W naszym powiecie kilku hodowców ma łącznie ok. tysiąca owiec, z czego jedną trzecią posiada pan Grzegorz Leszczyński z Kolonii Perlejewo. Obecnie stado pana Leszczyńskiego liczy ok. 270 matek (200 sztuk w Programie Ochrony Zasobów Genetycznych). Czy taka hodowla opłaca się? Jaka rysuje się przyszłość dla rasy wrzosówka?
Z panem Leszczyńskim rozmawiamy o hodowli wrzosówek, opłacalności, tradycji jedzenia owczego mięsa. - Proszę na początek powiedzieć - dlaczego owce? - To rodzinne. W latach 60-tych mój ojciec sprowadził z Wielkopolski rasę merynos (rasa umaszczona na biało, wełna silnie karbikowana - przyp. red.). Można powiedzieć, że wychowałem się koło owiec. Wrzosówki mam od 2003 r. - Co to za rasa? - Podstawowa różnica zawiera się w kolorze wełny. Wrzosówka ma ją ciemno - siwą. W latach 70-tych była to rasa ginąca, co było spowodowane zainteresowaniem producentów wełną białą, do tego stopnia, że zostało w Polsce tylko około tysiąca sztuk tej rasy. Za przyczyną Zootechnicznego Zakładu Doświadczalnego Instytutu Zootechniki w Balicach koło Krakowa do 2003 r. zostało stworzonych osiem stad. Realizowany w następnych latach Program Ochrony Zasobów Genetycznych owiec oraz dotacje wpłynęły na uratowanie i rozwój tej rasy. - Podstawowy cel hodowli? - Oczywiście ekonomiczny, chociaż w tym przypadku nie jest najlepiej. Nie ukrywam, że mam też sentyment do owiec, bo - jak wspomniałem - od dawna były w naszym gospodarstwie. Wracając zaś do ekonomii, owce trzymam głównie dla żywca jagnięcego. - Da się z tego wyżyć? - Owszem, da się wyżyć, ale dużych kokosów z tego nie ma. Koszty pochłaniają: produkcja zboża i siana na paszę, opieka weterynaryjna, kolczykowanie, nadzór. Owszem, są jakieś pieniądze ze sprzedaży owiec na ubój czy z wełny, ale np. trzeba oddać kg żywca na oznakowanie jednej sztuki. Takie porównania można mnożyć. - A jak jest z wełną? Trudno czy łatwo ją sprzedać? - Niestety wełna traktowana jest jako odpad, więc dużo pieniędzy za nią nie ma. To 3 zł za kg białej i 1 zł za kg czarnej. Normalne owce strzyże się raz w roku, wrzosówki dwa razy, by wełna się nie filcowała, czyli aby nie tworzyły się duże kłębki. Tym samym można sprzedać wełnę dwa razy w roku. - Sam pan strzyże swoje owce? - Owszem, ale lepiej jak zrobi to fachowiec. W tym celu przyjeżdża do mnie zawodowiec w tej branży. Jego rekord to ostrzyżenie 247 owiec w 10 godzin. Mój - tylko 60. - Jest zbyt na mięso? - Jest. Najczęściej jesienią owce idą na mięso zwłaszcza na zachód Europy. Cena mięsa jagnięcego co roku wzrasta przed świętami o około 30 procent. Teraz jest dużo niższa, bo i euro staniało. Jako hodowcy nie mamy dopłat specjalistycznych. Województwo podlaskie nie załapało się na nie. Ja osobiście sprzedaję na ubój krajowy i zagraniczny. Pośredniczy w tym związek hodowli owiec. - Czy praca przy owcach jest czasochłonna? - Owce na pewno wymagają zdecydowanie mniej nakładów pracy, niż inne zwierzęta hodowlane. To duża zaleta. Latem w zasadzie wystarcza pastwisko, zimą podanie paszy i wody. Młodym podaję pasze treściwe i minerały. Gorzej było w suche lata - wtedy owce przetrwały w lesie. Tam było więcej trawy. - Inne zalety hodowli? - Rasę tę cechuję duża plenność, co oznacza rodzenie potomstwa dwa razy w roku. Przy wyższych nakładach żywieniowych można uzyskać efekt, kiedy niektóre matki będą rodziły potomstwo trzy razy w ciągu dwóch lat. Po drugie - smaczne mięso. Polecam jagnięcinę nie tylko od święta. We Włoszech jest to główna potrawa świąteczna. - No właśnie - czy często jada pan jagnięcinę na obiad? - Wszyscy w rodzinie ją jemy. W smaku mięso to porównałbym do sarniny. Zalecane jest szczególnie dla dzieci, poza tym posiada substancje antyrakowe. To bardzo dobre mięso. Polecam szczególnie z młodych owiec, bo takie zawiera mniej łoju. W Polsce mięso z owiec nadal jest mało popularne. Z tego co pamiętam, najczęściej dodawano je do kapusty. - Wspomniał pan o związku hodowli owiec. - Stado jest pod stałą oceną białostockiego związku. Moim osobiście zajmuje się selekcjoner Mieczysław Kowalczyk z Siemiatycz. Jest to osoba trudniąca się doradztwem, wyceną maciorek, przyznawanie licencji barankom itd. - Dziś każdy hodowca musi uporać się z jakąś dokumentacją. - Mnie obliguje notes owczarni. Tam zapisuje się: urodzenia, padnięcia, pochodzenie, wykoty, wagę potomstwa. Każda matka ma w tym notesie swoją pozycję. - Czy rozpoznaje pan owce po numerach kolczyków w uchu? - Tak. Kolczyk to podstawa identyfikacji. Jagnięta urodzone po 1 stycznia tego roku będą już czipowane. To w czipie będzie numer identyfikacyjny. - Dopłaty? - Rocznie 320 zł do matki utrzymanej w czystości rasy i zapisanej w głównej księdze hodowlanej. - Czy zdarzają się padnięcia? - Owszem. Takie sztuki podlegają utylizacji. Nie wyrzucamy je za płot lub nie zakopujemy w lesie. Przyjeżdża firma i zabiera. W przypadku mojej hodowli średnio są to cztery sztuki rocznie. Zdarza się praktycznie tylko przy wykotach. - Czy ktoś pomaga panu przy owcach? - Generalnie pracuję sam, chociaż coraz częściej pomaga 12-letni syn. Przy większych pracach, tj. zbiór zboża czy ziemniaków - pomaga rodzina. - Jaką widzi pan przyszłość dla hodowli owiec, niekoniecznie wrzosówek? - Ostatnio coraz częściej owce kupują osoby mieszkające na wsiach, lecz nie utrzymujące się z rolnictwa. Owce spełniają - pewnie śmiesznie to zabrzmi - rolę kosiarek. Przez całe lato skubią trawę, więc nie trzeba jej kosić. Kupują owcę wiosną, jesienią zaś zwierzę idzie na ubój i na święta na stole pojawia się baranina. To coraz bardziej popularne. - Po czym rozpoznać dobrą owcę? - Dobra owca ma szeroko rozstawione nogi, tułów mocnej budowy, ogon nieowłosiony i krótki, wełnę wyrównaną. Dobra matka żyje średnio 10 lat, ale po około siedmiu latach jest wycofywana z rozrodu. - Czy brał pan udział w wystawach? - W 2007 r. byłem w Szepietowie z pięcioma matkami. Jedna z nich otrzymała tytuł wicechampiona. - Jest pan przewodniczącym Powiatowej Izby Rolniczej, zna pan problemy naszych rolników. Z czym borykają się najczęściej? Z czego są zadowoleni? - Największe minusy to nikie ceny zboża, tanie euro i jego import. To nie sprzyja naszym producentom. Jeśli chodzi o mleko, to coś w tym zakresie drgnęło, bo nie spada jego cena. Dziwna sytuacja jest zaś w przypadku hodowli trzody chlewnej, bo zauważa się import mięsa, czego przyczyną jest niska cena euro. - Dziękuję za rozmowę.
Cezary Klimaszewski, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Komentarze