Rok 2010 został ogłoszony Rokiem Chopinowskim. Dobiegają już końca prace w miejscach związanych z tym kompozytorem. Wprawdzie w Siemiatyczach Chopin nie bywał, więc my przygotowywać się do obchodów nie musimy, ale warto wiedzieć, że będziemy mieli też w nich swój udział za sprawą mieszkańców naszego powiatu.
Uchwałą Sejmu RP z dnia 9 maja 2008 roku, rok 2010 ustanowiono rokiem Fryderyka Chopina – w związku z przypadającą w nim dwusetną rocznicą urodzin artysty. Ten jeden z największych artystów w historii kultury polskiej i światowej odegrał także wyjątkową rolę w kształtowaniu się świadomości narodowej Polaków, nic więc dziwnego, że w wielu miejscach naszego kraju trwają przygotowania do obchodów Roku Chopinowskiego. Rozpoczęte w niektórych miejscach z ogromnym rozmachem inwestycje, zbliżają się ku końcowi. I tak możemy podziwiać już warszawskie Muzeum Fryderyka Chopina w zabytkowym Zamku Ostrogskich na Tamce czy chociażby odrestaurowane lub odnowione obiekty związane z tym artystą w Żelazowej Woli czy Brochowie. Dlaczego o tym piszemy? Wprawdzie Chopin w Siemiatyczach nie bywał i samo miasto prawdopodobnie nie specjalnie będzie pamiętać o Roku Chopinowskim, to jednak w przygotowaniach do tych obchodów mamy swój udział za sprawą mieszkańca naszego powiatu. Jest nim Jarosław Wiszenko, który włożył wiele pracy, by prace konserwatorskie w kościele św. Rocha w Brochowie (województwo mazowieckie, powiat sochaczewski) zakończyły się w terminie. Kościół ten w istotny sposób związany był z historią rodziny Chopinów, zamieszkałą w pobliskiej Żelazowej Woli. To w tej świątyni wzięli ślub rodzice Fryderyka Chopina, a on sam został tu ochrzczony. Wiele prac konserwatorskich w tym kościele prowadził Jarosław Wiszenko i dlatego właśnie postanowiliśmy przybliżyć nieco jego sylwetkę.
Biogram Jarosław Wiszenko, siemiatyczanin mieszkający od lat w Mielniku, absolwent siemiatyckiego LO, od najmłodszych lat interesował się z malarstwem i stykał się z nim na co dzień, ponieważ jego ojciec, Leonidas Wiszenko, był znanym miejscowym malarzem. Już jako dziecko wykazywał się talentem plastycznym – kiedy miał 7 lat otrzymał wyróżnienie w konkursie rysunkowym na projekt znaczka pocztowego „Jak sobie wyobrażam pracę milicjanta” (konkurs zorganizowano z okazji XXV rocznicy powstania MO). Młody Wiszenko ukończył architekturę na Wydziale Architektury Politechniki Białostockiej (dyplom pod okiem profesora Macieja Gutowskiego. Naukę kontynuował w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, gdzie ukończył studia na Wydziale Grafiki (pracownia prof. Haliny Chrostowskiej i malarstwo u prof. Teresy Pągowskiej). Szukając inspiracji do swoich prac w zakresie sztuki sakralnej, sięga do najstarszych wzorców – sztuki greckiej i bizantyjskiej. Malarstwo i grafika to nie jedyne dziedziny sztuki, którymi artysta zajmuje się na co dzień. Należy wymienić tu także malarstwo ścienne, ceramikę czy pozłotnictwo, z którym ostatnio miał najwięcej do czynienia. Jest jednym z nielicznych w Polsce specjalistów tradycyjnego pozłotnictwa, dlatego też w mijającym roku pracował nad częściową rekonstrukcją manierystycznego ołtarza bocznego do obrazu Jezusa Miłosiernego w kościele w Brochowie oraz całkowitą rekonstrukcją ambony w tej świątyni. W tym miejscu trzeba też dodać, że wykonawcą snycerskich elementów rekonstrukcji do tego kościoła jest siemiatycki rzeźbiarz, Wieczysław Szum.
Znany nie tylko na Podlasiu Niewielu z nas zdaje sobie sprawę z tego, że osiągnięcia Wiszenki w sztuce sakralnej są ogromne. Jest on bowiem autorem polichromii w wielu cerkwiach i kościołach w całej Polsce (wystarczy tu wspomnieć chociażby o polichromii w cerkwi w Grabarce czy też wyjątkowej Drodze Krzyżowej w kościele pw. Chrystusa Sługi w Ełku). Sam artysta rzadko bierze udział w wystawach malarskich, przeważnie nie ma na to czasu. Polichromia i pozłotnictwo wydają się zajmować go bez reszty. I choć o jego osiągnięciach nie trąbią media, to jednak warto wiedzieć, że jego prace codziennie podziwiają tysiące ludzi w wielu świątyniach katolickich i prawosławnych w Polsce. W 1998 roku Jarosław Wiszenko otrzymał Nagrodę Brata Alberta Adama Chmielowskiego za szczególne osiągnięcia w dziedzinie kultury i sztuki sakralnej oraz działalności społecznej, gospodarczej i ekumenicznej. W wolnych chwilach, kiedy nie zajmują go sztuki plastyczne, jak na artystę przystało zajmuje się muzyką i... niecodziennym dość hobby, jakim jest uprawa winorośli. To temat na odrębny artykuł, o chyba jedynej winnicy w naszym powiecie. O sztukach O początkach w dziedzinie pozłotnictwa mówi: - Musiałem nauczyć się pozłacać, ponieważ niektóre elementy w ikonach tego wymagały. Więc żeby nie wozić do specjalistów, sam opanowałem odpowiednią technikę. Stosuję technikę klasyczną połyskową – złocenie na pulment. Tego nie można nauczyć się z książek. Tu niezbędne jest takie podejście jak w każdym innym rzemiośle – idziesz do rzemieślnika w termin i ileś tam czasu przyglądasz się, zanim dostaniesz swoją pierwszą pracę. Ja miałem świetnego nauczyciela, który złocił też elementy w kościele w Siemiatyczach. Był to pan Henryk Ścipień. Uczył się on u lwowskich pozłotników przedwojennych, którzy sami płatki złota kuli. Złocił Łazienki, Zamek Królewski i kościół św. Krzyża w Warszawie oraz Grabarkę – tam się zresztą poznaliśmy. Nad ołtarzem, amboną i wielką, portykową ramą do kościoła w Brochowie pracowaliśmy wspólnie z zięciem, Jędrkiem Ziółkowskim, pięć miesięcy. Zajęło nas to właściwie bez reszty. Od 6.00 rano do 23.00 każdego dnia. Jest to bardzo pracochłonne i męczące zajęcie, dlatego wolę malować ściany, choćby z tego powodu, że w pozłotnictwie siedzisz na miejscu, wcale się nie ruszasz i pracują tylko ręce. Przy polichromii jest dużo ruchu, chodzenia po drabinach, na wysokościach. To jest po prostu zdrowsze dla ciała i dla ducha. - Które ze swoich prac uważasz za swoje największe osiągniecie w dziedzinie sztuki sakralnej? - To jest tak, jak z miłością do najmłodszych dzieci – ostatnie realizacje. Cały czas staram się doskonalić rzemiosło, nieustannie się rozwijać warsztatowo i duchowo, więc mam nadzieję, że najlepsze są właśnie moje ostatnie prace. - Jakiego rodzaju sztuka sakralna najbardziej Ciebie inspiruje i dlaczego? - Paradoksalnie najwięcej inspiracji czerpię ze sztuki współczesnej. Co prawda w ostatnim czasie można zaobserwować kryzys idei artystycznych na świecie, komercjalizację sztuki, lansowanie tzw. „nazwisk” i „osobowości”, jednak zawsze mogę znaleźć coś prawdziwego, jakiś fenomen, zjawisko jednostkowe takie jak np. Gierowski czy Tarasewicz. Moje inspiracje historyczne to wszystko to, co się działo w sztuce w kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej, poczynając od sztuki późnego antyku do protorenesansu. A więc: malarstwo pompejańskie, portrety fajumskie, chrześcijańska sztuka przedkonstantyńska (malarstwo katakumbowe), ikona synajska, malarstwo sieneńczyków, bałkańskie malarstwo okresu renesansu Paleologów. - Czy tego rodzaj twórczość powoduje, że czujesz się bliżej spraw duchowych, transcendentalnych? - W mojej pracy czuję się człowiekiem średniowiecza, które wcale nie było takie mroczne. Mam bizantyńskie DNA. Pracując w określonej, historycznej konwencji, mogę przenieść się w czasie. Często malując z Giotta scenę biblijną, kopiując ornament, fragment architektury czy zestawienie kolorów, czuję się jakbym malował razem z nim i był uczniem mistrza z Florencji. Bardzo lubię Giotta, który mimo tego że „wyzwolił sztukę ze skostniałych schematów bizantyńskich”, a jego dzieła zapowiadają nadejście renesansu, jest dla mnie przedstawicielem sztuki Wschodu. Giotto był uczniem Cimabue’go, a Cimabue uczył się… w Grecji. Ex oriente lux! - Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów.
Na zdjęciu: Jarosław Wiszenko prezentuje agatowe gładziki służące do polerowania pozłoconej powierzchni. Fragment polichromii w kościele pw. Archanioła Michała w Białej Podlaskiej, autorstwa Jarosława Wiszenki, przedstawiający Boże Narodzenie wg Duccia.
Komentarze