Reklama

Największe stado owiec w powiecie - Mięso najczęściej kupują Włosi

09/04/2010 12:51
W naszym powiecie kilku hodowców ma łącznie ok. tysiąca owiec, z czego jedną trzecią posiada pan Grzegorz Leszczyński z Kolonii Perlejewo. Obecnie stado pana Leszczyńskiego liczy ok. 270 matek (200 sztuk w Programie Ochrony Zasobów Genetycznych). Czy taka hodowla opłaca się? Jaka rysuje się przyszłość dla rasy wrzosówka?

          Z panem Leszczyńskim rozmawiamy o hodowli wrzosówek, opłacalności, tradycji jedzenia owczego mięsa.
          - Proszę na początek powiedzieć - dlaczego owce?
          - To rodzinne. W latach 60-tych mój ojciec sprowadził z Wielkopolski rasę merynos (rasa umaszczona na biało, wełna silnie karbikowana - przyp. red.). Można powiedzieć, że wychowałem się koło owiec. Wrzosówki mam od 2003 r.
          - Co to za rasa?
          - Podstawowa różnica zawiera się w kolorze wełny. Wrzosówka ma ją ciemno - siwą. W latach 70-tych była to rasa ginąca, co było spowodowane zainteresowaniem producentów wełną białą, do tego stopnia, że zostało w Polsce tylko około tysiąca sztuk tej rasy. Za przyczyną Zootechnicznego Zakładu Doświadczalnego Instytutu Zootechniki w Balicach koło Krakowa do 2003 r. zostało stworzonych osiem stad. Realizowany w następnych latach Program Ochrony Zasobów Genetycznych owiec oraz dotacje wpłynęły na uratowanie i rozwój tej rasy.
          - Podstawowy cel hodowli?
          - Oczywiście ekonomiczny, chociaż w tym przypadku nie jest najlepiej. Nie ukrywam, że mam też sentyment do owiec, bo - jak wspomniałem - od dawna były w naszym gospodarstwie. Wracając zaś do ekonomii, owce trzymam głównie dla żywca jagnięcego.
          - Da się z tego wyżyć?

          - Owszem, da się wyżyć, ale dużych kokosów z tego nie ma. Koszty pochłaniają: produkcja zboża i siana na paszę, opieka weterynaryjna, kolczykowanie, nadzór. Owszem, są jakieś pieniądze ze sprzedaży owiec na ubój czy z wełny, ale np. trzeba oddać kg żywca na oznakowanie jednej sztuki. Takie porównania można mnożyć.
          - A jak jest z wełną? Trudno czy łatwo ją sprzedać?

          - Niestety wełna traktowana jest jako odpad, więc dużo pieniędzy za nią nie ma. To 3 zł za kg białej i 1 zł za kg czarnej. Normalne owce strzyże się raz w roku, wrzosówki dwa razy, by wełna się nie filcowała, czyli aby nie tworzyły się duże kłębki. Tym samym można sprzedać wełnę dwa razy w roku.
          - Sam pan strzyże swoje owce?

          - Owszem, ale lepiej jak zrobi to fachowiec. W tym celu przyjeżdża do mnie zawodowiec w tej branży. Jego rekord to ostrzyżenie 247 owiec w 10 godzin. Mój - tylko 60.
          - Jest zbyt na mięso?

          - Jest. Najczęściej jesienią owce idą na mięso zwłaszcza na zachód Europy. Cena mięsa jagnięcego co roku wzrasta przed świętami o około 30 procent. Teraz jest dużo niższa, bo i euro staniało. Jako hodowcy nie mamy dopłat specjalistycznych. Województwo podlaskie nie załapało się na nie. Ja osobiście sprzedaję na ubój krajowy i zagraniczny. Pośredniczy w tym związek hodowli owiec.
          - Czy praca przy owcach jest czasochłonna?

          - Owce na pewno wymagają zdecydowanie mniej nakładów pracy, niż inne zwierzęta hodowlane. To duża zaleta. Latem w zasadzie wystarcza pastwisko, zimą podanie paszy i wody. Młodym podaję pasze treściwe i minerały. Gorzej było w suche lata - wtedy owce przetrwały w lesie. Tam było więcej trawy.
          - Inne zalety hodowli?

          - Rasę tę cechuję duża plenność, co oznacza rodzenie potomstwa dwa razy w roku. Przy wyższych nakładach żywieniowych można uzyskać efekt, kiedy niektóre matki będą rodziły potomstwo trzy razy w ciągu dwóch lat. Po drugie - smaczne mięso. Polecam jagnięcinę nie tylko od święta. We Włoszech jest to główna potrawa świąteczna.
          - No właśnie - czy często jada pan jagnięcinę na obiad?

          - Wszyscy w rodzinie ją jemy. W smaku mięso to porównałbym do sarniny. Zalecane jest szczególnie dla dzieci, poza tym posiada substancje antyrakowe. To bardzo dobre mięso. Polecam szczególnie z młodych owiec, bo takie zawiera mniej łoju. W Polsce mięso z owiec nadal jest mało popularne. Z tego co pamiętam, najczęściej dodawano je do kapusty.
          - Wspomniał pan o związku hodowli owiec.

          - Stado jest pod stałą oceną białostockiego związku. Moim osobiście zajmuje się selekcjoner Mieczysław Kowalczyk z Siemiatycz. Jest to osoba trudniąca się doradztwem, wyceną maciorek, przyznawanie licencji barankom itd.
          - Dziś każdy hodowca musi uporać się z jakąś dokumentacją.

          - Mnie obliguje notes owczarni. Tam zapisuje się: urodzenia, padnięcia, pochodzenie, wykoty, wagę potomstwa. Każda matka ma w tym notesie swoją pozycję.
          - Czy rozpoznaje pan owce po numerach kolczyków w uchu?

          - Tak. Kolczyk to podstawa identyfikacji. Jagnięta urodzone po 1 stycznia tego roku będą już czipowane. To w czipie będzie numer identyfikacyjny.
          - Dopłaty?

          - Rocznie 320 zł do matki utrzymanej w czystości rasy i zapisanej w głównej księdze hodowlanej.
          - Czy zdarzają się padnięcia?

          - Owszem. Takie sztuki podlegają utylizacji. Nie wyrzucamy je za płot lub nie zakopujemy w lesie. Przyjeżdża firma i zabiera. W przypadku mojej hodowli średnio są to cztery sztuki rocznie. Zdarza się praktycznie tylko przy wykotach.
          - Czy ktoś pomaga panu przy owcach?

          - Generalnie pracuję sam, chociaż coraz częściej pomaga 12-letni syn. Przy większych pracach, tj. zbiór zboża czy ziemniaków - pomaga rodzina.
          - Jaką widzi pan przyszłość dla hodowli owiec, niekoniecznie wrzosówek?

          - Ostatnio coraz częściej owce kupują osoby mieszkające na wsiach, lecz nie utrzymujące się z rolnictwa. Owce spełniają - pewnie śmiesznie to zabrzmi - rolę kosiarek. Przez całe lato skubią trawę, więc nie trzeba jej kosić. Kupują owcę wiosną, jesienią zaś zwierzę idzie na ubój i na święta na stole pojawia się baranina. To coraz bardziej popularne.
          - Po czym rozpoznać dobrą owcę?

          - Dobra owca ma szeroko rozstawione nogi, tułów mocnej budowy, ogon nieowłosiony i krótki, wełnę wyrównaną. Dobra matka żyje średnio 10 lat, ale po około siedmiu latach jest wycofywana z rozrodu.
          - Czy brał pan udział w wystawach?

          - W 2007 r. byłem w Szepietowie z pięcioma matkami. Jedna z nich otrzymała tytuł wicechampiona.
          - Jest pan przewodniczącym Powiatowej Izby Rolniczej, zna pan problemy naszych rolników. Z czym borykają się najczęściej? Z czego są zadowoleni?

          - Największe minusy to nikie ceny zboża, tanie euro i jego import. To nie sprzyja naszym producentom. Jeśli chodzi o mleko, to coś w tym zakresie drgnęło, bo nie spada jego cena. Dziwna sytuacja jest zaś w przypadku hodowli trzody chlewnej, bo zauważa się import mięsa, czego przyczyną jest niska cena euro.
          - Dziękuję za rozmowę.


          Cezary Klimaszewski, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama