Chleba i igrzysk? Jak się okazało, wystarczył Dżem, w dodatku lekko nieświeży. Było coś z początku – dobra promocja i z końca – gwiazda wieczoru, zabrakło jednak środka – dobrych, początkujących kapel.
Bez wątpienia Dżem jest ikoną polskiej muzyki rozrywkowej, wpływał i nadal wpływa na twórczość wielu początkujących zespołów. Utwory tej grupy to przeboje, które na stałe wpisały się do historii polskiej muzyki. Ale to było kiedyś. Dzisiaj Dżem pozbawiony jest swoich twarzy i sił – Ryśka Riedla i Pawła Bergera. To trochę tak, jakby Foo Fighters nazywać Nirvaną. Mimo tego ta gwiazda na siemiatyckiej imprezie była strzałem w dziesiątkę. Przyciągnęła ludzi z odległych miejsc. Na pewno podniosła rangę imprezy. Jednak festiwal to nie tylko występ gwiazdy, ale także część konkursowa. Tu niestety wypadło trochę słabiej. Nie było zespołu, który porwałby widownię, nie było zespołu, który naprawdę przykułby uwagę widzów. Formuła festiwalu umożliwia organizatorom ściągnięcie dużej liczby świetnych zespołów po mniejszych kosztach. W końcu nagrodę i Złotego Kafla może dostać tylko jedna grupa. IV Siemiatycze Blues Festiwal to także okazja do spojrzenia na zmianę warty w ośrodku kultury. Reformy widoczne były na pierwszy rzut oka. Tabliczki z napisem „Teren imprezy” na co drugim drzewie i zaraz pod nimi regulamin imprezy masowej. Ochrona wmieszana w tłum i jakby mniej waty i balonów na amfiteatrze. Tylko te zmiany niestety nie dotyczą jeszcze kultury, a tego co obok niej. Oby wkrótce wiatr odnowy dotknął też pnia działalności SOK – kultury.
Komentarze