Był lipiec 1942. W Siemiatyczach niemieccy okupanci spędzili Żydów go getta. Rozpoczęły się przygotowania do „ostatecznego rozwiązania”. Niedługo potem, w listopadzie, getto zostanie zlikwidowane a jego mieszkańcy wywiezieni na zagładę do Treblinki.
Ci, którym udało się uciec, ukrywali się w lasach, szukali pomocy i schronienia, błąkali się po okolicznych wsiach. Niemcy wyłapywali Żydów poruszających się poza gettem i mordowali przeważnie na miejscu albo zaraz potem. Uciekinierzy mieli czasami szczęście i trafiali na heroicznie odważnych ludzi, którzy ich ukrywali - bywało, że do końca wojny – chociaż Niemcy karali za to śmiercią. Niekiedy znajdowali inną - doraźną – pomoc, choćby w postaci kromki chleba. W innych miejscach byli odpędzani – z niechęci, obojętności lub z uzasadnionego panicznego strachu przed niemieckimi represjami, którzy za pomoc Żydom lub odmowę udziału w ich wyłapywaniu drakońsko karali całe wsie - pacyfikowali je, lub nakładali dotkliwe kontrybucje.
Byli również tacy, którzy z bardzo niskich pobudek, wydawali Żydów Niemcom i denuncjowali pomagających, licząc na niewielkie nawet korzyści osobiste.
W procederze wyłapywania Żydów Niemcy uczynili swoimi zakładnikami sołtysów, pełniących swoje funkcje z ich nakazu, którzy mieli osobiście dopilnować wyłapywania uciekinierów z gett. W zasięgu ich władzy nie mógł znaleźć się żaden Żyd, a gdy taki się pojawił, mieli obowiązek odstawić go do najbliższego posterunku niemieckiego. Za niewłaściwe wykonywanie tego obowiązku ponosili pełną odpowiedzialność, która mogła oznaczać nawet śmierć. Taka była wojenna, okupacyjna rzeczywistość.
Jeden z takich dramatycznych epizodów z okolic Siemiatycz znalazł kilka lat po wojnie i „wyzwoleniu” swój epilog przed sądem. Otrzymaliśmy z IPN Oddział w Białymstoku akta sądowe sprawy karnej, która w latach 1948 – 1949 toczyła się przed Sądem Okręgowym w Białymstoku i Sądem Najwyższym przeciwko Filipowi Sirockiemu, w okresie okupacji niemieckiej sołtysowi wsi Romanówka koło Siemiatycz. Został on zatrzymany przez UB w swoim gospodarstwie 26 listopada 1947r. a następnie aresztowany. Prokurator oskarżył go o to, że „ w 1942 roku (…) jako sołtys, idąc na rękę władzy państwa niemieckiego ujął cztery bliżej nieustalone osoby narodowości żydowskiej i wydał je żandarmerii niemieckiej w Siemiatyczach”.
To oznaczało zbrodnię z art.1 p.2 dekretu PKWN z 31 sierpnia 1944r. o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami oraz dla zdrajców Narodu Polskiego.
Sąd Okręgowy w Białymstoku na sesji wyjazdowej w Bielsku Podlaskim 4 czerwca 1948r. wydał wyrok uniewinniający (dwaj ławnicy opowiadający się za uniewinnieniem przegłosowali zawodowego sędziego przewodniczącego). Ten złożył zdanie odrębne, w którym stwierdził m.in., że „ nawet, gdyby uznać, że oskarżony z uwagi na wielką liczbę ludzi, jako sołtys, będąc związany nakazem władz niemieckich, zmuszony był do tego rodzaju przestępstwa, chcąc uniknąć (…) represji, to i tak czyn jego nosi wszelkie znamiona zbrodni (…).
Sąd Najwyższy uchylił ten wyrok. W wyniku ponownego procesu Sąd Okręgowy w Białymstoku skazał Filipa Sirockiego na sześć lat więzienia z pozbawieniem praw publicznych i obywatelskich honorowych na pięć lat oraz przepadek całego mienia (w którego skład wchodziło duże, 14,5 ha gospodarstwo rolne), (sprawa nr Ksn 556/48). Wyszedł z więzienia po odbyciu kary 3 sierpnia 1954r. Jego wysiłki, aby nie dopuścić do odebrania mu gospodarstwa, z powołaniem się na ustawę o amnestii z 1947r., okazały się – jak wynika z dostępnych dokumentów - bezskuteczne. Gospodarstwo przeszło na Skarb Państwa.
Z akt tej sprawy wyłania się następujący przebieg wypadków w Romanówce.
W lipcu 1942r. w domu sołtysa odbywało się zebranie gromadzkie. Jego stojący na uboczu dom był mały, więc tłum gospodarzy ze wsi i okolicy stał również na podwórku. W środku sołtys wypłacał pieniądze za kontyngenty na mleko. Był tłok i gwar. W pewnym momencie, ktoś krzyknął, że drogą zbliżają się jacyś Żydzi. Sołtys zostawił pieniądze i wybiegł przed dom. Zobaczył, że jest ich czterech. Byli to prawdopodobnie Żydzi z Siemiatycz, uciekinierzy z getta. Dwaj podeszli bliżej, pozostali poszli dalej w kierunku wsi.
Istnieją różne wersje dotyczące tego, co się działo później. Wedle jednej, sołtys polecił młodym chłopcom, którzy się kręcili w pobliżu, pobiec za nimi i ich przyprowadzić. Według drugiej, chłopcy z własnej inicjatywy popędzili za Żydami, złapali ich i przyprowadzili na podwórko sołtysa. Trzecia z kolei mówi, że sołtys sam wraz z chłopcami pobiegł w pościgu za Żydami i osobiście zatrzymał przynajmniej jednego z nich. Niezależnie od tego, jak było w rzeczywistości, na podwórku, w rękach sołtysa, znalazło się czterech żydowskich uciekinierów. Sołtys polecił ich związać, aby nie uciekli. Oddał w tym celu swoje lejce od konia.
Pojawiło się kłopotliwe pytanie, co dalej?
W wyjaśnieniach przed sądem sołtys twierdził, że „Nie wiedząc sam, co z Żydami zrobić, zapytałem o to zebranych, wszyscy krzyknęli, żeby ich odwieźć na posterunek żandarmerii w Siemiatyczach. Bojąc się zebranych, że o ile tak nie postąpię, mogą zameldować Niemcom, poleciłem swemu zastępcy, aby wyznaczył furmankę do odwiezienia tych Żydów (…)”.
Potem wyjaśniał, że „Ludzie na zapytanie moje nie odpowiadali a następnie ktoś z obecnych powiedział, że „o ile ich nie oddamy w ręce władz niemieckich, przyjdą Niemcy i zniszczą całą wieś”. Powiedziałem wówczas – to odwieźć ich do Siemiatycz” (…). Dodałem trzech ludzi ze wsi jako konwojentów, aby Żydzi nie pouciekali (…)”.
Jeden ze świadków dodał, że na zebraniu „było wtenczas dwoje ludzi z drugiej wsi. Byli to Polacy (Romanówkę zamieszkiwali w większości tutejsi prawosławni – przyp. MAN) i mieszkańcy naszej wsi bali się ich i dlatego na zapytanie oskarżonego „Co z Żydami zrobić” nikt się nie odezwał. (…) dwa razy pytał, co zrobić z Żydam, lecz nikt się nie odzywał, wówczas sołtys powiedział, że Żydów trzeba będzie odwieźć do Żandarmerii”.
Inny świadek z kolei słyszał sołtysa mówiącego, że „Żydów trzeba puścić, lecz zebrani powiedzieli, że nie, gdyż za to może być źle z całą gromadą”.
Furmanka z wyznaczonym gospodarzem z Romanówki jako furmanem i trzema innymi jako konwojentami wyruszyła z ujętymi i związanymi Żydami do Siemiatycz na ulicę Pałacową, gdzie wówczas znajdował się posterunek żandarmerii niemieckiej.
Nie znamy ich nazwisk i nie wiemy, co się z nimi potem stało. Prawdopodobnie zostali zamordowani w Siemiatyczach wkrótce po przekazaniu ich w ręce niemieckich żandarmów.
Marek Antoni Nowicki, współpraca Eleni Kryńska
Na zdjęciu: posterunek Schutzpolizei Dienstabeilung der Stadt Siemiatycze, który mieścił się przy ul. Pałacowej. Tutaj przywieziono pojmanych w Romanówce Żydów (fot. A.Nowicki – 1943)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze