Reklama

Łzy Sołtysa płyną od ponad 30 lat

Członkinie sarnackiego kabaretu Łzy Sołtysa czekają na "uwolnienie kultury". Czas zapełniają szyciem maseczek dla mieszkańców gminy, ale też jak mówią - tworzą nowe skecze: - Mimo ponad 30 lat jeszcze nam się nie znudziło...

        Kabaret powstał jesienią 1986 roku przy Gminnym Ośrodku Kultury w Sarnakach. W obecnym składzie występuje od 1999 r. Za swoją działalność wielokrotnie honorowany nagrodami i wyróżnieniami. Wśród tych szczególnie ważnych: w 2013 - I miejsce VIII Mazowieckim Przeglądzie Twórczości Artystycznej Seniorów "Węgrowskie Barwy Jesieni"; I miejsce VII Festiwalu Zespołów Kabaretowych Seniorów z Mazowsza i Podlasia w Sokołowie Podlaskim przyznany prze aktorkę Katarzynę Łaniewską (2012); I miejsce na Ogólnopolskim Festiwalu Kabaretów w Łochowie, przyznane przez Tomasza Jachimka (2009); I miejsce na Międzywojewódzkich spotkaniach Kabaretowych w Kąkolewnicy i I miejsce na Przeglądzie Zespołów Kolędniczych w Siedlcach za widowisko "Herody" (oba w 2008), I miejsce na II Festiwalu Zespołów Kabaretowych Mazowsza w Sokołowie Podlaskim przyznane przez aktora Artura Barcisia (2007), I miejsce na II Mazowieckim Festiwalu Teatrów Obrzędowych w Warszawie za "Herody" w 2005. Członkowie kabaretu odbierali nagrody również z rąk Artura Barcisia i Wojciecha Siemiona.

Reklama

     Dzisiaj kabaret tworzą Teresa Jakubińska, Barbara Sołtan, Agnieszka Chudyba, Wanda Banaś i Krzysztof Chudyba, jednak przez lata było z nim związanych wiele osób: Danuta Maksymiuk, Edyta Dziołak, Anna Jurzyk, Barbara Chromiec, Agata Wasilewska, Barbara Michoń, Iwona Tobota, Henryk Mułenko (autor wielu podkładów muzycznych), Krzysztof Waszkiewicz, Janusz Hajko, Antoni Dejneka, Zygmunt Wolski, Krzysztof Michoń i przede wszystkim jego założyciel Wojciech Szymański, który był pomysłodawcą jego nazwy.

      Przez lata wspólnych spotkań panie stworzyły zgraną paczkę. Przez kilkadziesiąt minut miałam okazję się o tym przekonać. Dobrze się rozumieją i mają podobne poczucie humoru. Niejednokrotnie ich wspólne przekomarzanie się mogłoby być kanwą dobrego skeczu.

Reklama

         Początki w PRL

      Teresa Jakubińska wspomina początki działalności kabaretu:

       - To był rok 1986, wtedy powstał gminny ośrodek kultury, w listopadzie było otwarcie. Ja zostałam dyrektorem GOK. Mieliśmy potworne warunki. GOK był w starym urzędzie gminy. Klitki, gdzie największa miała 20 m2. Co można zrobić w takich warunkach? MiEliśmy zespół wokalny - dwadzieścia kilka osób. Gdzie zaprosić jeszcze widownię? Wtedy jeszcze funkcjonowało kino "Sarenka" tam robiliśmy większe imprezy, kiedy mieliśmy dostęp do sali. Byłam młoda i mieliśmy fajną grupę przyjaciół, chcieliśmy się bawić, chcieliśmy, by coś się działo. Wymyśliliśmy kabaret. Liderem był Wojtek Szymański, który do dziś jest nauczycielem u nas w szkole podstawowej, uczy wychowania fizycznego i to Wojtek rzucił nazwę propozycje nazwy "Łzy sołtysa".

Reklama

      Nie wiadomo dlaczego, a nam się spodobało i tak zostało. Teksty wspólnie wymyślaliśmy, ale trzeba pamiętać, że to były czasy cenzury. Jak była jakaś większa impreza trzeba było wysłać tekst kabaretu do cenzury. Oni nam go ostemplowywali, zatwierdzali, dostawaliśmy pozwolenie, że jest poprawny politycznie i mogliśmy grać. Ale nie mieliśmy tekstów "niepoprawnych politycznie". Już wtedy zapraszano nas w różne miejsca, np. na Chmielaki, występowaliśmy też na lokalnych imprezach. Przez kabaret przewinęło się w sumie kilkanaście osób, większość niestety wyjechała z Sarnak.

Reklama

     Nowe twarze

     W 1999 roku do kabaretu dołączyła pani Agnieszka. Jak mówi - myślała, że Teresa potrzebuje kogoś do sprzątania. Pani Teresa zaś - że słyszała jak Agnieszka gra na gitarze i pomyślała, że fajnie byłoby mieć ją w zespole:

     - Tak cię zrozumiałam. Jeszcze tak z Krzyśkiem (mężem - ak) rozmawiałam, że w gabinecie (pani Agnieszka pracuje w gabinecie stomatologicznym - ak) pracuje do godz. 14-15, to potem sobie posprzątam i dorobię. No a Teresa mnie do kabaretu wzięła... Pamiętam pierwszy występ, taka porządkowa byłam, nuty zbierałam. Stałam taka w mundurku na baczność.

Reklama

     Zaraz po pani Agnieszce dołączyły panie Wanda i Barbara:

    - Wandę chyba za rok czy dwa na ulicy zaczepiłam. Od przedszkola się znamy, przyjaźnimy. Wanda powiedziała "dobra, to przyjdę" i tak jeszcze Basię ściągnęła. Basia to polonistka, Wanda ma dryg satyryczny. Dziewczyny są odpowiedzialne za kabaretowe teksty. Basia lubi tak trochę politycznie pożartować, Wanda erotycznie, tematyką damsko-męską. Wtedy kabaret rozkwitł - mówi pani Teresa.

     - Ja to tylko powiem, że Basia mi pozazdrościła i się wkręciła. A erotycznie to kiedyś, teraz to już nic nie pamiętam - wtrąca pani Wanda - Ja to w ogóle nie chciałam być w kabarecie...

Reklama

      - A teraz żyć bez siebie nie możemy - mówi pani Basia. - Wanda tylko tak mówi, że nie chce, narzeka "znowu próba...", a jak tak ze dwa tygodnie się nie spotkamy to zaraz się dopytuje, czy nic nowego nie trzeba się nauczyć.

        Przez wiele lat członkiem Łzów Sołtysa był również Henryk Mułenko, który tworzył oprawę muzyczną dla powstałych tekstów. Przygrywał na akordeonie, keybordzie.

       - Wtedy jeszcze graliśmy z kartek, to z jednej strony było dobre, bo można było podejrzeć jak się czegoś zapomniało. Ale z drugiej strony - jak te kartki się rozsypały...

Reklama

        - Ja namawiałam Krzysztofa - mówi pani Agnieszka, - ale on się wzbraniał i wzbraniał. Ale obserwował. I potem mówi "a dobra, to pogram z wami".

        - Tak, Krzysiek Chudyba podglądał nas. Bardzo ładnie śpiewa. To on, już jako członek zespołu, był za tym, żeby się uczyć tekstów na pamięć. Powiedział, że z kartkami nie wychodzi na scenę, bo to amatorsko, nieprofesjonalnie - dodaje pani Teresa. - I tak zakończyłyśmy występy z kartkami. Teraz tylko problem z mikrofonami. Ciężko grać z mikrofonem w ręku. Dlatego też wolimy kameralne wnętrza. Łatwiej nam wtedy mówić, widzom słuchać.

Reklama

     30 występów w sezonie

     Łzy Sołtysa stawały się coraz bardziej znane nie tylko w rodzinnych Sarnakach.

     - Były takie momenty, że tylko w sezonie letnim mieliśmy około 30 występów. Zdarzało się, że mieliśmy trzy zaproszenia na jeden dzień. Z niektórych musieliśmy rezygnować, bo nie byliśmy w stanie dotrzeć wszędzie, gdzie chciano nas oglądać – opowiada Teresa Jakubińska. - Graliśmy tu w najbliższej okolicy, ale też jeździliśmy pod Siedlce, pod Warszawę. Niejednokrotnie w kilka dni tworzyłyśmy program. Basia w kilka dni pisała tekst do zaproponowanej melodii.

Reklama

        - Niedzieli wolnej nie było, tylko w kółko granie i granie - wtrąca pani Wanda.

        - Zajmowaliśmy czołowe miejsca na różnych przeglądach. Zimą, jak nie było występów kabaretowych zrobiliśmy Herody. Basia napisała satyryczne teksty, nawiązujące do politycznej sytuacji. Mieliśmy Herodową z cyckami wielkimi. Bardzo miło to wspominamy, a jak to szybko zleciało - wspomina pani Teresa.

        - Teraz jest mniej zaproszeń, a z czego to wynika? - zastanawia się pani Agnieszka i uśmiecha się: - Być może jesteśmy wiekowe. Ale często wynika to z tego że "ten kabaret już był", tak, jak i na gminne imprezy zapraszamy co roku kogoś innego. Czasami jest też tak, że wydaje się pieniądze na kabaret "znany". Niekoniecznie dobry, bo tak jak często też słyszymy: "u was to przynajmniej wiadomo z czego się śmiać". Albo na taki, który wystąpi ze skeczami znanymi z telewizji. My nie reklamujemy się po prostu.

Reklama

      Publiczność dodaje nam skrzydeł

      Panie zapewniają, że na każdą uroczystość, występ starają się tworzyć coś nowego:

      - Lubimy jak nas zapraszają, przygotowanie nowego tekstu jest takim szacunkiem dla odbiorców. Przede wszystkim nam samym sprawia to ogromną przyjemność. A jeszcze kiedy publiczność nas naprawdę słucha, reaguje na nasze żarty - dostajemy skrzydeł. Skąd pomysły na skecze? Z życia. Najwięcej mamy tekstów o naszych bolączkach lokalnych, emerytach, seniorach, pijakach. Ale nigdy nie są to teksty obrażające kogoś. Z ulicy, z życia, z otaczającego nas świata. Potrafimy śmiać się również z siebie. Patrzymy na to co się wokół nas dzieje, co nas denerwuje, co nas śmieszy i to co chcielibyśmy zmienić. Mamy też dużo zaczętych skeczy, ale jakoś trudno nam skończyć. Czasami tak jest, że niby wiesz jak to ma wyglądać, ale brak tego czegoś. Czasami też jak oglądam inne kabarety, to zła jestem, że my na to nie wpadłyśmy - mówi pani Basia. - Raczej nie papugujemy innych, czasami się zasugerujemy, tworząc materiał pod nasze realia. Ale głównie wymyślamy coś swojego, własnego, na podstawie codziennego życia, obserwacji, czy zasłyszanych żartów.

     Konkursowe przygody

     Wspominają też czasy konkursowe:

      - Śmiesznie było. To były Herody. Komisja konkursowa objeżdżała wszystkie zespoły i zanim do nas dojechali to już była wiosna. Ludzie przygotowywali się do Wielkanocy, a z GOK kolędy się niosły...

        Zapytane czy zdarzają się wpadki zaprzeczają: - Teraz już może nie, ale kiedyś...

       - Ja pamiętam jak dziś - mówi pani Basia. - Na dożynkach w Sarnakach mówiłam swój własny, przez siebie napisany tekst. I zapomniałam fragmentu.

        - Pamiętam ten obłęd w oczach - przypomina pani Teresa. - To była Lokomotywa przerobiona na skecz o pijaku. Basia mówi, mówi w końcu przerwa na fragmencie "stoi pod kioskiem nad kuflem piwa", patrzy na mnie, ja nie wiem co jej odpowiedzieć. I to jej przerażenie w oczach, co dalej mówić. Nie pamiętam jak wybrnęłyśmy

        - Z racji tego że wspólnie się uczymy tekstów, to czasami, jeśli któraś z nas zapomni czegoś w swojej kwestii, dodajemy. Czasami też improwizujemy. Ale jak potem słyszymy - nie było to zauważalne. Wielokrotnie też mamy ochotę pośmiać się same z siebie.

        Pomimo tego, że jak zapewniają kabaret to pasja, przyjaźń i przyjemność wzajemnego spotkania, to także praca. Skecz sam się nie zrobi.

        - Oby był pomysł. Basia czy Wanda szybko wymyślają teksty. Jeden skecz to 3-4 próby, spotykamy się raz w tygodniu, czasami bywa częściej. Kilka godzin. 2-3 razy poczytamy wspólnie, potem uczymy się oddzielnie. Najlepiej jednak się robić to razem, zachodzi interakcja.

      Trema przy rodzinie

      Pytam czy po tylu latach występy je stresują:

       - Ja najbardziej denerwuję się przed samym występem, czy wszystko jest dobrze przygotowane - sprzęt nagłośnienie, bo mieliśmy kiedyś przykre doświadczenie, jak akustyk nas nagłaśniał. Nic nie było słychać, tylko trzask - mówi pani Teresa. – Potem, jak już się gra, to się nie denerwuję, wiem, że jesteśmy przygotowane. Ale tak, przed występem wolę sama wszystkiego dopilnować.

      - Czasami się stresujemy, jest trema - dodaje pani Basia. - Ja to chyba najbardziej jak wiem, że na widowni jest moja rodzina. Mąż nie, ale jak są córka i zięć. Bo wtedy bym chciała zagrać najpiękniej jak umiem. Ale to taka mobilizująca trema.

       Wanda twierdzi, że denerwuje się przed, w trakcie i po wstępie, a najbardziej jak mąż jest na widowni.

       Najbardziej wyluzowana według pań jest Agnieszka:

        - Chyba tak - zastanawia się. - Przed rodziną skecze przedstawiam, próby robię. Bratowa się śmieje, mąż nie lubi moich prób, szczególnie śpiewanych. Ale też się tremuję. Tylko zawsze, gdzieś tam w podświadomości, mam słowa, które ktoś mi powiedział, że bardzo często dla tych ludzi po drugiej stronie samo wyjście na scenę i powiedzenie tylko dzień dobry, to nie jest prosta rzecz. Tylko tyle: stań przed tymi wszystkimi ludźmi i przywitaj się. A publiczność bywa różna, i 100 i 200 osób. Moim zdaniem na festynie kabaret się nie sprawdza. Chociaż za Bugiem graliśmy przy świetlicach, ale to były kameralne imprezy. W sali łatwiej złapać z widownią kontakt. Zdecydowanie wolimy występować dla kameralnej widowni.

        - A ja to chyba najbardziej lubię występować gdzieś poza Sarnakami. Wtedy jest pełen luz - mówi pani Teresa i dodaje, że jej mąż na scenie nigdy nie widział.

       

  Uwolnij mnie od tej mandoliny

        W GOK Sarnaki działa też mandolinowy zespół Tremolo:

        - Z Wandą grałyśmy w podstawówce 5-6 lat, wróciłyśmy do tego po 40 latach przerwy. Realizowałam jakiś unijny projekt, była możliwość pozyskania pieniędzy na instrumenty i kupiłam mandoliny. Mamy taką panią Bogusię, która doszła do nas teraz, ma 76 lat i też gra z nami. Robimy takie przerywniki muzyczne w kabaretowych programach, by nie było nudno.

        Oprócz kabaretu panie robią także teatrzyki:

        - Kocham szyć lalki - mówi pani Teresa, - jak nie ma kabaretów to robimy teatrzyk. Nawet Herody zrobiliśmy lalkowe. Basia napisała współczesnego Kopciuszka, dla dzieci mamy Leśną przygodę, Lisa Przecherę, Mądrą Kózkę. Mamy pełne ręce roboty.

        Na pytanie czy im "się chce?" odpowiadają:

        - O Jezu, nie chce, nigdy... - mówi pani Wanda

        - Ona tylko tak mówi - zaprzecza pani Agnieszka. - A zwykle po tygodniu bez próby dzwoni "Spotykamy się czy nie, bo muszę sobie dzień ułożyć".

        - Ja to uwielbiam - zapewnia pani Basia. - Mój mąż beze mnie trochę grymasi, mam mniej czasu, nawet zastanawiałam się czy nie zaprzestać tej działalności, ale moja córka powtarza bym kabaretu nie rzucała. I naprawdę tym żyjemy, nie robimy tego dla sportu, a z potrzeby. To nam potrzebne do życia - dodaje pani Basia.

        Pani Wanda przekomarza się:

        - Mnie to właściwie kazali - mówi. - Jak już zespół mandolinowy powstał, w kółko słyszałam: ćwicz, ćwicz i ćwicz.

        - Tak, i kiedyś nawet taki wierszyk ułożyła. Nie pamiętam całej treści, kończył się: życzę ci i coś tam z rymem kończącym słowem godziny i "o jedno proszę, zwolnij mnie z tej mandoliny" - wspomina pani Teresa.

        - No i nie dotarło - odpowiada Wanda - Jakby kabaretu mało było, to mi jeszcze mandolinę wcisnęła...

         Anna Kondraciuk,  fot. ak i arch. Łez Sołtysa

 

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama