- Nie mogliśmy się od nich opędzić – tak o spotkaniu z dwoma żubrami opowiadali sołtys Borysowszczyzny Artur Trochimiak i jego kolega Ryszard - Cały czas za nami łaziły.
Podeszły, kiedy usłyszały traktor, w ogóle się nas nie bały. Jeden z żubrów położył się przed ciągnikiem, tarzał się po ziemi. Nie dał z lasu wyjechać. Pisaliśmy już o tym, że „nasze” żubry wychodzą z lasu usłyszawszy dźwięk pracującego traktora. Jak się domyślamy ciągnikami dowożono im jedzenie i teraz zwierzęta myślą, że każdy wjeżdżający do lasu traktor, to pożywienie dla nich. - Obok bluzy leżały kanapki – opowiadał pan Ryszard. – Bluzę żubr wyślinił ale mu nie smakowała, kanapki zeżarł wszystkie. Sołtys Trochimiak opowiadał zaś, że w czasie Świąt Wielkanocnych żubry podchodziły praktycznie do domów we wsi. Żerowały na polach, niszcząc świeżo wykiełkowane zboże. - Petardami je wystraszono i teraz już nie podchodzą do domów. Ale wcześniej, można powiedzieć, że do okien zaglądały. Dzisiaj też długo za nami chodziły. Dwa samce, jeden nieduży. W ubiegłą środę ponad godzinę czekaliśmy w lesie na spotkanie z żubrami. Niestety, pomimo pracującego silnika traktora i świeżych śladów żubrzych racic zwierzęta się już nie pokazały. Jednak mieszkańcy Boryswoszczyzny i okolic nie muszą już jeździć do Białowieży, by podziwiać żubry. Jak mówią - to bardzo częste spotkania. Anna Kondraciuk, tygodnik Głos Siemiatycz
Komentarze