W październiku ubiegłego roku pisaliśmy o tym, że pracownicy miejskiej spółki PK wypompowali do lasu należącego do Skarbu Państwa - Nadleśnictwa Nurzec Stacja tysiące litrów niebezpiecznych odcieków z wysypiska śmieci. Wszystko było objęte ścisłą tajemnicą, a wtajemniczeni pracownicy spółki mieli zakaz mówienia czegokolwiek na ten temat. Według posiadanych przez nas informacji działo się to pod osłoną nocy z 27 na 28 września. Wówczas to na wysypisku zgromadziła się bardzo duża ilość zanieczyszczonej wody (odcieku), którą należało wywieźć wozami asenizacyjnymi z terenu wysypiska do oczyszczalni ścieków. Dotarliśmy jednak do poufnych informacji, iż odciek zamiast być wywieziony, został nielegalnie wypompowany. Władze spółki zaprzeczały tym informacjom. Po ukazaniu się artykułu sprawą zajęła się prokuratura i policja. Wszczęto śledztwo i rozpoczęto przesłuchania pracowników PK. Jesienią ubiegłego roku wtajemniczeni pracownicy PK, prawdopodobnie zastraszeni, podtrzymywali wersję władz firmy, iż żadnego pompowania trujących substancji do lasu nigdy nie było. Skażono las Policja zwróciła się do Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska z prośbą o pobranie próbek ziemi z miejsca, na które według nas wypompowano groźne odcieki. W styczniu tego roku Wojewódzki Inspektor Ochrony Środowiska w Białymstoku stwierdza, że „ziemię uznaje się zanieczyszczoną, wartości zanieczyszczeń w postaci: chromu, miedzi, ołowiu, baru w stosunku do normy dopuszczalnej są znacznie podwyższone. Wskazuje to na znaczne prawdopodobieństwo wystąpienia odpływu zanieczyszczeń ze studzienki odciekowej poza teren składowiska”. Jednak nadal pracownicy PK podtrzymują wersję, że nic takiego nie miało miejsca. Umorzenie W marcu siemiatycka pokuratura podejmuje decyzję o umorzeniu śledztwa, gdyż szkoda w środowisku ma charakter lokalny i raczej nie wywołała znaczących negatywnych zmian w świecie roślinnym i zwierzęcym. Czy tak jest rzeczywiście, okaże się to dopiero za kilka lub kilkanaście lat. Niewykluczone, że za pewien czas drzewa będą w tym miejscu samoistnie obumierać. Jednak policja na wniosek także nadleśnictwa w Nurcu Stacji dalej bada sprawę, gdyż uważa, że opisane zdarzenie i opinia WIOŚ wskazuje, że odcieki musiały być wypompowane. Władze spółki kamuflowały? W czerwcu tego roku jeden z pracowników PK, pracujący od kilku lat na wysypisku śmieci, zmienia wcześniejsze złożone zeznania. Twierdzi, że nie powiedział wszystkiego, gdyż obawiał się o pracę, bo w sprawę zamieszane były osoby na stanowiskach kierowniczych spółki PK. W zeznaniach potwierdza nasze informacje uzyskane w dziennikarskim śledztwie. Jak zeznał świadek, 27 września ubiegłego roku, wieczorem po godz. 20.00, na wysypisku pojawił się ówczesny prezes PK i kierownik zakładu wodociągów i kanalizacji. Przenieśli specjalną pompę pod studzienkę odciekową. Następnie rozłożyli wąż od pompy w kierunku lasu. Pompę uruchomił sam kierownik zakładu wodociągów i kanalizacji. Odcieki z wysypiska były pompowane do państwowego lasu wysokowydajną pompą przez kilka godzin. Późnym wieczorem do pracownika wysypiska zadzwonił sam prezes, pytając, czy wszystko jest w porządku i czy pompowanie przebiega prawidłowo. Pracownik wysypiska poinformował, że zaczyna padać deszcz. Dlatego też prezes polecił wyłączyć pompę i zabrać wąż na teren wysypiska. Tak też się stało. Policja postawiła pracownikowi wysypiska, byłemu prezesowi PK i kierownikowi zakładu wodociągów zarzut z artykułu 162 kodeksu wykroczeń i sprawę skierowała do siemiatyckiego sądu. Wszyscy trzej w trybie nakazowym otrzymali wyroki w tej sprawie. Pracownik wysypiska przyznał się do wszystkiego i ze względu na warunki łagodzące otrzymał tylko niedużą karę grzywny. Prezes i kierownik idą w zaparte Natomiast były prezes Janusz M. i kierownik zakładu wodociągów i kanalizacji Arkadiusz L. nie zgadzają się z zasądzoną wyższą karą grzywny i postawionym zarzutem. Ich sprawy w trybie zwyczajnym będą rozpatrywane przez sąd we wrześniu i październiku. Były prezes PK zeznał, że nie rozkładał jak twierdzi pracownik żadnych węży i w tym temacie nie ma nic do powiedzenia. Twierdzi, że o całym zajściu dowiedział się z lokalnej prasy, a wobec pracowników nie wyciągał bezpośrednio konsekwencji w przypadku stwierdzenia ewentualnych jakichkolwiek nieprawidłowości. Zawsze o opinię i sposób rozwiązania problemu miał się zwracać do kierowników poszczególnych zakładów w zarządzanej spółce. Kierownik zakładu wodociągów i kanalizacji zeznał, że jak pamięta to wąż był skierowany w kierunku wysypiska. Faktycznie pożyczył pompę ze swojego zakładu na teren wysypiska, gdyż jedna z pomp na wysypisku uległa awarii. Miał jedynie udzielić instruktażu na temat bezpiecznej obsługi pompy. Sprawę rozstrzygnie teraz sąd.
Komentarze