Siemiatycze, moje miasto. Na pewno moje? Chodząc jego ulicami mam czasem wrażenie, że już jakby mniej. Budynki, które mijałam jako dziecko wciąż stoją na dawnych miejscach, układ ulic nie zmienił się. Jest nawet lepiej, ładniej, czyściej. Idziemy z duchem czasu, rozwijamy się. I to dobrze, ale skoro ja (nie mając jeszcze nawet trzydziestu lat), odczuwam te intensywne zmiany, co muszą czuć starsi ode mnie?
Ci, którzy spacerowali nie ulicą 11-go Listopada, a ulicą Armii Czerwonej, nie ulicą Pałacową, a Świerczewskiego? I o tym właśnie jest ten tekst Szanowni Państwo. Jak zmieniają się Siemiatycze na naszych oczach, co jeszcze zostało z dawnych czasów, a czego już nawet nie pamiętamy.
Jednym z obiektów, który diametralnie zmienił swój charakter jest siemiatycki zalew. Właściwie trzy zbiorniki o łącznej powierzchni 27,4 ha i średnią głębokością 2 m, dochodzącą nawet do 5 m.

Mały zalew
Tzw. mały zalew został oddany do użyteczności publicznej w 1975 r. W czasach, kiedy naczelnikiem miasta był Zbigniew Radomski, były burmistrz miasta Siemiatycze, obecnie pełnomocnik zarządu spółki „Pronar”: - Trudno powiedzieć, że to były łąki, to były grzęzawiska porośnięte wierzbami – opowiada Radomski.
Dokumentację potrzebną do kupna terenu i budowy obiektu przygotowywało w latach 1971-1972 Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Wodnych Melioracji. Duże zaangażowanie w realizację projektu miał okazywać ówczesny dyrektor przedsiębiorstwa, Włodzimierz Kołodziejuk. A wszystko zaczęło się od negocjacji prowadzonych ze ś.p. biskupem Władysławem Jędruszukiem. W zamian za działkę pod budowę kościoła i plebanii w Nurcu oraz wyrównanie pieniężne ze względu na różnicę wielkości wymienianych gruntów, sprzedał miastu teren w pobliżu ul. Bartosza Głowackiego. Ciekawostką jest, że odległość odmierzał… stopami.
Wykonaniem prac przy budowie zalewu zajęło się Przedsiębiorstwo Wodnych Melioracji w Bielsku Podlaskim. Jak mówi Zbigniew Radomski, budowa zalewu nie byłaby możliwa bez czynnego udziału trzech gospodarzy, którzy przekonywali pozostałych niezdecydowanych rolników do sprzedaży ziemi, a byli to: Stanisław Konczerewicz, Jan Kamiński, Henryk Kobryniak.
Tak Zbigniew Radomski wspomina czasy przed wybudowaniem zalewu: - Jeździliśmy nad Bug. Nie było autobusów, to ciężarówki woziły w niedziele na takie majówki. Załadowane, pełne. Niektórzy gospodarze z Siemiatycz jeździli furami. Woda była czysta, kryształ. Pamiętam też jak się kiedyś kąpałem w Kamionce, było takie miejsce, gdzie my chłopacy chodziliśmy sobie, nazywaliśmy go „babski zakręt”.
Oficjalne otwarcie zalewu zbiegło się w czasie z kręceniem w mieście teleturnieju Bank Miast, 15 czerwca 1975 r. Entuzjazm był bardzo duży, ludzie czekali na miejsce, gdzie mogliby spędzić upalne popołudnie z rodziną, ochłodzić się w mieście. Nie było dotychczas punktu, w którym można byłoby organizować wydarzenia kulturalne, sportowe. Ówcześnie zalew był ogrodzony od strony ul. Nadrzecznej ze względu na prośbę mieszkańców. Dziś ogrodzenie zniknęło i przestrzeń jest dostępna bez ograniczeń.
To właśnie w tamtym okresie pojawił się Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji: - Przenieśliśmy nad zalew z Placu Wyzwolenia (dziś Placu Jana Pawła II), drewniany dom państwa Pawłowskich, w którym powstał hotel. MOSiR zajął się zagospodarowaniem wszystkiego. Hotel miał 12-14 miejsc, salę kominkową na dole. W Siemiatyczach wcześniej nie było żadnego miejsca hotelowego. Była tam też wypożyczalnia sprzętu, nart, łyżew – mówi Zbigniew Radomski.
Duży zalew
Widząc powodzenie inwestycji, niedługo potem rozpoczęto budowę kolejnych zbiorników zalewu. Przyznam, że nie pamiętam ani krów, ani pól na terenie obecnego zalewu. Nie mogę. Za młoda jestem… Pamiętam natomiast stare, ledwo stojące drewniane molo i pień drzewa wydrążony w środku, mający udawać coś w rodzaju pływającej ławeczki. Obecnie nie ma już po tym śladu, wybudowano nowe pomosty, deszczochrony. Pojawiły się słomiane parasolki, zatem nie trzeba już tłoczyć się pod drzewem, które dawniej było jedynym źródłem upragnionego cienia. Mamy huśtawki, ślizgawki, siłownię na powietrzu. Wszystko mamy. Tylko kiedy spojrzy się na dawne zdjęcia… to człowieka nagle ogarnia jakaś nostalgia.
Dzisiaj i na przyszłość
Niewiele ponad trzydzieści tysięcy złotych, tyle miał wynosić koszt oczyszczania i polepszania jakości wody w zalewie przy pomocy mikroorganizmów. Następnym krokiem było wrzucenie do zbiornika kul Bokashi, dzięki którym dno stało się mniej zamulone, a woda zyskała większą przejrzystość. W porządku, tylko dlaczego im dalej od brzegu, tym większe odnoszę wrażenie, że coś z tą wodą jest nie tak? Okazuje się, że wszystkiemu winne są glony, a o planach pozbycia się ich z zalewu opowiada burmistrz miasta, Piotr Siniakowicz:
- Woda jest wszędzie taka sama. To co widzimy, ona nie jest brudna, tylko to są glony. Z glonami, cała filozofia polega na tym, że jeżeli najpierw dajemy siarczan miedzi, który te glony unicestwia, 2-3 dni później wpuszczamy aktywne mikroorganizmy, które wchodzą na ich miejsce i nie pozwalają im się tak rozprzestrzeniać. To powoduje, że praktycznie przez cały sezon mamy w miarę czyste kąpielisko.
Za oczyszczenie dwudziestu siedmiu hektarów z glonów, miasto ma zapłacić 1200 zł. Podobno poziom zanieczyszczenia wody nie zależy również od środków stosowanych przez wędkarzy.
- Na zalewie jest zakaz nęcenia. Nawet jeżeli ktoś nęci, to trochę wrzuci tam może nielegalnie. Natomiast ryb w zalewie jest tyle, że ile byśmy nie wrzucili, to nie ma szans zakwasić – wyjaśnia burmistrz.
Dzięki upałom zalew był tego lata niemal oblężony. Nie tylko przez mieszkańców, ale też turystów, którzy przyjechali specjalnie po to, żeby skorzystać z największej miejskiej atrakcji.
- W tym roku powiększyliśmy plażę o kilkaset metrów kwadratowych, które nie zostały nawet zauważone. Dalej plan mam taki - wyciąg nart wodnych. Myślę, że są szanse, że to w przyszłym roku powstanie, ale chciałbym to oddać prywatnym przedsiębiorcom. Teren gdzie jest hangar wydzierżawić na zasadzie przetargu pod działalność komercyjną – opowiada Siniakowicz.
Docelowo każdego roku w budżecie miasta ma znaleźć się od 100 do 150 tys. złotych na inwestycje związane z rozbudową i uatrakcyjnieniem plaży.
A zamierzenia są imponujące: powiększenie parkingu, doposażenie siłowni na powietrzu, zadbanie o pojawienie się większej ilości zieleni w pobliżu zalewu czy choćby wydzierżawienie ziemi po drugiej stronie zalewu i wybudowanie domków letniskowych z myślą o zamiejscowych turystach. Być może w okolicach małego zalewu i basenu pojawi się też pole campingowe, bo brakuje przede wszystkim miejsc noclegowych.
- Ta plaża już nie jest znana tylko w Siemiatyczach, ale w dalekiej okolicy, od Białegostoku do Siedlec. Rozmawiałem z osobami, które wynajmowały kajaki. 2/3 osób korzystających ze sprzętu było spoza Siemiatycz, 1/3 z miasta. To znaczy, że było dużo turystów i to jest świetny kierunek. Ludzie zaczynają przyjeżdżać – mówi burmistrz Siniakowicz.

Jeszcze przed rozpoczęciem kolejnych wakacji plaża ma zostać powiększona o następnych kilkaset metrów kwadratowych, ma pojawić się również wyciąg nart wodnych. Co będzie z przetargiem na nowe tereny i czy powstaną tam punkty gastronomiczne? Nie wiadomo, zależy to od prywatnych przedsiębiorców.
Jak na razie wszystko idzie w dobrym kierunku. Nawet bez wspomnianych wyżej ulepszeń plaża miejska, „perełka”, jak zwykł o niej mawiać burmistrz, prezentuje się bardzo dobrze. Wybudowane i odnowione obiekty jak do tej pory przetrwały bez zniszczeń. (A nawet, gdyby komuś przyszło coś takiego do głowy, cały kompleks monitorowany jest 24h na dobę). Miejsce przyciąga spacerowiczów nawet poza sezonem.

Eleni Kryńska, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot EK i archiwum
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze