W siemiatyckim sądzie 10 grudnia rozpoczął się proces, w którym oskarżonym jest Sławomirowi W., który w Malewicach jadąc po pijanemu był sprawcą wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Na piątkową rozprawę Sławomir W. stawił się z obrońcą Janem Oksentowiczem.
Oskarżony może odpowiadać przed sądem z wolnej stopy, gdyż zastosowano wobec niego poręczenie majątkowe w kwocie kilkudziesięciu tysięcy złotych i zakaz opuszczania kraju. Sąd wezwał na rozprawę 9 innych osób, które stawiły się w charakterze osób pokrzywdzonych i świadków. - Oskarżam Sławomira W. o to, że w dniu 6 kwietnia we wsi Malewice umyślnie naruszył zasady bezpieczeństwa w ruchu lądowym - mówiła prokurator Ewa Grykowska, - w ten sposób, że kierując samochodem osobowym marki Seat w stanie nietrzeźwości 3,17 promila alkoholu we krwi, nie zachował należytej ostrożności i bezpiecznej prędkości przez co doprowadził do czołowego zderzenia z prawidłowo jadącym samochodem marki Mazda 121. W wyniku tego zderzenia 8 osób odniosło różnego rodzaju obrażenia. Jeden z mężczyzn (mieszkaniec Dziadkowic) jadący w samochodzie razem z księdzem po kilku dniach w wyniku poniesionych obrażeń zmarł w szpitalu w Białymstoku. - Przyznaję się do zarzucanych mi czynów. Było to po Świętach Wielkanocnych podczas których, gościłem w niektórych domach i spożywałem alkohol. Gdybym tego dnia wiedział, że mam w sobie alkohol to na pewno bym nie wsiadał za kierownicę i nie jechał - wyjaśniał oskarżony Sławomir W. - Pamiętam, że jak jechaliśmy to padał deszcz i było ślisko. Złapałem pobocze i straciłem panowaniem nad samochodem. Później doszło do tego nieszczęsnego zdarzenia. Poszkodowanych chciałbym bardzo przeprosić i żałuję tego co się stało. Wiem, że to już się nie wróci. Odprawiałem msze święte za zmarłego Waldemara i innych poszkodowanych w tym wypadku. Modliłem się za ich rodziny. Serdecznie państwa proszę o wybaczenie mi tego co się stało.
Brakzgody Sławomir W. nie zgodził się, by odpowiadać na dalsze pytania ze strony sądu i prokuratury. Adwokat oskarżonego przedstawił dokumenty świadczące iż trwa jego dalsze leczenie i rehabilitacja. Jak się okazuje ksiądz również odniósł poważne obrażenia miednicy, nogi itd. Adwokat zaproponował, by oskarżony mógł dobrowolnie poddać się karze. Obrońca wnioskował o karę dla księdza: 2 lat pozbawienia wolności oraz środek karny w postaci zakazu prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych na okres 6 lat. Jednak prokurator nie wyraziła zgody na zaproponowane warunki. Wynika z tego, że prokuratura w późniejszym terminie zażąda dla oskarżonego wyższej kary.
Pokrzywdzeni mają wielki żal W związku z brakiem przyzwolenia na dobrowolne poddanie się karze sędzia Elżbieta Smoktunowicz rozpoczęła przesłuchania pokrzywdzonych i świadków. - Tego dnia ostatni raz widziałam się z moim mężem. Widziałam jak wsiadał do samochodu. Niestety nie wrócił już do domu - wspominała płacząc Małgorzata K. żona zmarłego w wypadku mężczyzny - Słyszałam, że już wcześniej ksiądz potrafił jeździć po pijanemu. O tym, że w wypadku brał udział mój mąż powiadomiła mnie przyjaciółka. Żadne słowo przepraszam ze strony księdza nic tu nie da. Modlę się za to, by ksiądz zrozumiał jak bardzo skrzywdził mnie i moje dzieci. Mojego męża nie ma wśród nas. - Jechałem wraz z synami do Bielska Podlaskiego. Jak w Malewicach zobaczyłem pędzący z naprzeciwka niebieski samochód, którego nosiło w lewo i prawo to czułem, że będzie już po nas - mówił między innymi pokrzywdzony Zygmunt C. - Później był wielki huk i trzask. W wyniku wypadku doznałem między innymi zmiażdżenia kości udowej. Przez kilka tygodni przebywałem w szpitalu. Teraz tylko o kulach mogę trochę chodzić. Obrażeń doznali też dwaj synowie. W ciągu 8 miesięcy od wypadku ze strony księdza nie padło do nas żadne słowo przepraszam. Raz tylko przyjechał do nas brat księdza i zaoferował rekompensatę w wysokości 1 tys. zł, ale kazaliśmy mu opuścić podwórko. Później dostaliśmy tylko od księdza 800 zł na badania lekarskie, które syn musiał ponownie zrobić.
Następnie zeznawali dwaj synowie Zygmunta C. (Rafał i Przemysław) oraz świadkowie zdarzenia Monika K. oraz Mariusz K. z Malewic. Wszyscy podkreślali, że samochód marki Mazda jechał powoli, gdyż w tym miejscu w Malewicach jest bardzo niebezpiecznie.
W starej mleczarni - Tego dnia przyjechał do mnie Krzysztof L., by naprawić samochód. Jednak brakowało mi jednej potrzebnej części. Wówczas pojawił się u mnie znajomy ksiądz Sławek. Zapytałem, czy może mnie podwieźć do auto złomu w Pokaniewie - mówił między innymi świadek Jan P. z Dziadkowic. - Nie mam alkomatu więc nie mogłem ocenić, czy jest po alkoholu. Nie wyglądał na to, że coś wcześniej pił. Zgodził się mnie zawieźć do Pokaniewa. Zaproponowałem, by podjechać do starej mleczarni naprzeciwko szkoły, gdyż tam często piją chłopcy. Jak zajechaliśmy to towarzystwo było wesołe. Trzech z nich: Adam, Waldek i Krzysztof powiedzieli, że chcą razem z nami pojechać. Za Kątami ksiądz przyśpieszył, maksymalnie jechał do 100 km/h. W Malewicach złapał pobocze i starał się zapanować nad autem. Później było już zderzenie. W trakcie ratowania byliśmy trochę traktowani jak mieszkańcy drugiej kategorii bo mówili do nas pijaki. Przecież jesteśmy takimi samymi osobami jak inni ludzie. Wszyscy wewnętrznie przeżyliśmy to co się stało.
W kolejnych zeznaniach tym razem Adam C. i Krzysztof L., którzy również jechali z księdzem mówili, że również nie wiedzieli iż ksiądz jest pijany. Przy nich na pewno nic nie pił. Podkreślali, że może jechał zbyt szybko, ale nie mogli określić jaka to mogła być prędkość. Podkreślali, że nie pamiętają, czy na pewno jechali w zapiętych pasach bezpieczeństwa. Adam C. jadący z księdzem występuje w roli poszkodowanego, gdyż doznał uszkodzeń lewej ręki. Na wniosek prokurator Ewy Grykowskiej, sędzia powoła biegłego z zakresu ruchu drogowego, by ustalił prędkość samochodu, którym w momencie zderzenia kierował oskarżony. Ekspertyza powinna powstać w ciągu miesiąca. Sędzia Elżbieta Smoktunowicz postanowiła do momentu uzyskania opinii przerwać rozprawę. Proces będzie wznowiony w styczniu lub lutym.
Komentarze