Od dzieciństwa pomagałam w sadzie, sadownictwo stało się moją pasją - mówi Alina Paluch. - Skończyłam studia i postanowiłam pomóc mamie i babci w prowadzeniu rodzinnego biznesu - dodaje Justyna Paluch, córka pani Aliny. W 2011 r. obie założyły firmę „Gospodarstwo Sadownicze Alina Paluch i córka”, jako kontynuację gospodarstwa prowadzonego kiedyś przez dziadka Justyny, Bogdana Czuryło.
Postanowiły ze swoich jabłek tłoczyć soki. Tak powstał naturalny sok jabłkowy o nazwie „Samo Jabłko”, który coraz lepiej przyjmuje się na lokalnym rynku, na razie głównie w sprzedaży bezpośredniej.
Z paniami Paluch rozmawiam o pomyśle na działalność, produkcji soków, napotkanych trudnościach, sprzedaży.
- Pierwszy raz tłoczonych soków spróbowałam w 2010 r. podczas Dnia Otwartego Sadu Doświadczalnego SGGW w Wilanowie. Nie przypuszczałam, że dwa lata później sama będę produkować taki sok - mówi Alina Paluch. – Rok później ponownie pojechałam do Wilanowa, tym razem z córką. Okazało się, że jest możliwość zaproszenia do nas mobilnej tłoczni. - Zdecydowałyśmy więc - dodaje Justyna Paluch - że 11 listopada zrobimy u nas imprezę, podczas której tłoczone będą soki. 11 listopada to dla nas nie tylko święto narodowe. W tym dniu, w tym samym roku kiedy Polska odzyskała niepodległość, urodził się mój dziadek. Nieustannie rozwijał gospodarstwo, które teraz prowadzimy. Dlatego wybrałyśmy ten dzień na zorganizowanie pierwszego tłoczenia soków. Zaprosiłyśmy sąsiadów, znajomych, rodzinę, było kilkadziesiąt osób, ognisko, wspólne śpiewanie pieśni patriotycznych, no i oczywiście tłoczenie soku. Każdy wychodząc dostał sok i tak się zaczęło. Wytłoczyłyśmy 5 ton jabłek, soki rozeszły się w ciągu 5 tygodni. W naszym domu obowiązywała zasada, każda z nas wyjeżdża z domu z sokami, ale z nimi nie wraca. Woziłyśmy je do Siemiatycz, Łosic, Siedlec, Warszawy. W dystrybucję zaangażowała się także nasza rodzina i znajomi. W grudniu zrobiłyśmy kolejne tłoczenie, tym razem z prawie 10 ton jabłek, które zniknęły w 7 tygodni.
- Wtedy przyszła myśl o własnej przetwórni?
- W październiku 2011 r. – mówi Justyna Paluch - ARiMR organizowała nabór wniosków do programu Różnicowanie w kierunku działalności nierolniczej. Złożyłyśmy więc wniosek. Nie wiedziałyśmy jeszcze czy soki przyjmą się na naszym terenie, ale wiedziałyśmy, że wniosek zawsze można wycofać. Natomiast po pierwszych dwóch tłoczeniach - w listopadzie i grudniu byłyśmy bogatsze o tę wiedzę, że jest sens i że na pewno chcemy podjąć to wyzwanie. Założyłyśmy działalność gospodarczą. Niestety okazało się, że wniosków o dotacje złożono dużo i nasze szanse na jej otrzymanie są niewielkie. Byłyśmy jednak zdeterminowane, szukałyśmy innych źródeł finansowania. W marcu 2012 r. zamówiłyśmy kolejne tłoczenie i zaraz po tym pojechałyśmy do Austrii na targi żywności tradycyjnej, w tym na spotkanie z producentem maszyn do tłoczenia. Wyjechałyśmy zadowolone, bo udało nam się uzyskać bardzo korzystne warunki. Pan Kreuzmayr powiedział, że nikt z nim tak nie negocjował jak my. Po powrocie zaczęłyśmy szukać projektanta tłoczni i wykonawców. W lipcu, jak ruszyła budowa, okazało się, że mamy szansę na otrzymanie dotacji z ARiMR. Był to bardzo długi proces, zakończył się pozytywnie w ubiegłym miesiącu. We wrześniu 2012 r. skończyła się budowa, przyjechały maszyny, a 11 listopada znowu zrobiłyśmy podobny piknik patriotyczny i ta data związana jest z oficjalnym otwarciem naszej tłoczni. Można powiedzieć, że w ciągu nieco ponad roku udało nam się przejść od pomysłu do realizacji.
- Co na to inni okoliczni sadownicy?
- Okazało się, że oni też chcą tłoczyć. Od jesieni telefony się urywają, poczta pantoflowa działa znakomicie, przyjeżdżają do nas sadownicy, którzy mają sady oddalone o kilkadziesiąt kilometrów. Zazdrości nie widziałyśmy. Cieszy nas to, bo ze swoim sokiem nie jesteśmy w stanie wszędzie dotrzeć, a dzięki usługowemu tłoczeniu sok jabłkowy staje się coraz bardziej popularny.
- Jakie jabłka nadają się na sok?
- Zdrowe – mówi Alina Paluch. - Nie mogą być to tzw. spady, lecz jabłka zerwane z drzewa, absolutnie nie nadpsute. Do soku nie dodaje się żadnych utrwalaczy, konserwantów, dlatego tak ważna jest jakość surowca. Z odmian nadaje się każda. Z jednych sok wychodzi jaśniejszy, z innych ciemniejszy, z jednych słodszy, z innych bardziej kwaśny.
- Jak wygląda proces produkcji?
- Przed tłoczeniem jabłka są sortowane pod względem rozmiaru i koloru na konsumpcyjne – wyjaśnia pani Justyna. - Te sprzedajemy głównie na rynek wschodni. Jabłka zdrowe, nie mające odpowiedniego rozmiaru i wystarczającego rumieńca trafiają na sok. Do obsługi maszyny potrzeba dwóch osób. W pierwszym etapie owoce są myte i rozdrabniane, w drugim z rozdrobnionej pulpy wyciskany jest sok, który trafia do zbiornika, w kolejnym jest on pasteryzowany – łagodnie, bo w temperaturze 78-82 °C, co sprawia, że staje się produktem bezpiecznym, ale nie pozbawionym wszystkich wartości odżywczych. W ostatnim etapie sok jest nalewany do foliowych worków, przed sprzedażą pakowany w pudełka kartonowe. Ten sposób pakowania obok jakości surowca pełni istotną rolę, bo worek posiada zawór z kranikiem, który po otwarciu nie wpuszcza do środka powietrza. Dzięki temu sok przechowywany nawet w temperaturze pokojowej zachowuje świeżość przez 10 dni.
- Bez dodatku cukru i wody?
- Samo jabłko. Nie ma kiedy i nie ma po co tego dodawać. Jabłka zbierane w odpowiednim czasie są wystarczająco słodkie. Z kg jabłek powstaje około 0,7 l soku. Woda nie jest więc potrzebna.
- Czy produkcję tę można uznać za ekologiczną?
- Naszą produkcję nazywamy zrównoważoną – mówi pani Alina. - Stosujemy środki ochrony roślin w ilości nie większej niż jest to konieczne, zgodnie z kalendarzem ochrony roślin, ich przeznaczeniem i zachowaniem okresów karencji. Najważniejszy jest zdrowy rozsądek i uczciwość. Jeśli chodzi o całość naszego gospodarstwa, to segregujemy śmieci, nie palimy plastiku, mamy kompostownik, dwie przydomowe oczyszczalnie ścieków. Worki na soki są recyklingowe. Karton, w którym umieszczany jest worek jest wielokrotnego użytku.
- Gdzie można kupić państwa soki?
- Przede wszystkim u nas, w Klimczycach – mówi Justyna Paluch. - Samemu można wybrać sok, spróbować różnych smaków. Kilka razy w tygodniu jesteśmy w Siemiatyczach, sprzedajemy na takiej zasadzie, że zbieramy więcej zamówień i wieziemy. Współpracujemy z kilkoma sklepami w Siedlcach i Warszawie, z jednym w Siemiatyczach. Od początku założenie było takie, że sok przede wszystkim tutaj musi być sprzedawany. Mam wrażenie, że lokalni właściciele sklepów boją się wstawić nasz sok do sklepu, bo jest to nowy produkt. Liczę, że to się wkrótce zmieni. Na razie zostaje rozwożenie. Zostawiamy u klienta sok i paragon.
- Może na małe zainteresowanie ze strony sklepów wpływa cena?
- Cena litra naszego soku jest porównywalna z innymi. 5 litrów kosztuje u nas 21 zł, czyli litr nieco ponad 4 zł. Nie jest to cena odbiegająca od cen innych soków.
- Konkurencja?
- W całej Polsce w regionach sadowniczych powstają kolejne tłocznie soków, niektórzy robią soki już od kilku lat. Ale czy my ze sobą konkurujemy? Wydaje mi się, że nie. Każdy znajdzie swoich odbiorców. Nie nastawiamy się na szeroką dystrybucję i sklepy wielkopowierzchniowe, zależy nam na wysokiej jakości, kontakcie z klientem, duża skala raczej nie idzie z tym w parze. Dużo osób mówiło, że popełniamy błąd tłocząc usługowo, bo tworzymy sobie same konkurencję. Ale wcale tak nie jest, gdyż nie byłybyśmy w stanie dotrzeć do takiej liczby klientów. Konkurencja jest dobra, pod warunkiem, że jest uczciwa. My stawiamy na współpracę, chętnie dzielimy się wiedzą i zdobytym już doświadczeniem.
- A dzisiejsze obciążenia finansowe dla prywatnej przedsiębiorczości.
- Chyba mamy szczęście do ludzi – mówi Alina Paluch. - Od samego początku spotykałyśmy się z dużą życzliwością. Wiele osób, w tym także urzędnicy, pomogło nam zrozumieć przepisy obowiązujące w przypadku takiej produkcji. Kibicowali nam, a potem stali się naszymi klientami. Od początku dobrze układa nam się współpraca z urzędnikami z Łosic. Doceniamy to tym bardziej, bo taka działalność nie jest jeszcze powszechna w tym terenie. Jeśli chodzi o obciążenia finansowe, to są one spore, np. płacimy zarówno podatek rolny i dochodowy. Koszty związane z zatrudnieniem pracowników są w Polsce dość wysokie, ale z takimi obciążeniami boryka się każda firma. W ciągu ostatnich dwóch zim wymarzło nam sporo sadu i odtworzenie będzie kosztowne. Ale problemy są po to, by je rozwiązywać.
- Plany na przyszłość?
- Myślimy o dalszym rozwoju w kierunku małego przetwórstwa - chodzą nam po głowie jabłka suszone, prażone, być może cydr (napój alkoholowy - jabłecznik - przyp. red.). Podjęłyśmy pierwsze próby tłoczenia soku z warzywami. Kiedyś przeczytałam artykuł o gospodarstwie w Niemczech, które produkuje tysiąc ton jabłek rocznie i większość sprzedaje z własnego podwórka. Klienci przyjeżdżają, kupują owoce, przetwory, soki – to moje marzenie, a może raczej cel do zrealizowania – dodaje Justyna Paluch.
Cezary Klimaszewski, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. CK
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
To żadna rodzinna firma. Przecież to gospodarstwo to nie z ich rodziny. Każdy lokalny o tym wie a wciskają ludziom kit. może soki jako tako ale konfitura truskawkowa koszmar. Mieliśmy oo niej rozwolnienie.
To żadna rodzinna firma. Przecież to gospodarstwo to nie z ich rodziny. Każdy lokalny o tym wie a wciskają ludziom kit. może soki jako tako ale konfitura truskawkowa koszmar. Mieliśmy oo niej rozwolnienie.