Małżeństwo z Siemiatycz zgodziło się opowiedzieć o swojej pomocy kobietom z dziećmi z Ukrainy.
- Jakie mieliście motywacje, by otoczyć opieką i dać lokum uchodźczyniom z Ukrainy?
- 24 lutego, gdy rozpoczęła się wojna w Ukrainie, ciągle śledziliśmy informacje dotyczące najnowszych wydarzeń, ciężko było oderwać się od tragicznych relacji. Oglądanie, śledzenie wojennych wieści w tv i internecie stało się codziennym rytuałem, który zabierał długie godziny i powodował emocjonalne wyczerpanie. Sprawdzanie, jak daleko posunęły się wojska rosyjskie, jak zrujnowane są zbombardowane miasta, widok mieszkańców uciekających pod obstrzałem, wprowadzały niepokój i rozdrażnienie. Jedynym wyjściem aby oderwać się od traumatycznych przeżyć było znalezienie zajęcia, które ukoiłoby nerwy i było pozytywną reakcją na okrucieństwa wojny. Działanie, które wydawało się wówczas sensowne to pomoc uchodźcom. Zgłosiliśmy chęć opieki nad uciekającymi przed wojną na jednym z portali internetowych.
- W jaki sposób te osoby znalazły się w Siemiatyczach?
- Skontaktował się z nami ktoś, kto szukał mieszkania dla trójki osób (dwie kobiety i półtoraroczne dziecko), które uciekły z Żytomierza. W Warszawie miały zapewniony tylko jeden nocleg. Sprawa była pilna, więc następnego dnia z rana odebrałem ich z Warszawy i przewiozłem do Siemiatycz. Panie znalazły się po raz pierwszy w życiu poza granicami Ukrainy. Gdy pojawiły się pierwsze czołgi w okolicy, mąż zabrał żonę, teściową i syna, zawiózł na polsko-ukraińską granicę i umieścił w autobusie.
- Jaki rodzaj pomocy zaoferowaliście, prócz mieszkania ?
- Opieka nad nimi, oprócz udostępnienia mieszkania, polegała na pomocy w załatwianiu wszystkich bieżących spraw, zasiłku z MOPS, załatwieniu karty telefonicznej, numeru pesel, robieniu wspólnych zakupów nie tylko żywności, ale także ubrań i tego co było potrzebne dla dziecka. Ponieważ znam język ukraiński, pośredniczyłem w kontaktach z urzędami.
- Niektóre uchodźczynie wróciły już do domu, mimo, że wciąż jest wojna. Wciąż jednak pomagacie innym.
- Po dwóch miesiącach, panie z Żytomierza zdecydowały się wrócić do domu. Chłopiec w Polsce nauczył się chodzić, rósł w oczach, no i zaczął tęsknić za ojcem. Młodsza z pań zdecydowała: chłopiec nie może wychowywać się bez ojca, czas wracać, mimo ciągłych nalotów i potencjalnego niebezpieczeństwa.
- Czy osoby które wróciły do Ukrainy, utrzymują z wami jakiś kontakt?
- Tak, jesteśmy wciąż w kontakcie z rodziną z Ukrainy, mogę powiedzieć, że trochę się zżyliśmy. Ciekawi nas jak im się żyje w Ukrainie, czy czegoś nie brakuje. One pytają o nasze sprawy, m.in. zawodowe, rodzinę.
- Co było w tym całym procesie pomocy trudne, czy najtrudniejsze?
- Najtrudniejsze było… wygospodarowanie czasu potrzebnego do opieki nad nimi. Pracujemy zawodowo, więc zaopiekowanie się dodatkową rodziną, zrozumienie potrzeb jakie mają, a nie wszystko były w stanie wyartykułować, wymagało niemałego wysiłku.
- Czy staraliście się o pomoc państwową?
- Tak, chociaż gdy zdecydowaliśmy się przyjąć uciekinierów z Ukrainy, nie było mowy o pomocy rządowej. Postanowiliśmy, że jesteśmy w stanie pokryć koszty utrzymania 2-3 osób przez około jeden miesiąc, na dłuższy czas nie mieliśmy pomysłu, zresztą, nikt wtedy nie był w stanie przewidzieć, jak długo będzie trwać wojna. Okazało się, że państwo przyszło z pomocą finansową, więc byliśmy zabezpieczeni…
- Co było najtrudniejsze dla uchodźczyń, jeżeli chodzi o życie w Siemiatyczach?
- Naszym zdaniem problemem było… wypełnienie wolnego czasu. Okazało się, że dziecko potrzebuje kontaktu z rówieśnikami, dziećmi w wieku 1,5 - 2 lata. O dziwo, nie ma w Siemiatyczach łatwo dostępnych placów zabaw dla małych dzieci. Byliśmy zdumieni, że w okolicznych wsiach są place zabaw, w większych nawet po dwa, na jednym i drugim końcu, a w Siemiatyczach pustka. Są oczywiście przedszkola, i tam dzieci, mogą się bawić, ale dla kogoś spoza - zero możliwości. No i ta pustka na ulicach - po 17.00-18.00, wszyscy siedzą w domach.
- Czy jest coś co chcielibyście przekazać innym w temacie pomocy uchodźcom?
- Tak, to, że pomaganie pozwala lepiej zrozumieć innych ludzi.
Jerzy Nowicki
Подружжя із Сім'ятич погодилося розповісти нам про свою допомогу жінкам з дітьми з України.
- Що вас надихнуло, щоб опікуватися і надати житло біженкам з України?
- 24 лютого, коли розпочалася війна в Україні, ми безперервно стежили за інформацією щодо найновіших подій, важко було відірватися від трагічних повідомлень. Перегляд і відстежування воєнних новин на ТБ та інтернеті стало щоденним ритуалом, який забирав багато часу і сприяв емоційному виснаженню. Моніторинг, як далеко зайшли російські війська, наскільки зруйновані і розбомблені міста, вигляд жителів, що втікають з-під обстрілів, викликали неспокій і тривогу. Єдиним виходом відірватися від трагічних переживань було знайти заняття, яке б заспокоїло нерви і було б позитивною реакцією на жорстокість війни. Справа, яка саме була на часі, то допомога біженцям. Про готовність піклуватися про тих, хто тікає від війни, ми проінформували на одному з інтернет порталів.
- Як саме ці люди з'явилися в Сім'ятичах?
- З нами зв'язалася особа, що шукала житло для трьох людей (дві жінки і півторарічна дитина), які втекли із Житомира. У Варшаві їм надали житло тільки на одну ніч. Справа була термінова, отож наступного дня я забрав їх із Варшави до Сім'ятич. Жінки вперше в житті опинилися поза межами України. Як тільки з'явилися перші танки в околиці, чоловік взяв жінку, тещу і сина, відвіз їх до польсько-українського кордону і посадив в автобус.
- Який вид допомоги ви запропонували їм ще, крім житла?
- Окрім надання житла, опіка над ними полягала в допомозі у вирішенні всіх поточних справ, виплат в MOPS, придбання телефонної картки, номеру PESEL, спільних закупів не лише продуктів, а також одягу і того, що потрібно для дитини. Оскільки володію українською мовою, то був посередником в контактах з ужендами.
- Деякі біженки вже повернулися додому, незважаючи на те, що досі є війна. Досі однак ви допомагаєте іншим.
- Через два місяці жінки з Житомира вирішили повернутися додому. В Польщі хлопець навчився ходити, ріс на очах, але ж і почав сумувати за батьком. Молодша з жінок вирішила: хлопець не може виховуватися без батька, пора повертатися, незважаючи на постійні прильоти і потенційну небезпеку.
- Чи ті люди, що повернулися до України, підтримують з вами якісь зв'язки?
- Так, ми в прстійному контакті з сім'єю з України, можна сказати, ми навіть трохи зжилися. Ми цікавимося, як їм живеться в Україні, чи чогось потребують. Вони питають про наші справи, зокрема про роботу, сім'ю.
- Що було в тому усьому процесі допомоги складним чи найскладнішим?
- Найважчим було… заощадження часу, необхідного для опіки над ними. Ходимо на роботу, тож турбота про іншу сім'ю, розуміння їх потреб (а не все могли висловити), вимагало чимало зусиль.
- Чи ви зверталися за державною допомогою?
- Так, хоча коли ми вирішили прийняти втікачів з України, про державну допомогу не йшлося. Ми вирішили, що зможемо покрити витрати на утримання приблизно 2-3 осіб на місяць, на довше ми не планували, зрештою, тоді ніхто не міг передбачити, як довго триватиме війна. Як виявилося, з фінансову допомогу надала держава, тож ми були забезпечені…
- Що для жінок було найскладнішим, йдеться про життя в Сім'ятичах?
- На нашу думку, проблемою було… заповнення вільного часу. Виявилося, що дитина потребує контакту з ровесниками, дітьми віку 1,5-2 років. Що дивно, нема в Сім'ятичах доступних дитячих майданчиків для малих дітей. Ми були вражені, що в навколишніх селах дитячі майданчики є, в більших навіть по два, в кожному кінці. А в Сім'ятичах - порожньо. Є, звичайно, дитсадки, і там діти можуть бавитися, але поза дитсадком немає такої можливості. І порожньо на вулицях - після 17.00-18.00 усі сидять вдома.
- Чи є щось, що ви хотіли б передати іншим в контексті допомоги біженцям?
- Так, те, що піклування дає змогу краще зрозуміти інших людей.
/ tłumaczenie Oksana Andrijuk /
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze