Reklama

Rozbity czołg - Radziwiłłówka

23/03/2007 14:13

Podczas wojny wieś Radziwiłłówka kilka razy przechodziła z rąk niemieckich do sowieckich.

Do dziś na polu za wsią są pozostałości wydarzeń z 1944 r. Wśród kamieni nadal wala się mnóstwo czołgowego żelastwa.


          Jak mówią mieszkańcy Radziwiłłówki, podczas wojny wieś kilka razy przechodziła z rąk niemieckich do sowieckich. Jedno z takich przejść zapisało się w pamięci, bo zginęło wtedy wielu żołnierzy. Dziś mało jest już tych osób, które pamiętają tamte wydarzenia. Chyba jako jedyny dokładnie pamięta to Kazimierz Klimaszewski, dziś już najstarszy, 90-letni mieszkaniec Radziwiłłówki.

          Czołgi do wsi wjechały
          - To było latem 1944 r. Wieś była jeszcze w panowaniu Niemców. Ale sowieci byli już blisko - im bliżej, tym Niemców coraz więcej wyjeżdżało. Raptem, któregoś dnia do wioski wjechało 17 sowieckich czołgów. To były maszyny najnowszego typu - T 34. Czołgi ustawiono wzdłuż wsi - jeden za drugim, także zajmowały całą Radziwiłłówkę. Niemcy uciekli, ale niezupełnie. Za jakiś czas na drodze, obecnie relacji Siemiatycze - Adamowo, pojawiła się ciężarówka. Niemcy wiedzieli, że nie trzeba od razu strzelać i można to inaczej rozegrać. To oni postawili tę ciężarówkę, a w niej kilka skrzynek... wódki. Niemcy wiedzieli, że sowiety będą pić.
          Sowieci popili się
          Sowieckie wojsko z łatwością znalazło ciężarówkę.
          - Pojechali po tę wódkę, zabrali ją i zaczęli pić. Większość z nich piła w tych czołgach - w środku. Po jakimś czasie Niemcy zaatakowali. Z powrotem weszli do wsi i zaczęli bić pancerfaustami. Sowieci byli zaskoczeni. Rzucili się do ucieczki, ale niewielu uciekło. Od całej kolumny odłączyły się tylko dwa czołgi. Jeden pojechał drogą na Nurzec, a drugi w kierunku Końskich Gór. Tego pierwszego Niemcy dopadli i spalili niedaleko za wsią, drugiego na moim polu, też za wsią. Reszta czołgów została popalona we wsi. Zginęła większość czołgistów, przeważnie w środku tych maszyn.           Czerepy z czołgów
          Jakiś czas potem znowu przyszli sowieci - druga grupa, ze wschodu.
          - Pochowali zabitych i zabrali się za te czołgi. A te czołgi, to same czerepy były - tak popalone i porozrywane. Wszystkie części, nadające się do użytku zdemontowali i wywieźli. Przeważnie były to części silników. A to, co nie nadawało się - przeważnie pancerze, pociągali za wieś i wysadzali. Mówili wtedy, żeby nawet z domów nie wychodzić, a tym bardziej za wieś chodzić, bo odłamki w powietrzu będą latać. Część tych kawałków pozostała. Ludzie po wojnie to zbierali i na złom sprzedawali. Parę groszy z tego było.
Jeszcze podczas wojny, kiedy chowano zabitych czołgistów, nasz rozmówca rozmawiał z dowódcą sowietów.
          - Dwóch czołgistów ten lejtnant kazał zakopać w ogródku u sąsiada. Powiedział wtedy: "pohybli za niszto". Jeden czołgista miał nowe, dobre trzewiki. Kazał zdjąć te trzewiki i mi oddać. Wziąłem. Nikt nie miał wtedy takich butów. Parę miesięcy później, za te trzewiki taki jeden pomurował mi piec.
          Spalony czołg na polu
          Wróćmy do spalonego czołgu na polu.
          - Niemcy wyszli wtedy z pobliskiego lasu. Blisko podeszli, pod sam czołg. Czołgiści nie mieli szans, żeby uciekać. Nawet nie bronili się. Poginęli w środku. A sam czołg był mocno porozrywany. Do dziś wala się sporo żelastwa, a cała kupa tego jest w ziemi. Po wojnie wyorywało się też kości tych czołgistów. To zbiorowa mogiła.
          W miejscu, gdzie Niemcy na polu spalili czołg, do dziś nic nie rośnie. To fragment ziemi o owalnym kształcie, długości kilkunastu metrów. Ziemia przesiąknięta jest czołgowym paliwem.
          Karabin i płaszcz
          Nasz rozmówca mówi, że z tamtym okresem wiąże się jeszcze jedna historia
          - Wtedy były żniwa. Z bratem pojechaliśmy w pole po zboże. Już na polu, biorę snopek żyta i patrzę - płaszcz wojskowy leży i karabin. Wszystko sowieckie. Mówię: "zabierzemy, bo nie ma w co się ubrać, przyda się". Wrzuciliśmy to na furę, na zboże. Jak jechaliśmy przez wieś, to sowieci demontowali jeszcze te czołgi. Siedzieli na nich i musieli zauważyć ten karabin. Zajechaliśmy na podwórze i zaraz zjawił się lejtnant z żołnierzami. Jak on jeszcze szedł do nas, to ja zrzuciłem ten płaszcz i karabin i nakryłem snopkiem. Przyszedł, popatrzył i kopnął ten snopek. Powiedział, żeby iść z nimi. No to ja wtedy zacząłem prosić, żeby tylko jeden z nas poszedł, bo samo żniwa - tyle roboty. Zgodził się. Sowieci myśleli, że to my zabiliśmy ich żołnierza i dlatego mamy karabin.
          Na szczęście w porę udało się wyjaśnić pochodzenie karabinu i płaszcza. Żołnierze początkowo nie wierzyli w opowieść, skąd pochodzi znalezisko. Mieszkańców Radziwiłłówki uratowała dopiero sąsiadka, znajoma lejtnanta, mówiąc, że oni nie mogli tego zrobić, bo byli wtedy gdzie indziej. Ale brat naszego rozmówcy i tak dostał karę - musiał pomagać przy rozbiórce tych czołgów.
          - Oczywiście zabrali ten karabin i płaszcz. Ale do naszego domu przychodził jeden sowiet. Dawaliśmy mu jeść i mleko. Powiedziałem mu raz, że jak mógłby, to niech przyniesie ten płaszcz, bo nie ma w co się ubrać. Wykradł z magazynu i przyniósł.
          Po wojnie specjalne grupy żołnierzy ekshumowały pochowanych w Radziwiłłówce czołgistów. Ciała zabrano do ZSRR.

           Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 05/09/2024 20:20
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama