Reklama

(Nie)zapomniane miejsca. Siemiatycki POM – kuźnia kadr

21/07/2017 18:02

„W br. [POM] rozpoczął produkcję kooperacyjną dla przedsiębiorstw budownictwa wodnego. Wytwarza chwytaki kamieni, niezbędne w akcjach przeciwpowodziowych, przy budowie grobli, pogłębianiu rzek, urządzania zbiorników wodnych itp. Chwytaki kamieni dotychczas nie były produkowane w Polsce. Sprowadzano je z RFN. Obecnie siemiatycki POM jest jedynym wytwórcą tych urządzeń w kraju. Dokumentację sporządziło biuro projektowe w Lublinie. W Siemiatyczach powstały już dwa pierwsze egzemplarze. Oceniono je bardzo wysoko (…)”.

    Hrabia i POM

    Tak o siemiatyckim POM-ie pisano w Gazecie Współczesnej z 1985 r. i mało komu przyszłoby wtedy do głowy, że zaledwie sześć lat później zakłady, w których płace należały do najwyższych w mieście, upadną.

    19 marca 1954 r. zapadła decyzja o powstaniu Państwowego Ośrodka Maszynowego w Siemiatyczach z siedzibą w Bacikach Średnich na terenie majątku hrabiego Henryka Ciecierskiego.

    - W oborze, która w tej chwili jest własnością państwa Tymińskich, była hala Państwowego Ośrodka Maszynowego, a obok duża stodoła, gdzie był drugi obiekt. Wkoło znajdowały się budynki mieszkalne dla służby, przejęte potem przez pracowników byłego POM-u – mówi Stanisław Fleks, dyrektor zakładu w latach 1980-91.

Reklama

     Pierwszy ośrodek maszynowy w Bacikach zatrudniał 65 osób. Zajmowano się tam głównie drobnymi naprawami sprzętu rolniczego oraz naprawami ciągników URSUS (C325 oraz C328). Zakład stopniowo potrzebował coraz więcej miejsca, zapadła więc decyzja o jego rozbudowie przy ul. Ciechanowieckiej. W owych czasach nie było na tamtym terenie żadnych zabudowań, nie było też drogi do Białegostoku. Znajdował się za to cmentarz, na którym grzebano zmarłych na cholerę (jej epidemia wybuchła w mieście i okolicach w 1710 r.).

Reklama

    Na cmentarzu

    - Kiedy byłem mały, pamiętam jeszcze jak ludzie w pelerynach nosili na teren nowego cmentarza kości, szkielety wydobywane przez koparki podczas prac. Pracownicy z szacunku dla szczątków nosili je i chowali przy udziale księdza. Aby upamiętnić, że był tam cmentarz zbulwersowani ludzie zostawili przy ogrodzeniu dwa krzyże – wspomina Stanisław Fleks.

    Krzyże możemy znaleźć i dziś. Żelazny, wysoki znajduje się w obrębie jednego z ogródków działkowych przed pierwszym blokiem, idąc od strony miasta. Drugi mniejszy, w wersji odnowionej stoi o parę kroków od przystanku autobusowego po stronie wjazdu do Żerpolu.

Reklama

    W czym byliśmy dobrzy?

    Siemiatycki POM był jednym z dwudziestu działających w obrębie Wojewódzkiego Zjednoczenia Przedsiębiorstw Mechanizacji Rolnictwa, jego filie mieściły się w Ciechanowcu, Grodzisku i Drohiczynie (z filii powstały Spółdzielnie Kółek Rolniczych). Każdy POM miał określoną specjalizację. Siemiatycki odpowiadał za modernizację i mechanizację rolnictwa.

    - Instalowano dojarki, budowano kojce w oborach, dostarczano olej napędowy. Potem specjalizowaliśmy się w polskich i czeskich kosiarkach rotacyjnych do koszenia zielonek. Byliśmy jednym z trzech zakładów na terenie Polski. Wtedy dobudowano halę na 1500 m kw. i drugą halę na 800 m kw., dobudowano magazyny, zbiorniki paliwa. Następnie doszła specjalizacja w urządzeniach chłodniczych, montaż i obsługa dojarek. Nie dało się utrzymać tak dużej załogi z usług, kolejnym dużym działem była produkcja w kooperacji. Robiliśmy łyżki do koparek Waryńskiego, wysięgniki oraz wysięgniki górne i dolne, małe łyżki do chwytaka do Ostrówka Węgrowskiego. Generalnie specjalizowaliśmy się w spawalnictwie – wyjaśnia były dyrektor POM-u.

Reklama

    To se rób sam

    Pierwszym dyrektorem zakładu był Aleksander Zembrowski, kolejnym Władysław Kramkowski, nie pracował jednak na stanowisku zbyt długo, a p.o. dyrektora został jego ówczesny zastępca Wenanty Zimnoch.

    - Władysław Kramkowski pokłócił się z władzą, bo nie chcieli mu dać mieszkania, a on miał tyle perspektyw pracy. Pogniewał się na byłego sekretarza partii, powiedział: „To se rób sam” i wyjechał z Siemiatycz. Został dyrektorem naczelnym w Augustowie – opowiada Stanisław Fleks.

    W latach 80. zakład zatrudniał 280 pracowników, w tym 26 inżynierów po studiach. Oprócz podstawowej kadry zakładowej przy POM-ie znajdowała się trzyklasowa Zasadnicza Szkoła Zakładowa, gdzie uczniowie odbywali praktyki. W czasie swojej największej świetności do szkoły chodziło 130 uczniów.

Reklama

    Życie pomowca

    Współcześnie POM kojarzony jest głównie z osiedlem mieszkaniowym. Trzy bloki mieszkalne mogą pomieścić łącznie 35 rodzin. W czasach funkcjonowania Ośrodka Maszynowego do dyspozycji wyłącznie pracowników pozostawał ośmiorodzinny blok oraz jednopiętrowy internat dla 36 pracowników, w którym parter zajmowali mężczyźni, a pierwsze piętro kobiety. W internacie znajdowała się również stołówka zakładowa na 100 osób. W późniejszym czasie dobudowano drugi blok dla 18 rodzin, a internat po upadku POM-u przerobiono na blok mieszkalny.

Reklama

    Zwykły pracownik zarabiał więcej niż kadra techniczna. Średnia pensja pracownicza wynosiła 250% średniej płacy krajowej. Najlepiej zarabiali spawacze, tokarze żeliwa oraz mechanicy pracujący przy olejach. Mój rozmówca nazywa POM „kuźnią kadr” wszystkich zakładów powstających wtedy w mieście. Ten, kto zdobył pracę w POM-ie, w krótkim czasie awansował na inne stanowiska w Horteksie czy mleczarni.

Domki campingowe w Wólce nad Bugiem

 

    Do dyspozycji pomowców na terenie zakładu pozostawały kiosk, sklep, pralnia, ogródki działkowe. Na korcie tenisowym i boisku do piłki nożnej co jakiś czas organizowano spartakiady pracownicze, a latem można było wyjechać na tzw. wczasy pod gruszą. Jeśli ktoś nie miał czasu na dwutygodniowe wojaże po ośrodkach wczasowych gdzieś dalej od domu (urlopy płatne, ze zwracaniem kosztu dojazdu), zawsze mógł pojechać do domku letniskowego w Wólce Nadbużańskiej, sztuk dostępnych 9.

Reklama

Pralnia zakładowa

 

    Kazionne

    Czy w związku z tym POM uchronił się od powszechnego w PRL-u myślenia, że jeśli wspólne, to dostępne dla każdego? Nie do końca…

   - Nie mogę powiedzieć że nie okradali. Morale było takie, że jeżeli pracownicy wiedzieli o jakimkolwiek przypadku kradzieży, taki pracownik był natychmiast dyscyplinarnie zwalniany. W każdym zakładzie pracy są czarne owce – tłumaczy Stanisław Fleks.

    Co ginęło? Rozrusznik ciągnika, prądnica do ciągnika, paski klinowe, słowem wszystko, co trudno było sprawdzić. Kradzieże ustały kiedy wprowadzono możliwość sprzedawania wyrobów zakładu rolnikom.

Reklama

    Padło, bo musiało?

    Co zdaniem Stanisława Fleksa wniósł on do zakładów jako ostatni dyrektor, co osiągnął?

    - Przychodząc do POM-u cały czas czułem się rodowitym siemiatyczaninem. Wszelkie nadwyżki pieniędzy nie wychodziły na zewnątrz. W Szkole Podstawowej nr 1 robiliśmy posadzki, kupowaliśmy meble, wyposażaliśmy stołówkę, dopłacaliśmy do wyżywienia dzieciom. Pracownikom zorganizowałem pralnię zakładową, przymusowe urlopy. Motywowałem pracowników przy pomocy nagród pieniężnych – wylicza ostatni dyrektor zakładu.

Reklama

    Zamknięcia POM-u nie nazywa jednak porażką, to po prostu nie wyszło, podobnie jak w całym kraju. Nie wyszło, bo musiało nie wyjść.

    - Jeżeli była produkcja w kooperacji, jak na przykładzie Waryńskiego i jeżeli jego zakłady padły, POM nie mógł już robić części. Tak jak z rozrzutnikami obornika w Czarnej Białostockiej, produkowaliśmy dla nich części - jeśli tam rolnicy nie kupowali rozrzutników, zakład padł. Nie mogliśmy dla nich produkować. SKR-y przestały wykonywać usługi dla rolników, nikt nie korzystał z tych usług, nie było remontów – dział usług w POM-ie padł – wyjaśnia Fleks.

Reklama

    Czy się stoi czy się leży…

    Co w obliczu widma zamknięcia zakładu robili pracownicy? Czy protestowali, walczyli, robili „coś”, żeby POM nie upadł? Z relacji Stanisława Fleksa wynika, że nie. Biernie czekali na rozwój wydarzeń. Dlaczego? Bo leniwi? Bo im nie zależało? Zdaniem mojego rozmówcy byli po prostu nieprzygotowani do życia w nowej rzeczywistości.

    - Namawiałem ludzi, żeby przejąć przynajmniej jedną halę. Uratować najlepszych pracowników i stworzyć zakład pracy na zasadzie spółki. Jeszcze w latach 80. ludziom nie przychodziło do głowy, że może być bezrobocie i likwidacja. Kiedyś wysyłałem pracownika sezonowego do restauracji, żeby szukał pozostałych. I nie przychodziło im do głowy, że będą wyrzuceni, bez pracy, bez zasiłku – mówi były dyrektor POM-u.

    Co po POM-ie?

    Kiedy POM został przejęty przez samorząd, upadł w 1991 r. Jego pracownikom wydano decyzje o przydziałach mieszkaniowych, zgłoszono upadłość firmy. Maszyny zostały odkupione od miasta przez osoby fizyczne w przetargach. Obecnie na tym terenie swoje działalności gospodarcze prowadzą Elżbieta Tyc (F.P.H.U ELBO), Lucjan Marciszonek (F.H.U. Rolnik), Henryk Boguszewski (P.H.U. Żerpol).

Stoją od lewej: Henryk Turosieński, Kazimierz Karpowicz, Jan Wiliński, Jan Ryżyk, Stanisław Piotrowski

 

Trofea z zawodow sportowych

Eleni Kryńska, Kurier Podlaski - Głos Siemiatycz, fot EK i archiwum prywatne

Miejsce zdarzenia mapa Podlasie - Kurier Podlaski
Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 21/09/2024 22:56
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama