobre 10 lat. Z tym, że liczba pracujących w Belgii, to może kilkanaście osób. Ale jak by tak usiąść i na spokojnie dobrze policzyć, to pewnie będzie więcej.
Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze