Ekipa karetki odmówiła zabrania potrąconego przez samochód chłopaka. Powód? Niepełnoletność - chłopak ma 17 lat. Siedemnastolatek może odpowiadać w sądzie jak dorosły, ale jest za młody, by mogła go zabrać karetka.
O zdarzeniu opowiedział nam zbulwersowany Czytelnik, który był świadkiem potrącenia pieszego: - Wracaliśmy z żoną i synkiem ze sklepu. Było już ciemno. Na pasach przy żłobku samochód potracił przechodnia. Podbiegłem. Mimo, że auto zaczepiło pieszego lusterkiem ten poturlał się aż do przystanku. Szybko wstał. Wezwałem karetkę, usiedliśmy na przystanku i rozmawiałem z chłopakiem. Dowiedziałem się, że jest synem mojego znajomego lekarza, więc zadzwoniłem też do niego. Okazało się, że akurat był na dyżurze, ja powiedziałem, że już jedzie karetka i znajomy miał czekać na syna na izbie przyjęć. Przyjechała karetka, zabrali chłopaka do karetki i... może po trzech minutach chłopak wysiadł z karetki. Ktoś tam z ekipy powiedział, że go nie zabierają, bo ma 17 lat i że nie ma nic połamanego tylko poobijany jest. No wkurzyłem się, rentgen mają w oczach, ba, tomograf niepotrzebny, bo siemiatyckie pogotowie prześwietla bez aparatury… Wypadek, człowiek potrącony przez samochód, a oni mówią, że nic się nie stało. Przecież urazy na pozór delikatne potem mogą okazać się śmiertelne. Zapytałem czy taksówką mam go wieźć do szpitala. I powiedziałem o ojcu, że jest lekarzem. To łaskawie zgodzili się zabrać chłopaka do szpitala na odpowiedzialność ojca. Jeszcze jak przyjechało pogotowie to zapytali mnie czy na policję dzwoniłem. To po jaką cholerę systemy powiadamiania, po co te wszystkie procedury postępowania, czy to nie dyspozytorka z pogotowia powinna powiadomić o zdarzeniu?! Zadzwoniłem na pogotowie, bo moim zdaniem życie i zdrowie chłopaka było najważniejsze. Nie myślałem o tym, by dzwonić na policję, bo wyszedłem z założenia, że oni nawzajem informują się o takich wypadkach. Nie wie też jak wytłumaczyć zachowanie swoich kolegów ojciec poszkodowanego chłopaka, lekarz z długoletnim stażem w… pogotowiu, Janusz Niczyporuk: - Złożyłem oficjalną skargę na działanie załogi - mówi lekarz. - Nie potrafię wytłumaczyć tego działania, powodu, dla którego odmówiono przyjęcia pacjenta. I nie chodzi o mego syna, bo mógł to być każdy inny dzieciak. Nie chodzi też o skarżenie się na kolegów. Ale o sposób postępowania. Dla mnie to niepojęte... Czekam na stanowisko dyrekcji. Dyrektor Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego Bogdan Kalicki, którego poprosiliśmy o komentarz do tej sytuacji, również czeka. Na pisemne wyjaśnienie sytuacji od swoich pracowników w Siemiatyczach i na razie nie chce niczego komentować: - Sprawa została przekazana do wyjaśnienia, czy to miało miejsce tak, jak to zostało opisane. Z ustnych wyjaśnień troszeczkę inaczej to wyglądało, tam nie było żadnej odmowy. Ja na miejscu nie byłem, muszę mieć na piśmie wyjaśnienia osób, które tam były. Nie będę dywagował jak tam było. Mam 14 dni na rozpatrzenie takich spraw i na pewno w tym terminie się wyrobię. Zapytaliśmy o skargę, którą na piśmie złożył lekarz. - Wpłynęła coś, co się nazywa notatką służbową, skargą, lekarz nie określił się do końca. Będzie to wyjaśnione.
Z notatki policyjnej: 25 listopada o godz. 18.50 na przejściu dla pieszych na ul. 11 Listopada kierująca autem osobowym 28-letnia mieszkanka Siemiatycz potrąciła pieszego. Ze względu na to, że obrażenia poszkodowanego nie naruszyły czynności jego ciała na czas powyżej 7 dni kobieta została ukarana mandatem w wysokości 500 zł. Co podkreślał też świadek wydarzenia – kierująca od razu się zatrzymała, udzielała pomocy, czekała na przyjazd policji, karetki.
Anna Kondraciuk, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz
Komentarze