To, co dziś jest tylko zniszczonym i zdewastowanym obiektem, kiedyś dla wielu osób z Nurca i okolic było źródłem utrzymania. Mowa o budynku nurzeckiej kaflarni. Duży teren, zespół mniejszych zabudowań i hala produkcyjna - dla młodych pokoleń są już tylko ruiną.
A przecież obiekt ten, zabytek dawnej architektury przemysłowej, zasługuje na ochronę i próbę ocalenia przed czasem. Przy odpowiednich działaniach mógłby to być obiekt podnoszący poziom atrakcyjności turystycznej naszego regionu. Niestety tak nie jest. Do dziś nie znalazł się chętny do kupienia tego terenu. Działka wraz z pozostałymi po kaflarni zabudowaniami została na początku tego roku wystawiona na sprzedaż. W skład tych pozostałości wchodzi kilka budynków, ale ich główną ozdobą jest największy budynek produkcyjny z 1928 roku, murowany z cegły ceramicznej, parterowy, podpiwniczony (dziś ktoś w podpiwniczeniu urządził sobie wysypisko śmieci), dawniej z poddaszem użytkowym, z dachem drewnianym (nad częścią główną z facjatkami), o łącznej powierzchni zabudowy 291,40 m kwadratowych. Przy ścianach bocznych są trzy murowane zejścia do piwnic. Od frontu budynku przy ścianie szczytowej przybudówka – wiatrołap. Wyposażenie budynku stanowią m.in.: piece do wypalania kafli. Oprócz tego znajdują się tu jeszcze zabudowania magazynowe, a także znacznie młodszy budynek biurowo-socjalny, do niedawna jeszcze wykorzystywany jako mieszkalny, którego wiek szacuje się na ok. 55 lat. Cena wywoławcza całego terenu ustalona została na 40.000 zł, niestety do dziś nie znalazł się nikt chętny, kto chciałby ocalić to miejsce przed całkowitym zniszczeniem.
Początki nurzeckiej kaflarni sięgają czasów przedwojennych. Trudno jest ustalić, kiedy zakład ten rozpoczął swoją działalność. Wiadomym jest, że główny budynek kaflarni pochodzi z 1928 roku. Łatwej jest z ustaleniem zakończenia jego działalności. Kiedy w 1990 roku Urząd Gminy w Nurcu Stacji przejmował kaflarnię, wówczas zakład już nie funkcjonował. Ale jak twierdzą jego najstarsi pracownicy, zakład przestał produkować jeszcze kilka lat wcześniej, w połowie lat 80.
O trochę wspomnień z czasów działalności kaflarni poprosiliśmy trzy jej pracownice. Wszystkie twierdzą, że nie była to łatwa praca. W pocie czoła, z mokrą chustką na głowie, bo wewnątrz kaflarni była taka temperatura, że łatwo mogło dojść do zapalenia włosów, swoimi rękami przełożyły tysiące kafli.
Pani Wanda Bortniczuk przepracowała w kaflarni 35 lat, zaczynała jako szesnastolatka.
- W 1981 roku poszłam na wcześniejszą emeryturę. Pieniądze były z tej pracy niewielkie. Jak zarabiałam może 700 zł na stare pieniądze, to co to były za pieniądze? A pracowało się po 13 godzin albo i więcej. Przychodziłam do domu o 23.00, trochę odpoczęłam do godziny 2.00 w nocy, i o 2.00 znów szłam do pracy. Pracowałam do 6.00 rano, przychodziłam do domu, robiłam śniadanie, razem obiad, i na 7.00 znów do pracy. To była dla mnie katorga. Ja nigdy nie pracowałam 8 godzin, a jak chciałam mieć wolny dzień, żeby zrobić sobie pranie, to musiałam godzinami nadrabiać.
Celina Zakrzewska – skończyła pracę w kaflarni, kiedy miała 52 lata. Przepracowała w kaflarni 24 lata.
- Na początku pracowałam w glazurni. Przy polewie, piece wyładowywałam, przy szkliwie, potem poszłam na formiarza, pracowałam razem z mężczyznami przy ławie, kafle robiłam. Dobrą byłam formiarką, miałam różne dyplomy, na każdym zebraniu byłam, dostawałam bardzo dobre opinie. Kierownik mówił, że nikt tu kafli nie będzie robił, jak nie będzie pani Zarzewska robić. Mąż też kafle robił, ale ja zawsze zarabiałam więcej niż on. To była praca na akord. W całym zakładzie pracowało ok. 30 osób.
Pani Jadwiga Kowalczyk przepracowała w kaflarni blisko 20 lat.
- Były takie słupki gliny. Rżnęło się je na kawałki, potem taki kawałek wrzucało się w formę, przyduszało się tą dźwignią, obłuskiwało się nadmiar gliny. Potem otwierało się, wyciągało kafle i po 15 sztuk kładło na deski. Następnie trzeba było je wsuną wysoko w tyzy. I tak dziennie jakieś 400, 500 kafli. Potem trzeba było je wodą oklepać. Na drugi dzień zdejmowało się już suche. Było 8 formiarzy. Z kobiet to tylko ja i Celina Zakrzewska, a reszta to mężczyźni. Bonisławski Kazimierz, ja, Władzio Dudzik i Piotr Sadowski po jednej stronie. Po drugiej Mietek Bonisławski, Celina Zakrzewska, Maniek Zakrzewski i taki jeden z Borowik, już nie pamiętam jak się nazywał.
Ewa Magdalena Iwaniak, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. EMI
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze